Prolog


- A Malin będzie? – spytałam spoglądając na ciocię.
Ciocia Marisole była piękną, wysoką brunetką o ciemniejszym odcieniu skóry i pięknych, czekoladowych oczach takich, jakie odziedziczył jej syn. Tego dnia miała na sobie fioletową sukienkę, taką jak lalka, którą dostałam od mamy dwa tygodnie wcześniej.
Ciepły uśmiech zagościł na pełnych ustach kobiety i przemknęło mi przez myśl, że jest niemalże tak piękna jak mamusia.
- Marine jest chora, skarbie, musiała zostać w domu – powiedziała czule i musiała się schylić, aby pogłaskać mnie po policzku.
Pokiwałam głową i pobiegłam do mamy, chowając się za jej czarną spódniczką. Nie to, że się wstydziłam, w końcu wszystkich tutaj znałam, ale brakowało mi Marine. Spojrzałam na mamę, swoimi dużymi, błękitnymi oczami i uśmiechnęłam się tak pięknie, jak tylko dziecko potrafi.
Moja mamusia była piękną, zielonooką blondynką o falowanych włosach i oliwkowej cerze. Była niewiele niższa od taty, którego brązowe włosy kojarzyły mi się z Natem, synem cioci Marisole i wujka Jamesa.
Wujek był tak podobny to tatusia, że było wręcz niemożliwe iż nie byli spokrewnieni. Jednakże naprawdę nie byli. Obaj mieli brązowe włosy i zielone oczy. Pewnie te Marine odziedziczyła właśnie po ojcu.
Zachichotałam klaszcząc w dłonie, gdy mama zwróciła na mnie uwagę, przez co po chwili już obie chichotałyśmy. Mamusia wzięła mnie na ręce, a ja zaczęłam śmiać się jeszcze głośniej. Bardzo mocno kochałam swoją mamusię. I oczywiście tatusia. I wujka Jamesa i ciocię Marisole i Nate’a i Marine.
- Nati! – zawołałam radośnie, gdy chłopiec wyłonił się zza kuchennych drzwi.
Był ode mnie raptem dwa lata starszy, ale był wyższy trochę ponad głowę. Miał ciemno brązowe włosy i czekoladowe oczy, tak samo jak mama. Lekko ciemniejszą barwę skóry pewnie też po niej odziedziczył.
Wyrwałam się mamie i rzuciłam biegiem w stronę chłopaka. Oczywiście niw byliśmy prawdziwą rodziną. Nasi rodzice po prostu bardzo blisko się przyjaźnili i tak jakoś wyszło.
Już miałam objąć Nathana, gdy potknęłam się o swoje malutkie trzewiki i runęłam do przodu. Pewnie gdyby nie refleks chłopaka, wylądowałabym na ziemi. Spojrzałam na niego i zaczęłam chichotać, a on dołączył do mnie już po chwili.
- Jak dorosną, będą parą, ja to wam mówię – odparł wujek James i dorośli się roześmiali.
Nie wiedziałam o co im chodzi. Przecież Nate już był moją parą. Przytuliłam się do niego chichocząc słodko i wzięłam go za ręce, zaczynając tańczyć kaczuszki. Gdy zaczęłam wywijać pupką, straciłam równowagę i upadłam na kuperek, co wywołało kolejne spazmy śmiechu.
Szatyn pomógł mi się podnieść i przytulił, a ja przycisnęłam usta do jego ust. Przez chwilę była cisza, a kiedy spojrzałam na rodziców, zobaczyłam tatę z kamerą w ręce. Przeniosłam spojrzenie na Nate’a który już się rumienił i obejmował mnie tak mocno, jakby miał mnie zaraz udusić.
Po chwili słychać było szum samochodu podjeżdżającego przed dom i widziałam jak rodzice razem z wujostwem znieruchomieli. Posłali sobie spojrzenia i tatuś z wujkiem rzucili się biegiem do szafy. Mama ruszyła do kuchni, a ciocia podbiegła do nas.
Widziałam znaczące spojrzenie, które posłała synowi i poczułam jak jego palce mocniej zacisnęły się na moich ramionach. Ciocia przytuliła nas do siebie i dopiero wtedy poczułam, że drży.
- Pobawimy się w chowanego. Schowajcie się tak dobrze, jak tylko potraficie. Nic nie mówcie i czekajcie na nas – powiedziała swoim aksamitnym głosem, na co pokiwałam entuzjastycznie głową.
Uwielbiałam zabawę w chowanego, dlatego gdy Nate złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą, nie opierałam się. Pobiegliśmy do pokoju telewizyjnego, z którego przemknęliśmy się do pokoju dla gości. Chłopiec zamykał za nami drzwi i ciągnął mnie coraz głębiej. Cały czas spoglądał nerwowo przez ramię.
Podbiegł do wielkiej skrzyni, która byłam pewna, że miała w sobie jakieś zabawki. Jednakże była pusta. Zrobiłam wielkie oczy zaskoczona i patrzyłam jak chłopak dotyka ścianek skrzyni.
- Schowamy się głęboko, co ty na co? – spytał, a ja pokiwałam głową zafascynowana.
Nate ściągnął dno skrzyni i pomógł mi wejść do środka. Spojrzał kilka razy przez ramię, po czym sam się osunął się w dół, zamykając klapę skrzyni i założył jej dno. Przez chwilę siedzieliśmy w ciemności, aż chłopak znalazł latarkę. Poświecił na górę i zasunął zasuwy. Spojrzał na mnie przez ramię i uśmiechnął się w trochę wymuszony sposób.
- Aby rodzice nas nie znaleźli – szepnął, na co znowu pokiwałam głową.
Wyłączył  latarkę i przytulił mnie do siebie mocno. Miałam wrażenie, że słyszałam strzały, lecz to mógł byś jakiś film. Przecież to nie mogły być prawdzie strzały, Nate’uś cały czas był obok i przytulał mnie do siebie, a nie robiłby tego, gdyby coś się działo, prawda?
Nate’uś tu był i mnie przytulał, więc wszystko było dobrze.


* * *



Nie wiedziałam ile siedzieliśmy na dole, ale zdążyłam zmarznąć. Cienka, biała sukienka nie była zbyt ciepła i nawet mimo obejmujących mnie ramion chłopaka, czułam chłód otaczającej nas ziemi.
Na górze przez długo było głośno. Strzały, krzyki. Miałam wrażenie, że słyszałam naszych rodziców, lecz gdy chciałam coś powiedzieć, zaraz czułam dłoń Nate’a na swoich wargach tak, jakby to wyczuwał.
Minęło sporo czasu odkąd nastała na górze cisza, gdy szatyn się poruszył. Spojrzałam na niego dużymi oczami, lecz nie mógł mnie zobaczyć w tej ciemności. Poświecił latarką i otworzył skrzynię.
Jak wyszliśmy na górę, zobaczyłam, że moja biała jak śnieg sukienka, była wybrudzona ziemią. Posmutniałam na ten widok, lecz gdy chłopak przyłożył dłoń do mojego ramienia, uśmiechnęłam się delikatnie.
Powoli wychodziliśmy z pokoi, rozglądając się na wszystkie strony. Gdy doszliśmy do salonu, zobaczyłam, że mamusia i tatuś i ciocia i wujek spali. Chyba mieli jakąś zabawę, bo byli wytaplani w ketchupie.
Zanim chłopak zdążył mnie złapać, podbiegłam do mamy z uśmiechem, chcąc ją obudzić, lecz się nie budziła. Potrząsałam nią, swoimi malutkimi rączkami, lecz nie otwierała oczu, a ketchup był ciepły i wypływał z jej wnętrza.
Wsunęłam paluszek do ust i poczułam metaliczny posmak. To wcale nie smakowało jak ketchup. Spojrzałam na szatyna i dostrzegłam jego białą jak papier twarz. Po chwili podbiegł do mnie na palcach, gdy na górze dało się słyszeć skrzypnięcie i podniósł mnie na nogi.
Po cichutku podeszliśmy do drzwi i wyszliśmy na zimne powietrze. Nate’uś zsunął z siebie sweter, którym okrył moje ramiona i pociągnął za rękę w stronę krzaków, oglądając się za siebie raz po raz.
Minęło kilkanaście, albo nawet kilkadziesiąt minut, zanim dotarliśmy do asfaltowej drogi, a w oddali widzieliśmy światła nocnego miasta.
I tak szliśmy, trzymając się za ręce. Dwójka dzieci w ubraniach poplamionych krwią. Żaden samochód się nie zatrzymał. Nikt nie zwrócił uwagi na dwa szkraby, idące wolnym krokiem ze zwieszonymi głowami. Nikt nie wiedział o ich własnej tragedii, która uderzyła w nich dopiero następnego dnia.
Nikt nie przejął się losem dwóch sierot.

2 komentarze: