Epilog

POV Liam
Nie mogę znaleźć książki. Jestem pewien, że wcześniej ją tam widziałem, ale teraz jej nie ma. Mama powiedziała, że mi poczyta wieczorem, więc muszę ją znaleźć. Przekopuję cały pokój, zaglądam pod poduszkę i pod łóżko, lecz nigdzie jej nie ma. Zastanawiam się, gdzie ostatnio ją widziałem, lecz nie jestem w stanie sobie tego przypomnieć. Chyba próbowałem ją sam czytać, ale była dziwna. Znaczki, które mieszały mi się przed oczami, chociaż ładne, były dziwne. Nie potrafię jeszcze czytać. Prosiłem ciocię Norę aby pomogła mi ją znaleźć, lecz ona też jej nie widziała. To nie jest zwykła książka. To książka mamy i powiedziała, że kiedyś mi ją da, ale na razie tylko czyta. Wygląda inaczej niż większość książek, które mamy w domu. Jest zszyta w rogu i zawsze schowana w czarnej teczce, którą mama obwiązuje różową wstążką. Jest większa niż inne książki, więc nie wiem czemu nie mogę jej znaleźć. Chce mi się płakać, lecz tatuś ciągle powtarza, że nie mogę się poddawać, więc nie chcę tego robić.
Szukam dalej.
Mamusia i tatuś gdzieś wyszli. Podobno dziś jest jakiś ważny dzień, ale nie wiem co to takiego. Mama płakała. Mama rzadko płacze. Siedziała na kanapie, trzymając na kolanach małe pudełeczko i się trzęsła. Gdy tatuś ją zobaczył, widziałem że się zmartwił. Nie lubi kiedy mamusia płacze. Później Max zaczął szczekać, więc poszedłem do niego. Dziś wszyscy są smutni, nawet Max. Boję się czasem, że Max umrze. Jest już stary, ale mimo to śpi ze mną, choć mama czasem patrzy na niego zła, ale ja wiem, że ona udaje. Nie chce abym był sam. 
Moja mama jest najlepszą mamą pod słońcem! Często się śmieje i robi ze mną fajne rzeczy. Lubię patrzeć jak się śmieje, a w kuchni często śpiewa. Rzadko widuję ją płaczącą, ale robi to dokładnie co roku. Chociaż to chyba drugi raz. Może trzeci. Wcześniejszych nie pamiętam. Kocham jej niebieskie oczy, są najpiękniejszymi jakie widziałem i są bardzo mądre. Mój tatuś jest równie wspaniały! Bardzo dba o mnie i o mamusię, choć czasem mam wrażenie, że stoi z boku, jakby nas ochraniał. Ale co może nam grozić? U nas jest bardzo spokojnie, więc nie wiem czego tatuś się boi, ale mamusia czasem też się tak zachowuje. Chciałbym aby się nie bali, bo ja też się nie boję, ale nie wiem jak im to powiedzieć, więc idę i tulę się do Maxa.
Muszę znaleźć moją książkę.
Idę do pokoju mamusi i tatusia i ją widzę. Leży na stoliku obok ich łóżka, jakby się ze mną bawiła w chowanego. Biorę ją do rąk i patrzę na zniszczoną wstążkę, która zaczyna pękać w niektórych miejscach. Postanawiam, że dam mamie nową wstążkę. Lubię kiedy się uśmiecha. Słyszę jak otwierają się drzwi i biegnę tam z moją książką. Widzę wchodzącego tatusia, który obejmuje mamusię. Trzęsą się jej usta. Znowu płakała, co mnie smuci. Chciałbym wiedzieć czemu płacze, ale nikt mi nie mówi. Wyciągam książkę w stronę mamusi, a ona próbuje się uśmiechnąć, lecz wiem, że kłamie.
- Umyłeś ząbki, smyku? - pyta tatuś, a ja kiwam energicznie głową. Nie chcę mówić, że czekam na nich od jakiegoś czasu, bo będzie im smutno, więc nie dodaję nic więcej.
- Zaraz przyjdę kochanie, zrobię ci ciepłego mleka, a ty poczekaj w łóżku, dobrze? - pyta mama, kucając przede mną i głaszcze mnie po policzku. Lubię kiedy mnie dotyka, bo ma takie delikatne ręce.
Tatuś wziął mnie w pół, przerzucając sobie przez ramię. Śmieję się. Tatuś jest fajny i często mnie nosi, choć mama czasem przez to jest niezadowolona. Niektórzy mówią, że jest zazdrosna, ale ja wiem, że nie jest. Ona się smuci, a ja nie wiem dlaczego. Ale tym razem się uśmiecha, więc macham jej, gdy znikamy na schodach. Kiedy rzuca mnie na łóżko, zaczyna łaskotać, ale ja widzę, że coś jest nie tak. Tatuś ma to w oczach, chociaż się śmieje. Chwilę później przychodzi mama i ma ciepłe mleko oraz ciastka czekoladowe. Siada na brzegu łóżka, a tatuś wychodzi. Mamusia nie może czytać przy tatusiu bo wtedy coś dziwnego robi jej sie z głosem i musi wyjść. Było tak dwa razy. Od tamtego czasu tatuś zawsze wychodzi.
Mamusia wzięła głęboki oddech i delikatnie odwiązała wstążkę. Spojrzała na pożółkły papier i zaczęła czytać. Znam tę historię na pamięć, ale i tak słucham uważnie. Lubię głos mamy, jest melodyjny i łagodny. Opowieść mówi o tym jak w młodym wieku Emilly i Scott zostają sierotami i mają tylko siebie. W pewnym momencie Emilly zostaje sama i prowadzi bardzo smutne życie. Scott się odnajduje po latach i znowu są szczęśliwi. Przyjaciele, których mają, zaczynają od nich odchodzić. Marine się wyprowadziła, Lucas się wyprowadził, tak samo jak i Alan oraz drugi Liam. Lubię Liama i lubię myśleć, że to ja nim jestem. Historia kończy się tak, że Emilly i Scott wyjeżdżają daleko i są szczęśliwi. Jak mama kończy czytać, po raz setny widzę, że na dnie teczki jest inna, grubsza teczka. Kiedyś poprosiłem ciocię Norę, aby mi ją przeczytała. Nie wiedziała, że mama nigdy tego nie robi. Zanim się zorientowała, że jest zła, przeczytała początek innej historii. Tam rodzice Emilly i Scotta zostali zabici przez złych ludzi, a Scott porwany. Od tamtego czasu nie mogę się doczekać, aby dostać książkę i dowiedzieć się wszystkego o Emilly i Scott'cie.
- Mamusiu? - pytam niepewnie, choć nie chcę aby była smutna.
- Tak, kochanie? - głaszcze mnie po policzku, odkładając książkę na bok.
- Emilly to ty, prawda? A Scott to tatuś - próbuję po raz kolejny, lecz dobrze wiem, co zaraz zrobi.
Mamusia uśmiecha się delikatnie, lecz widzę w niej smutek. Pochyla się ku mnie i całuje mnie w czoło, zatrzymując się tam o kilka sekund dłużej niż każdego dnia.
- Śpij dobrze, kochanie - szepcze przykrywając mnie kołdrą i wyłącza światło, wychodząc z pokoju.
Podczas czytania wypiłem całe mleko i nadal chce mi się pić. Wysuwam stopy z łóżka i cichutko wychodzę z pokoju. Nie chcę aby rodzice martwili się, że jeszcze nie śpię. Podchodzę do drzwi, lecz słyszę z kuchni głosy i widzę palące się światło. Powinienem wrócić, lecz nie mogę.
- Dlaczego on to zrobił? - słyszę zapłakaną mamę i jest mi źle. Nie chcę aby płakała przeze mnie.
- Ponieważ nas kochał. Zrobił to dla nas - odpowiada tatuś i słyszę stłumiony płacz mamusi. Nie jestem już pewien czy rozmawiają o mnie.
- Nathan...
- Musisz przestać to robić, skarbie. Musisz przestać się zadręczać tym, co było sześć lat temu, Vik. Minęło tyle czasu...
- A ty? Czy ty zapomniałeś do dla nas zrobił? - pyta i przysuwam się bliżej drzwi. Widzę płaczącą mamę, która ledwo stoi, wsparta na tatusiu.
- Nie. Nigdy tego nie zapomnę. Ale Liam nie chciałby, aby jego akt miłosierdzia był powodem twojej katuszy - mówi patrząc na mamusię i głaszcze ją po policzku. - Gdyby nie to, nie byłoby żadnego z nas. Potrafisz sobie wyobrazić świat bez naszego Liama?
- Przestań...
- Nie, Vik, musisz pozwolić temu odejść...
- Wiesz, czasem mam sny. Śni mi się, że dzwoni. Że dzwoni Ian aby powiedzieć, że Liam się odnalazł. Że czeka na nas w korporacji i musimy przyjechać, a później się budzę i ... nikt nie dzwoni. Nikt nigdy nie dzwoni! - chcę podbiec do mamusi i powiedzieć, aby nie płakała. Ja też czasem mam złe sny, ale jak mamusia albo tatuś mnie przytulą, to nie są takie straszne.
- Przyjechaliśmy tutaj.. W Rosji łatwo się zgubić, dlatego tu jesteśmy, kochanie - tatuś próbuje uspokoić mamusię, a ona coś mówi, lecz nie usłyszę co. Przysuwam się bliżej i wpadam do kuchni.
- Kim jest Liam? - pytam patrząc na rodziców. Widząc ich miny, robi mi się smutno.
- Był naszym przyjacielem - mówi tatuś, ponieważ mamusia znowu zaczęła drżeć.
- Umarł?
- Tak, kochanie. Umarł.
- Mam po nim imię? - pytam obejmując się ramionami i kołyszę się na piętach.
- Tak, kochanie - szepcze mama, przełykając ślinę.
- Opowiecie mi o nim?
Mamusia patrzy na tatusia i delikatnie kiwa głową. Tatuś podchodzi do mnie i sadza na stole. Kręcę się trochę, chcąc znaleźć najwygodniejszą pozycję, po czym patrzę na rodziców, którzy usiedli na krzesłach przede mną.
- To długa historia, nie jesteś zmęczony? - pyta z nadzieją mama, lecz kręcę głową. Chcę wiedzieć.
- Chętnie posłucham - odpowiadam, a po chwili mamusia zaczyna mówić.



To nie jest dzień, kiedy mówi mi całą historię. Ten dzień nastanie osiem lat później, gdy dostanę książkę od mamy i wtedy zrozumiem wszystko. I chociaż mamusia nie przestanie płakać ten raz w roku, będzie wydawała się szczęśliwsza. Tatuś też nie przestanie nas ochraniać, ale będziemy szczęśliwą rodziną. A zagadka mojego dzieciństwa zostanie rozwiązana.
Emilly i Scott to Victoria i Nathan Whellerowie.
Moi rodzice.

Rozdział 25

POV Nate

Miesiąc później wszystko zaczęło wracać do normy. Jej ciało znowu nabrało dawnych kształtów, a skóra zdrowych rumieńców. Coraz częściej się śmiała, choć zdarzały się także chwile całkowitego mileczenia, melancholii, smutku, a nawet płaczu. Lekarze byli zaskoczeni tym, w jak szybkim tempie dochodziła do siebie, lecz dla mnie dłużyło się to w nieskończoność. Wyczekiwałem momentu, w którym mógłbym zabrać Victorię do domu, ponieważ w tym miejscu sam byłem bliski stracenia zmysłów.
Widziałem jak jej brzuch coraz bardziej się zaokrąglał. Chociaż jeszcze był niewielki, zdecydowanie nie był już płaski, jak za dawnych czasów. Myśl o naszym maleństwie, krzepiła nas oboje i jestem przekonany, że głównie dzięki niemu tak szybko radziła sobie z tym wszystkim. Gdy widziałem każdy jej uśmiech, nawet niewielki, czułem rozpierającą mnie dumę. To była moja dziewczyna i była silniejsza niż ktokolwiek, kogo znałem.


* * *

Kiedy naszedł czas wypisu, miałem ochotę gryźć paznokcie z nerwów. Wiedziałem, że nie powinienem tego robić - zaraz ktoś by się zorientował, że coś jest nie tak, lecz czułem, że coś jest nie tak. Ciąża Victorii zaczęła być bardziej widoczna, a lista naszych wrogów nie zamykała się na jednej stronie A4. Nie wiem, czy pomieściłby ją jeden skoroszyt. Wiedziałem, że musimy zniknąć, za wszelką cenę. Wiedziałem, że muszę zatroszczyć się o to, aby oni byli bezpieczni. 
Wprowadziłem ją do domu i posadziłem na kanapie, kładąc torbę na podłodze i uśmiechnąłem się czule do dziewczyny. Każdy dzień bez niej w tym domu wydawał się dziwny, wręcz nie na miejscu, dlatego dobrze ją było mieć tam z powrotem. Spojrzałem na zegarek i oblizałem wargi. Ian miał zjawić się 20 minut później i jeśli mam być szczery, nie miałem zielonego pojęcia co miałem mu powiedzieć. Mimo to byłem świadom tego, że musiałem zrobić cokolwiek, bo inaczej to wszystko skończyłoby się szybciej niż zaczęło. Mieliśmy jedną szansę na szczęśliwe życie i jeśli tylko taka się pojawiła, musieliśmy ją wykorzystać.
Wiedziałem, że poświęcę dla nich wszystko.

POV Vik

Rozejrzałam się dookoła, przymrużając przy tym powieki. Wszystko wydawało się obce, chociaż było tak dobrze znajome. Tak, jakby nie pasowało do rzeczywistości, która w naszym świecie zmieniała się jak w kalejdoskopie. To było wręcz boleśnie realne i nie wiedziałam jak o tym powiedzieć Nathanowi. Widziałam spojrzenia, którymi mnie obdarzał, gdy myślał iż tego nie widzę. A może i się tego domyślał, lecz wolał udawać że jest inaczej. Ostatni czas był ciągiem ukradkowych spojrzeń i udawania, że nic się nie stało. Chyba oboje tego potrzebowaliśmy, aby móc wrócić do życia, choć powoli to nas zabijało. Nasza własna metoda na przetrwanie żałoby, straty i żalu do całego świata o wszystko, co nas spotkało w tym pochrzanionym życiu.
Czym na to zasłużyliśmy? Czy przy pierwszym razie, gdy pociągnęliśmy za spust? A może w tamtym momencie rozpoczęliśmy reakcję łańcuchową, która w efekcie zapędziła nas w miejsce, w którym aktualnie się znajdowaliśmy? Może pierwszy raz, gdy odważyliśmy się odebrać komuś życie, przesądziliśmy naszą własną egzystancję? Czy oczywiste było to, że będziemy robili to znowu i znowu, coraz bardziej się w tym zatracając, aż stało się to naszą codziennością? Lecz czy można karać nas za coś do czego zostaliśmy zmuszni? Gdzie była sprawiedliwość Boża, czy karma która powinna wracać do człowieka?
W szpitalu miałam wystarczajaco dużo czasu na zastanawianie się nad takimi tematami. W drodze do domu, podsłuchałam rozmowę Nathana z Ianem i wiedziałam, że miał przyjechać. Widziałam w sposobie, w jakim ukochany się poruszał pewną nerwowość i wiedziałam, że coś planuje. W tamtym momencie ja również postanowiłam wymyślić coś, aby zatroszczyć się o naszą trójkę. W całym życiu straciłam zbyt wiele osób, aby pozwolić sobie na stratę jeszcze choćby jednej więcej.
Przyciągnęłam do siebie Nate'a i wtuliłam się w niego. Cudowne było to, że mogłam znowu czuć ciepło jego ciała i odnaleźć to poczucie bezpieczeństwa w jego ramionach, nawet jeśli żadne z nas w takowe nie wierzyło.
- Tęskniłam za tobą - wyszeptałam wtulając twarz w jego tors.
- Przecież byłem przy tobie - odparł równie cicho, zaczesując jeden z moich kosmyków włosów za ucho, po czym spojrzał mi w oczy. - Ale wiem o czym mówisz.
- Więc...? - wymruczałam cicho, próbując ukryć cień uśmiechu, który zaczął błąkać się po moich ustach.
- Więc...? - usłyszałam jak echo jego męski, niski pomruk, przez co poczułam dreszcze przechodzące wzdłuż pleców.
- Więc...? - szepnęłam, mnąc w palcach jego koszulkę, przygryzając przy tym dolną wargę.
Poczułam uderzenie w plecy i zaśmiałam się cicho, leżąc na kanapie. Spojrzałam w czekoladowe oczy mężczyzny i poczułam przepełniające mnie szczęście. Przeczesałam palcami jego włosy i oblizałam usta, widząc uśmiech wykrzywiający uroczo jego usta. Kochałam go, Bóg jeden wie jak bardzo go kochałam i ile bym oddała, aby ta chwila, ten stan mógł trwać wiecznie.
- Tęskniłem za wami - powiedział cicho, łaskocząc moją skórę oddechem, przez co przymknęłam powieki z pomrukiem.
Przyglądałam się czułości widocznej w jego oczach, a gdy w końcu nasze usta się spotkały, jęknęłam pod wpływem doznania. Kochałam jego smak. Kochałam wszystko, co wiązało się z tym mężczyzną.


* * *

- Gówno! - krzyknął tuż przed tym jak szkło rozbiło się przy bliskim spotkaniu ze ścianą.
Kolejna szklanka straciła życie. Na szczęście nie była moją ulubioną.
- Jak to sobie wyobrażasz, Wheller? Jak nagle znikniecie to nikt się nie zorientuje? Jesteś najlepszy, a ona jest zaraz za tobą! - ryknął Ian, próbując przekrzyczeć podniesiony głos Nathana.
- Lepiej jeśli znikniemy niż pozostaniemy na widoku, nie sądzisz? - syknął ciemnowłosy mężczyzna, a ja zacisnęłam dłonie na kubku już chłodnej herbaty, próbując się nie denerwować. Mam nadzieję, że nie podniosą ciśnienia maleństwu.
- Jest szansa, że się nie zorientują, jeśli zostaniecie - dodał trochę spokojniej blondyn, choć z pewnością sam wiedział że to nie mogło być prawdziwe. Nie w naszym świecie, gdzie jest śledzony każdy ruch, każdego z nas.
- Myślisz, że nie zorientują się, kiedy jeden z twoich strzelców zacznie chodzić z ciężarnym brzuchem?! - skrzywiłam się, słysząc uderzenie dłoni o stół, równocześnie ze słowami wyplutymi przez mężczyznę, z którym dzieliłam życie. - Posłuchaj, ten syf odebrał mi całą rodzinę. Zabrał rodziców, kiedy nie byłem na to gotowy. Zabrał ciotkę, której nie znałem. Zabrał... - wiedziałam, że był w stanie o niej mówić. Żadne z nas jeszcze do tego nie doszło. - Vik... Oni są jedyną rodziną jaka mi pozostała, rozumiesz?! Jedyne co mi pozostało i nie pozwolę ich skrzywdzić. Za nic w świecie.
- Tutaj mogę zapewnić wam ochotę...
Tym razem to ja nie wytrzymałam. Nie słyszałam tego, co mówił Nate, świat się wyłączył. Nie wiedziałam nawet jak się podniosłam i co stało się z kubkiem (naprawdę go lubiłam), a już chwilę później trzymałam w dłoniach jego szmaty, wciskając go mocniej w nasze krzesło, które kalał swoim zapchlonym zadkiem.
- Możesz zapewnić nam ochronę? MOŻESZ ZAPEWNIĆ NAM PIEPRZONĄ OCHRONĘ?! - wykrzyczałam patrząc mu w oczy, chociaż gdyby było to możliwe, pewnie spłonąłby pod wpływem piorunów ciskających przez moje tęczówki. - Twoja pieprzona ochorna skończyła się na tym, że gówno zrobiłeś. Cobra miała być alternatywą. Nikt z nas nie chciał tego pieprzonego życia, które nam zafundowała. Nate chciał przed tym uchronić nas, a ja chciałam uchronić Marine. I na czym się skończyło? NA CZYM? Że twoja ochrona to pozwolenie gwałcenia jej jak burej suki, a potem zarżnięcie jak taniej dziwki, po której nikt nie będzie płakał! A wiesz co zrobili jej przedtem? WIESZ DO CHOLERY?! Odebrali jej wszystko! Nie tylko godność, ale także wiarę we wszystko w co wierzyła. Odebrali jej nadzieję, że którekolwiek z nas przyjdzie ją wyratować, odebrali jej wiarę w nas, pokazując, że to nasza wina! Że jedyne osoby, którym mogła ufać podpisały na nią wyrok śmierci i nie były w stanie jej wybronić! Na tym skończyła się twoja pieprzona ochrona, która jest gówna warta. Więc jeśli za to wszystko trafię do piekła, to wiem, że się tam z tobą zobaczę - warknęłam odpychając go od siebie tak mocno, jak tylko potrafiłam.
- Nie wierzysz w piekło - szepnął blondyn. Normalnie bym się roześmiała, lecz po tym wybuchu byłam całkowicie wypalona.
- Karma to suka - mruknęłam i wspięłam się po schodach, kierując do sypialni.

POV Nate

Od miesięcy nie widziałem jej w takim stanie i niemalże zapomniałem jaki potrafi mieć cięty język. Ale prawda jest taka, że Morganstern sobie na to wszystko zasłużył. Wszystko, co wyszło z ust Victorii było prawdą i byłem z niej cholernie dumny, że mu to powiedziała. Pewnie gdyby nie to, doszłoby do czegoś gorszego między mną, a nim, a trzeba było jednak załatwić sprawę wyjazdu.
Krew wciąż wrzała mi w żyłach i musiałem kilka(naście) razy zaciskać i rozprostowywać dłonie, aby się uspokoić. Musiałem chronić swoją rodzinę, za wszelką cenę, choć czułem, że przyjdzie mi za to zapłacić i to słono. Chcąc się za coś zabrać, posprzątałem rozbitą szklankę i rozlaną herbatę ukochanej. Ten miesiąc, który spędziła w szpitalu widocznie mnie zmienił. Normalnie pewnie wycierałbym jego mordą rozlany płyn, zanim pomyślałbym o tym, że to wcale nie polepszyłoby mojej/naszej sytuacji. Teraz musiałem zacząć myśleć za nas dwoje. Oczywiście, Victoria miała swój własny rozum, ale teraz mieliśmy także maleństwo i o jego los musieliśmy sie troszczyć oboje.
Kiedy się uspokoiłem, stanąłem za kanapą, opierając na niej przedramiona i spojrzałem w niebieskie oczy Iana. Nagle poczułem ogromne zmęczenie, dlatego przymrużyłem powieki, próbując skoncentrować wzrok na siedzącym naprzeciw mnie mężczyźnie.
- Wiesz, że wyjedziemy z twoją pomocą lub bez niej - powiedziałem spokojnie, niemalże zrezygnowany. - Łatwiej byłoby nie musieć ukrywać się przed Cobrą, ale jeśli nie dostaniemy twojego pozwolenia na opuszczenie kraju i tak to zrobimy. Dobrze wiesz, że musimy.
Wiedział. Wiedziałem o tym w chwili, gdy zgodził się tutaj przyjechać. Dobrze wiedział po co dzwoniłem i przyjechał. Nie miał nadziei na odwiedzenie nas od tego pomysłu, choć musiał spróbować. Od lat pracowałem pod jego kierownictwem i znałem go na tyle. Musiał próbować trzymać interes w kupie, choć nie narażałby niepotrzebnie żadnego ze swoich ludzi. Może i zgrywa dupka. Prawdopodobnie nawet jest zasranym gnojem i nienawidziłem go odkąd go poznałem. Nie zapomniałem o tym, co zrobił Victorii i wiedziałem o tym, że ona także nie zapomniała. Widziałem to w każdym jej wzdrygnięciu, gdy była blisko niego, kiedy jej dotykał. Teraz zdarzało się to coraz rzadziej, ale jednak. Może i jest skończonym patafianem, ale mimo to tolerował nas. Nie wykluczył Vik z gry, nawet gdy dowiedział się o jej ciąży, nie wydał jej i próbował ją chronić - jakkolwiek mu to wychodziło.
- Nie ma miejsca na Ziemii, gdzie bylibyście naprawdę bezpieczni - westchnął w końcu, pocierając palcami swoje skronie.
Miałem wrażenie, że w ciągu ostatnich miesięcy wszyscy postarzeliśmy się o conajmniej kilka lat. Mimo tego, że byliśmy wciąż młodzi, zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki wyczerpania. Zmarszczki dookoła oczu i ust, dołki pod oczami i miałem wrażenie, że zacząłem siwieć, co zdecydowanie było do kitu w wieku dwudziestu lat, przy ciemnych włosach.
- Zaszyjemy się w Rosji - powiedziałem automatycznie, na co blondyn zaśmiał się niewesoło.
- Rosjanie zabiją cię jak tylko się dowiedzą.
- Więc niech się nie dowiedzą - odparłem z nieznacznym uśmiechem.
Rosja ma wiele pustych przestrzeni, przez nikogo niezamieszkanych, gdzie w niektórych miejscach gęstość zaludnienia na jeden metr kwadratowy wynosi zero. Jeśli człowiek mógł gdzieś się zaszyć, to właśnie tam.
Doskonale wiedziałem co oznaczał nasz wyjazd - traciłem szansę na odnalezienie mordercy naszych rodziców. Poświęciłem na to niemalże całe swoje życie i nastał moment, kiedy musiałem się poddać. Czułem, że nawaliłem. Czułem, że nie zrobiłem wszystkiego, co było w mojej mocy, jednakże nie czułem przez to autodestrukcyjnego żalu. Musiałem wybrać teraźniejszość, aby ratować przyszłość. Przeszłości i tak już nic nie zmieni. Wiedziałem, że rodzice właśnie tego by dla nas chcieli. Jeśli mieliby jakikolwiek wybór, chcieli abyśmy byli bezpieczni i nie podzielili ich losu. Chcieliby abym zostawił tę sprawę i zajął się dziewczyną, którego pewnego dnia poślubię i dzieckiem, które będzie miało najlepszych, najbardziej popieprzonych rodziców na świecie. I będzie tak samo piękne jak jego matka. Wiedziałem, że mimo wszystkich błędów, jakie popełniliśmy w życiu, to było właśnie to, co musieliśmy zrobić.
Spojrzałem znacząco na Iana i przez chwilę walczyliśmy w milczeniu na spojrzenia.
Minutę później wyciągnął telefon.

POV Vik

Przełknęłam ślinę i spojrzałam na dwie maszyny stojące przed nami. Nie chodziło o to, że mnie przerażały - przerażały - ale raczej o samą ideę tego wszystkiego. Te maszyny oznaczały zamknięcie rozdziału, który do tej pory był dla nas wszystkim, co znaliśmy. Co jeśli następny rozdział miał się nam nie spodobać? Co jeśli to co tam zastaniemy będzie całkowicie różne od naszych oczekiwać i będziemy musieli walczyć o przetrwanie? Całkiem sami.
Rozejrzałam się dookoła i wzięłam głęboki oddech. Nie potrafiłam się pożegnać z przyjaciółmi, więc napisałam do każdego z nich list. Osobisty, pokazujący ile każdy z nich dla mnie znaczył. Nie wdawałam się w szczegóły, o których nie musieli wiedzieć - żadnego słowa o Cobrze. Do końca nie wiedziałam, czy powinnam to zrobić, lecz nie potrafiłam postąpić inaczej. Odejść bez słowa wyjaśnienia byłoby gorsze niż śmierć, ponieważ oznaczałoby to porzucenie ich pod wpływem świadomego wyboru. Jeśli czegokolwiek nauczyło mnie to pieprzone życie to właśnie jednego - przyjaciół się nie porzuca.
Uderzyłam kopertami o dłoń i wolnym krokiem podeszłam do Iana, który stał samotnie pośrodku pasa startowego. Nate pakował torby do helikopterów i omawiał z pilotami plan lotu. W tamtym momencie nie było dużego śmigłowca, jedynie dwóosobowe, a musieliśmy lecieć z pilotami, więc padła decyzja, że potrzebujemy dwóch. Jednakże były tak małe, że mogliśmy zabrać jedynue bagaże podręczne - nic innego i tak nie mieliśmy czasu spakować.
Spojrzałam jeszcze raz na koperty i przełknęłam gulę, która zaczęła formować się w moim gardle. Beth, Josh, Eli. Zacisnęłam powieki na kilka sekund - o kilka za długo. Powinno być tam jeszcze imię Liama, Marine, a nawet pieprzonego Alexa. Powinno być tam wiele więcej imion, które los postanowił nam zabrać. Nienawidziłam go za to. Nienawidziłam go za to, że pozostawił nam jedynie wspomnienia, które za kilkanaście lat zaczną blaknąć i tracić znaczenie. Nie chciałam, aby je traciły, ponieważ były dla mnie wszystkim. Nie chciałam zapomnieć zapachu ciasta rano, które piekła mama oraz lekkości jaką czułam na plecach taty. Nie chciałam zapomnieć o poświęceniu Liama oraz jego przyjaźni. Nie chciałam przestać przez to cierpieć. Nie chciałam przestać czuć nienawiści do Valentine'a za to, co zrobił Marine i żalu za to, że przytrafiło się to właśnie jej. Nie chciałam zapomnieć o bohaterstwie tego pieprzonego dupka, który nas zdradził. Nie chciałam zapomnieć także o wszystkich dobrych rzeczach, które razem z nimi przeżyłam.
Nie chciałam zapomnieć również o tych, którzy przeżyli.
I o tych, którzy odeszli za życia.
Stanęłam przed Ianem, patrząc mu w oczy, choć czułam jak świat łamał się na dwie części. Przed i po. Jedyną dobrą rzeczą w tej sytuacji było to, że był to koniec z Cobrą. Odcierpieliśmy swoje i koniec. Dostaliśmy szansę na rozpoczęcie nowego życia, wolnego od śmierci, niebezpieczeństwa i zemsty. Panicznie bałam się się przejść z części przed na część po i wiedziałam, że jeśli ktoś nie kopnąłby mnie w tyłek, odwlekałabym to w nieskończoność. Niestety, nikt nie chciał kopnąć mnie w tej tyłek.
Ostatnią kopertę z imieniem Iana wsunęłam pod spód. List, który pisałam do niego był chyba najdłuższy. Pisałam tam o wszystkich rzeczach, które zrobił, a których nie potrafiłam mu wybaczyć. O tym jak co noc śniło mi się to, co wydarzyło się podczas naszego pierwszego spotkania i o tym, jak do tamtej pory zdarzało mi się o tym myśleć. Napisałam, że nienawidzę go za to, że naraził nas na ten syf, miał nas oboje, a nie potrafił ochronić jednej cholernej osoby, na której tak bardzo nam zależało. Napisałam też, że pamiętam te wszystkie dobre chwile, jak rzucali się sobie do gardeł z Brownem i Natem. Napisałam, że jestem mu wdzięczna za to, że mnie ochraniał na początku ciąży, że mogłam mu zaufać wbrew swojego rozsądkowi i logice. Rozpisywałam się tak na wiele stron. Napisałam, że będę za nim tęsknić.
- Jeśli liczysz na wylewne pożegnanie, to się go nie doczekasz - odpowiedział blondyn, wciskając pięści w kieszenie spodni z nieznacznym uśmiechem.
- Nie dotknęłabym cię nawet kijem, Morganstern - odparłam, wykrzywiając wargi w nieznacznym grymasie.
- Wcześniej byłaś do tego chętna...
Zaśmiałam się nerwowo i pchnęłam go w ramię. Podałam mu cienki plik kopert, a do każdej była przyczepiona karteczka samoprzylepna z adresem. Musiałam być pewna, że trafią do właścicieli.
- Musimy lecieć! - zawołał Mark z maszyny i skinęłam energicznie głową. No jasne.
Spojrzałam na Iana, a on odwzajemnił to w ten sam sposób. Zupełnie, jakbyśmy mieli jakąś sekretną więź i nie musieli używać przy tym słów. Skinął głową, na co odpowiedziałam tym samym, po czym przyciągnął mnie do siebie.
- Nie dajcie się zabić.
- Ty też.
I tyle. Żadnych czułych wyznań, wylewnych pożegnań. Żadne z nas nie miało na to siły. Kiedy się odsunęliśmy, oboje przykleiliśmy na usta sztuczne uśmiechy. Podeszłam do ukochanego i wtuliłam się w niego mocno.
- Wiem, że się boisz, ale będzie dobrze - szepnął, a ja pragnęłam w to wierzyć.
Wspięłam się na palce i pocałowałam go, próbując wlać w to całą determinację, żal i strach oraz miłość, którą miałam dla niego, wraz z nadzieją na przyszłość.
- Do zobaczenia w nowym świecie - szepnęłam, po czym wsiadłam do helikoptera z jego pomocą.
Gdy odrywamy się od nawierzchni, łapię się czegokolwiek. Boję złapać się drzwi - myślę, że zaraz odpadną. Okey, może mam lęk przed lataniem. Patrzę na Iana i macham mu. Odmachuję. Chciałabym go takim zapamiętać i wierzyć, że po wylądowaniu będę mogła zadzwonić i powiedzieć, że jest okey. Ale nie będzie tak. Oddaliśmy telefony, aby nikt nie mógł nas namierzyć. Nie wzięliśmy kart kredytowych, tylko gotówkę. Rosyjską.
Spojrzałam na White'a i ucieszyłam się, że to z nim leciałam. Lepiej było znieść to z kimś, kogo się zna. Nate leciał na północny-zachód od nas i to też dodawało mi otuchy. Lubiłam myśleć, że co jakiś czas spogląda przez szybę, by upewnić się, że na pewno tam jesteśmy. Wolałabym być bliżej niego, ale wizja przyszłości jakoś mi to rekompensowała. Przynajmniej po części.
Chciałam zacząć czytać książkę, lecz za dużo wstrząsów - nie miałam najmniejszej szansy na utrzymanie w żołądku jedzenia i czytania jednocześnie - cierpię na chorobę lokomocyjną. Ostatecznie zdecydowałam na przespanie się. Nawiązaliśmy kontakt z drugim helikopterem, więc mogłam rozmawiać z Natem, choć wiedziałam, że wszyscy byli świadkami tej rozmowy, dlatego chciałam aby opowiedział mi jakąś historię. Jeślibym zasnęła, nikt nie musiałby słuchać, bo nie miałby czego.
Zamknęłam powieki i zaczęłam odprężać się pod wpływem jego głosu. Nie zwracałam nawet uwagi na to, o czym mówił. Ton jego głosu, jego barwa - to wystarczyło aby mnie uspokoić i odprężyć. Poczułam szarpnięcie i usłyszałam chrzęst w słuchawkach oraz stek przekleństw. Otrzorzyłam oczy i z moich ust także wydobył się krzyk, a przed sobą zobaczyłam wybuch eksplozji, która zatrzymała akcję mojego serca.

Rozdział 24

POV Nate

- To nie jest dobry pomysł. Przyjdź innym razem - westchnąłem, chcąc już zamknąć drzwi. Nie miałem ochoty przyjmować gości, a tym bardziej nikogo wpuszczać do niej. 
- Muszę się z nią zobaczyć - nalegał blondyn, zupełnie tak jakby nie rozumiał cholernego słowa "nie". Zacisnąłem palce na klamce, powstrzymując się aby mu nie przywalić. Dobra, byłem przemęczony. Oboje byliśmy.
- Spieprzaj stąd, Ian. Nie będziesz jej teraz męczył, rozumiesz? - warknąłem, mierząc faceta od stóp do głów. Nie, żebym musiał to robić. Znałem tę mordę już na pamięć i nie był to mój ulubiony widok.
Widziałem jak otworzył usta, aby coś powiedzieć, lecz w tym samym momencie rozległ się głośny, kobiecy krzyk. W ciągu ostatnich kilku dni słyszałem go wiele razy, każdego dnia, lecz mimo to, za każdym razem reagowałem tak samo. Zerwałem się z miejsca, przeskakując po trzy schody i wpadłem do sypialni, siadając na łóżku i wziąłem w ramiona roztrzęsioną dziewczynę, która płakała i rzucała się na łóżku w półsennym amoku.
- Shhh... - szeptałem kołysząc się razem z nią, dopóki nie przestała ze mną walczyć. Oparłem brodę na jej blond głowie i przymknąłem powieki modląc się, aby to się w końcu skończyło.
Taki stan trwał, odkąd wróciliśmy z terenu Westwoodsów. Victoria niewiele mówiła, starała się głównie spać, a gdy nie spała, i tak myślami była daleko stąd. Daleko ode mnie. Za każdym razem budziła się z krzykiem i za każdym razem, gdy udawało mi sie do niej dotrzeć, mówiła o Liamie. Czy wiedziałem, że Cobra ją zniszczy? Przeczuwałem to. Widziałem jak się rozsypała po tym, jak zabiła pierwszego człowieka, lecz to, co działo się po śmierci Liama i Marine? To ją zabijało. Przez to wszystko, nie miałem czasu na przeżywanie własnej żałoby. Nie żebym miał żal o to, do Victorii, wiedziałem, że to co się z nią działo, nie było czymś, czego chciała. Może nawet w pewien sposób byłem jej za to wdzięczny, choć to okrutne. Nie miałem czasu na to, aby samemu się załamać. Prawdopodobnie wtedy nie docierało do mnie to, że Marine nie żyje, choć dowiedziałem się o tym przy jednym z koszmarów sennych mojej ukochanej.
Prawda była taka, że mnie też Liam odwiedzał nocami. Widziałem jego roześmianą twarz, gdy siedzieliśmy razem w barze, by po chwili zobaczyć grymas bólu i martwe oczy przyjaciela, wskazujące na powiększającą się plamę czerwieni na jego białej koszuli, a w oddali widziałem blondynkę trzymającą broń. Nie obwiniałem Victorii za śmierć przyjaciela. Nie miałem prawa, podstaw ani takiej potrzeby. Chciałem aby ona też sobie tego nie robiła, lecz to było jak uderzanie grochem o ścianę. Tak naprawdę nie wiedziałem, co stało się z moją siostrą, ani co zaszło na dachu, lecz wiedziałem że ta wiedza, wyżerała ją od środka jak kwas. Prawie nic nie jadła, a to, co dawała radę przełknąć niemalże od razu wymiotowała. Chudła w oczach, przez co płakała jeszcze więcej, martwiąc się o dziecko. 
Przytuliłem ją mocniej do siebie, i zacisnąłem zęby, czując pod palcami jej kości. Martwiłem się o nich, o to że mógłbym stracić któreś z nich, że mój świat mógłby stać się uboższy o nich. Nie potrafiłem wyobrazić sobie życia, w którym by ich nie było, ponieważ byli jedyną dobrą rzeczą, która mnie spotkała i jedyną rodziną, która mi pozostała. W tamtym czasie zauważyłem jak wszystko jest kruche i zmienne. Naiwnie sądziliśmy, że mamy całe życie przed sobą, że na wszystko jest czas, a w jednej chwili wszystko się zaczęło sypać jak domek z kart. I gdy już myśleliśmy, że to poukładaliśmy, znowu coś się musiało zacząć niszczyć.
- Czas na śniadanie - szepnąłem cicho, choć wiedziałem, że mi nie odpowie. Tęskniłem za jej głosem, za śmiechem, który niósł się echem po domu, za uśmiechem, który rozjaśniał jej oczy. Tęskniłem za jej beztroską, spontanicznością. Za tym jasnym światełkiem, które było w niej i rozświetlało mój dzień.
Pomogłem jej wstać z łóżka i poprowadziłem ją ostrożnie na dół, bojąc się, że gdyby spadła ze schodów, jej wycieńczony organizm by tego nie przetrwał. Zobaczyłem Iana, stojącego na dole oraz jego reakcję, gdy zobaczył Victorię. Nie potrzebowaliśmy litości. Potrzebowaliśmy wolności. Potrzebowaliśmy uwolnić się od tego, co zamieniło nasze życie w istny burdel, niszcząc to, co mieliśmy dobrego.
- Nathan...
- Wyjdź - warknąłem ostro. Nie chciałem, aby ktokolwiek oglądał ją w tym stanie i wiedziałem, że ona sama by tego nie chciała. Zawsze była tą radosną iskierką, która sprawiała, że uśmiech sam pchał się na usta, rozwiązywała problemy innych i była o wiele zbyt dobra niż powinna. Widzenie jej w takim stanie, wyniszczonej i złamanej było katuszą.

* * *

Przemierzałem korytarz w tę i z powrotem. Od kilku godzin siedziałem w poczekalni, czekając na jakiekolwiek wiadomości o stanie Victorii, lecz nikt nie chciał nic powiedzieć. Zacząłem się zastanawiać, gdzie w tym wszystkim jest jakikolwiek sens i logika. Została w to wciągnięta nie ze swojej woli, była w tym o wiele krócej niż nie jeden z nas, a dostawała po dupie za każdym razem coraz mocniej. Zacisnąłem wargi, zastanawiając się jaki byłby świat bez niej i doszedłem do wniosku, że to nie jest możliwe. Ona była dla mnie wszystkim. Jedyną rodziną jaka mi pozostała, powodem do radości i do mobilizacji, aby każdego dnia wracać do domu. Bez niej wszystko straciłoby sens.
A w tamtej chwili do szału doprowadzała mnie myśl, że mógłbym to wszystko stracić. Zawsze naiwnie myśleliśmy, że mamy jeszcze na wszystko czas. Dopiero wtedy zauważyłem, jak bardzo dziecinne było snucie tak dalekosiężnych planów na przyszłość. W momencie, gdy nawet teraźniejszość stała pod dużym znakiem zapytania.
Uderzyłem pięścią w szpitalną ścianę, szukając ujścia dla swojej frustracji.
- Halo! - krzyknęła jedna z pielęgniarek, a głowy kilku pacjentów zwróciły się w moją stronę.
- Stary, uspokój się - westchnął blondyn, który niczym cerber siedział obok mnie.
Spojrzałem na niego morderczo. To on ją w to wszystko wciągnął. On zniszczył nam życie.
- To twoja wina - warknąłem, podnosząc go do góry za szmaty i przycisnąłem do ściany.
- Ogarnij się, Wheller - mruknął, próbując uwolnić się z uścisku, lecz niewiele mu do dało.
- Przez ciebie się tu znalazła! - krzyknąłem, mrużąc powieki w wyrazie furii.
- Przeze mnie? Gówno zrobiłeś aby ją od tego uchronić! - wysyczał, mierząc mnie spojrzeniem.
Pchnąłem go mocniej na ścianę po czym poluźniłem uścisk, cofając się o krok.
- Zrobiłem dla niej wszystko. A ty co zrobiłeś? - odparowałem z zaciśniętymi zębami, po czym wyszedłem ze szpitala.
Kopnąłem żwir, wzbijając w górę tumany kurzu i piachu, po czym wsunąłem we włosy palce, ciągnąc mocno za kosmyki. W głowie ciągle powtarzało mi się jedno, wysyczane przez niego zdanie.
Gówno zrobiłeś aby ją od tego uchronić!
Gówno zrobiłem aby ją ochronić? Poświęciłem wszystko. Chcąc ocalić ją od tego świata, do którego sam zostałem wciągnięty, odszedłem. Zostawiłem osobę, która była dla mnie wszystkim, która jako jedyna rozumiała, co sam przeżywałem po stracie rodziców. Chcąc zapewnić jej normalne życie, zrezygnowałem z życia z osobą, która była dla mnie bliska, która mnie rozumiała i którą od zawsze się opiekowałem. Zrobiłem to dla niej, choć dla dzieciaka nie było to nic łatwego. Odejść od wszystkiego, co się znało i kochało, do brudnego świata, pełnego przemocy, ran, siniaków i walki o każdy następny dzień. A gdy już wiedziałem, że nieuniknione w końcu nadejdzie, zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby przygotować ją na ten dzień. Nienawidziłem tego, nienawidziłem ściągać ją z łóżka bladym świtem, ranić, zadawać ciosy. Nienawidziłem tego, że przygotowywałem ją do życia, jakie sam prowadziłem od lat. Ona była nieskazitelna, była idealna i nikt nie miał prawa mieszać ją w tej obskurny świat broni, krwi i straty.
Wydałem z siebie głośny, pełen frustracji okrzyk, nie wiedząc jak sobie z tym wszystkim poradzić. Wcześniej zawsze mogłem iść na ring, na trening, czy dać w pysk pierwszemu kolesiowi, który przechodził. Później to ona potrafiła do mnie dotrzeć, nawet jeśli sama wściekała się równie mocno i nie miała najmniejszej ochoty na jakąkolwiek ugodę. A nawet jeśli nie, mogłem iść w cholerę i na spokojnie o tym pomyśleć, aby i tak na koniec wrócić do niej. Tym razem nie mogłem zrobić niczego z tych rzeczy, ponieważ nie zamierzałem zostawiać jej samej w szpitalu. Oboje popełnialiśmy w życiu mnóstwo błędów, odtrącając się wzajemnie, lecz koniec końców i tak wracaliśmy do siebie. Nie chciałem kolejny raz jej zawieść.
- Nate! - gdzieś niedaleko rozległ się zdyszany okrzyk, który bardziej brzmiał jak odgłos przy wypluwaniu płuc.
Przeniosłem wzrok w stronę dźwięku i zobaczyłem drobną blondynkę, która niemalże wtoczyła się na mnie, widocznie tracąc siłę w nogach. Przytrzymałem ją, nieznacznie przytulając do siebie i mimo wszystkich problemów, czy też myśli, które tłoczyły mi się w głowie, uśmiechnąłem się nieznacznie.
- Hej, misiu - odparłem i uśmiechnąłem się szerzej, widząc jej pełną dezaprobaty minę.
- Zamknij się - burknęła, odpychając mnie od siebie, lecz niezbyt mocno. Bieg musiał ją zmęczyć. - Jak z Vik?
- Nadal nic nie wiadomo - westchnąłem, przygryzając dolną wargę w zmartwieniu. To był paskudny nawyk, ale zbyt często widziałem go u ukochanej, aby go nie przejąć.
Zaraz za jej plecami, widziałem jeszcze dwie osoby podążające jej śladami. Westchnąłem. Eli i Josh. No tak, a kogóż innego można by się spodziewać w tym wszystkim. Nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego ona się z nimi przyjaźniła. Nigdy za nimi nie przepadałem i jak można było łatwo zauważyć, z wzajemnością.
Beth jeszcze o coś zapytała, lecz tylko skinąłem głową, zajmując się swoimi myślami. Czułem na sobie jej wzrok, lecz odpuściła i poprowadziła resztę do szpitala, znikając za rozsuwanymi drzwiami. Kucnąłem, pochylając głowę i próbując się uspokoić. Zdecydowanie nie mogłem przywalić Ianowi na samym wejściu, a naprawdę byłem tego bliski. Musiałem jednak myśleć przede wszystkim o Victorii i o tym, aby być jak najszybciej przy niej. Chciałem być pierwszą osobą, która przejdzie przez drzwi jej sali. Bynajmniej nie chciałem, aby pierwszą osobą był Ian.
Podniosłem się z kucek i oblizałem wargi, robiąc pierwszy krok w stronę szpitala i wtedy poczułem jak ktoś łapie mnie za ramię. Mechanicznie sięgnąłem za siebie, chcąc wywrócić napastnika, lecz był on zadziwiająco szybki i zwinny. Zanim się zorientowałem, był już przede mną.
- Wow, opanuj nerwy, kwiatuszku - wyszczebiotała brązowowłosa dziewczyna, uśmiechając się do mnie promiennie.
- Prawie cię zabiłem, Kait - mruknąłem, patrząc na drobną osobę, unosząc przy tym nieznacznie kącik ust.
- Najpierw musiałbyś mnie złapać, a z tym jak widać u ciebie ciężko - odparowała i wzruszyła ramionami, widocznie dobrze się bawiąc całą sytuacją.
- Co dla mnie masz? - spytałem przewracając oczami. Nie lubiłem zabawy w kotka i myszkę, chyba że kończyła się ona w łóżku. Albo jakiejkolwiek innej powierzchni.
- Nowe informacje na temat śmierci waszych rodziców - odparła podając mi średniej grubości teczkę.
Przyjrzałem się pakunkowi i niemalże od razu zabrałem się za analizowanie wskazówek co do tamtego wydarzenia, lecz troska o ukochaną wzięła górę.
- Dzięki, Kait - odparłem i zmierzwiłem włosy dziewczyny, kierując się w stronę szpitala.
- Nie otworzysz teraz? - zawołała zaskoczona.
- Mam teraz większe problemy - wzruszyłem ramionami, posyłając jej nieznaczny uśmiech.
Po raz pierwszy przyznałem, że cokolwiek było dla mnie ważniejsze od zemsty za śmierć rodziców.
- Pozdrów ją - krzyknęła, a w jej głosie słychać było nutkę wesołości.
- Jeśli życie ci nie miłe - odpowiedziałem, uśmiechając się przy tym, po czym wszedłem do szpitala.


* * *

Idąc w stronę sali, czułem nieprzyjemne uczucie wewnątrz. Nie byłem pewien czy to przez zgniło zielony kolor ścian, czy mrugający neon z napisem PSYCHIATRIA, przy wejściu na oddział. Mimo tego wszystkiego byłem pewien, że ona tutaj nie pasuje. Żadne z nas tutaj nie pasowało. Idąc przez korytarz, starałem się ignorować ludzi, którzy rzucali się na szyby, ślinili się, czy próbował wydrapać sobie drogę do mnie. To nie było normalne miejsce, a jej nie powinno tutaj być.
W końcu zobaczyłem odpowiedni numer i zawahałem się przed wejściem do środka. Nie chciałem, aby zobaczyła litość na mojej twarzy, ponieważ sam bym tego od niej nie oczekiwał. Victoria zawsze była silną osobą i zdecydowanie nie zasługiwała na to, aby się nad nią litować. Wiedziałem, że prędzej czy później rozgryzie jak z tym wszystkim żyć, a jedyne co mogłem dla niej zrobić to być obok i wspierać ją w tym wszystkim.
Dlatego też ostatecznie złapałem za klamkę i pociągnąłem ją w dół, wchodząc do sali.
Na dzień dobry poczułem się oślepiony światłem świetlówek, odbijających się w białych ścianach. Później zobaczyłem ją. Siedziała skulona na łóżku w białej koszuli, owinięta kocem, który fałdował się w okolicy bioder dziewczyny. Patrzyła przez okno zamyślona i chyba nawet nie zdawała sobie sprawy z mojej obecności. Po raz kolejny poczułem nieprzyjemne ukłucie i zacisnąłem szczękę, aby nie zacząć krzyczeć. Miałem wrażenie, że po raz kolejny wszystko zaczyna się rozsypywać.
- Lekarze mówią, że z dzieckiem będzie dobrze, jeśli zacznę jeść - szepnęła, lecz jej głos pozbawiony był wszelkich uczuć.
Zamknąłem za sobą drzwi i podszedłem do jej łóżka, siadając na krześle obok niej.
- A jak jest z tobą? - spytałem, ujmując jej drobną, wychudzoną dłoń w swoje.
Wtedy na mnie spojrzała. Zobaczyłem błękitne oczy, które niegdyś były pełne radości i życia, w tamtej chwili wypalone, pogrążone w głębokim żalu. Jakby zamknięte za zasłoną, która oddzielała ją od świata. Na jej bladych wargach pojawił się cień uśmiechu, jednakże było w nim coś, co sprawiło, że zacząłem się niepokoić jeszcze bardziej.
- Wszystko dobrze - szepnęła i pogłaskała mnie po policzku zimnymi dłońmi. - Już niedługo będę z Marine.
Ucałowałem jej kłykcie, chowając twarz w jej dłoni. Nie chciałem pokazać jak bardzo przeraziły mnie te słowa.

Rozdział 23

POV Nate

To się nie działo. Cholernie nie miało prawa się wydarzyć, a już z pewnością nie teraz. Wiadomością, którą dostałem, była liczba jeden. Spojrzałem przez ramię Victorii i zakląłem, widząc że i ona ma ten sam numer. To nie wróżyło niczego dobrego. Jednakże to co działo się w gabinecie Morgensterna? To był totalny sajgon i miałem nadzieję, że zaraz powie, że to jakiś chory żart. Ian nigdy nie żartował. A już z pewnością nie, jeśli chodziło o akcje.
- Wheller, Cole, Brown i Waste, idziecie ze mną. Idziemy bezpośrednio na spotkanie z Westwoodsami. Mamy nie wzbudzać podejrzeń, zachowujemy pozory dobrej atmosfery, niewiedzy. W najlepszym wypadku zamieni się to w negocjacje - powiedział Ian pokazując coś na mapie, lecz nie mogłem się na tym skupić.
Szliśmy na pierwszy ogień. Nie chodziło o to, żebym miał z tym problem, nigdy nie miałem, lecz nie mogłem na to narażać Vik. Nie byłbym zachwycony tym wcześniej, a tym bardziej teraz, kiedy nosiła w sobie nasze dziecko. Poza tym ciąża nie wpływała na nią najlepiej. Miała mdłości jeszcze zanim się zorientowaliśmy - jak mogliśmy niczego nie podejrzewać? W każdym bądź razie nie mogła iść na pierwszy ogień, a Ian doskonale o tym wiedział!
- Victoria nie idzie - powiedziałem chłodno, zaciskając dłonie w pięści.
- Wszyscy idą - odparł spokojnie blondyn.
- Przenieś ją na tyły - ciągnąłem, mrużąc wściekle oczy.
- Nie.
- PRZENIEŚ JĄ DO CHOLERY! - krzyknąłem, uderzając dłońmi o biurko, tuż przy jego twarzy.
- Stary, wyluzuj - rzucił John, poklepując mnie po plecach. - Widziałem ją w akcji, da sobie radę. To nie jest twoja mała dziewczynka.
- Jest chora - warknąłem odwracając się do chłopaka. - Ma mdłości i zawroty głowy, myślisz, ze da sobie radę z ich maszynówkami, kiedy nie będzie potrafiła utrzymać broni?!
- Nathan... - usłyszałem jej zmęczony głos, lecz starałem się go ignorować. Furia przesłaniała mi racjonalne myślenie.
- Ian, przenieś ją na tyły do cholery! - krzyknąłem raz jeszcze, tym razem mocniej waląc pięścią w drewno.
Huk przeszył niemiłosiernie moje uszy. Wszyscy zwróciliśmy głowy w jedną stronę. Widziałem czarną dziurę spluwy wycelowaną w naszą stronę i spojrzałem na chłodną twarz osoby, trzymającą broń.
- Dosyć - szepnęła spokojnie, lecz jej głos słyszalny był aż zbyt dokładnie.
Zdecydowanie nie wyglądała na chorą i pokrzywdzoną przez los. Cholera.

POV Vik

- Przestań się dąsać.
- To przestań być tak irytującą suką.
- Czym znowu cię zirytowałam? - fuknęłam na niego, nie mogąc już wytrzymać napiętej atmosfery między nami, odkąd wróciliśmy poprzedniego dnia z korporacji.
-Tym, że nie potrafisz siedzieć na dupie, tylko musisz pchać się w centrum tego sajgonu!
- Ten sajgon to nasze życie, Nathan - westchnęłam odwracając się w stronę okna.
Nie byłam już przekonana co wolę bardziej. Wściekłego Nathana czy milczącego Nathana. Obaj doprowadzali mnie do szału, lecz drugi przerażał mnie bardziej. Chyba lepiej było jak wyrzucał tą wściekłość, chociaż nienawidziłam tego, jak po awanturach zostawiał mnie samą. Zawsze się bałam, że już nie wróci i naprawdę byłam bliska drapania ścian z rozpaczy. Jednakże milczący Nathan? To był impulsywny mężczyzna, wybuchowy, a tłumienie takich emocji w sobie nie mogło skończyć się niczym dobrym. Nigdy.
- Kochanie...
- Daj mi się uspokoić - warknął, odchylając głowę na oparcie siedzenia, ponieważ nie miał jak wyjść i się wyładować.
Ściągnęłam wargi w wąską linię, przyglądając się mijanym drzewom po drodze. W samochodzie było cicho jak makiem zasiał. Nikt nie chciał, lub bał się odezwać, aby nie wywołać wybuchu, który z pewnością rozniósłby ten samochód w drobny pył. Zaczęłam bębnić palcami o swoje uda, próbując zająć myśli czymkolwiek, byle tylko nie myśleć o tym, co właśnie działo się między mną, a chłopakiem, ponieważ nie przyniosłoby to niczego pożądanego. Nie był to czas na użalanie się nad sobą.
Związałam włosy w ciasny kok, aby nikt nie mógł za nie szarpnąć. Założyłam krótkie spodenki, aby mieć komfort w bieganiu, skakaniu, mieć za co założyć broń oraz przy tym wszystkim się nie zagotować. Na górę zaś narzuciłam jedną z luźnych bluzek, odsłaniających jedno z ramion, która ukrywała broń za paskiem i sięgała pośladków. Oczywiście w domu musieliśmy odbyć długą rozmowę, czy to na pewno mądre. Luźna bluzka pozwalała złapać za nią, zahaczyć nią o coś i wiele innych ryzykownych zagrań. Dlatego ostatecznie ubrałam pod spód bokserkę, a na górę bluzkę, która i tak miała iść do wyrzucenia. W przypadku, gdyby sytuacja przybrała nieprzyjemny obrót, ściągnęłabym zbędną warstwę materiału i byłoby po problemie.
- Jesteśmy - powiedział Ian, wyłączając silnik samochodu..
Jeszcze przez jakiś czas siedzieliśmy w samochodzie w kompletnej ciszy, a później jakby na jakiś znak, wszyscy zaczęli wysiadać. Ian poszedł pierwszy, a Nathan i Alex zaraz podążyli za nim. Nate z prawej, Alex z lewej, mierząc się wściekłym wzrokiem. Chciałam objąć się ramionami, lecz wyglądałabym wtedy na słabą, a tego nie chciałam, więc wsunęłam kciuki w przednie kieszenie spodenek, idąc za nimi z głową uniesioną do góry.
- Nie przejmuj się nim. Jest dupkiem, ale robi to, bo cię kocha - usłyszałam obok siebie Johna, który trącił mnie ramieniem, uśmiechając się przy tym nieznacznie.
- Wiem o tym, jest okey, John - odparłam próbując się uśmiechnąć, lecz obawiałam się, że wyszedł z tego grymas.
- Nie wyglądasz na okey, Vik. Przejdzie mu i przeprosi...
- ... jak zawsze, tak wiem. Po prostu chciałabym, aby mnie do siebie wpuścił. Abyśmy mogli rozwiązywać to razem, a nie, że mnie odpycha od siebie, woląc się wyładować - westchnęłam przeczesując palcami włosy i wypuściłam spory oddech.
- Żartujesz, prawda? - spytał po chwili, patrząc na mnie zaskoczony.
- Słucham? - zmarszczyłam brwi, nie mając pojęcia o co mu chodzi.
- Dopuścił cię do siebie bardziej, niż kogokolwiek innego. Bardziej niż jakąkolwiek dziewczynę, bardziej niż kogokolwiek. On po prostu jest cholerykiem i musi to z siebie wyrzucić, aby ciebie nie skrzywdzić. Uwierz mi, to nie znaczy, że cię nie kocha, czy że ci nie ufa. On to robi dla ciebie.
Przez pewien czas się zastanawiałam, skąd on może o tym wiedzieć. Wydawało mi się, że Nathan nienawidził każdego, kto należał do Cobry. A może jednak się myliłam? prawdopodobnie właśnie tak było, ponieważ nie można było tego inaczej wytłumaczyć. I uwielbiał Liama, choć ten od Cobry odszedł jakiś rok po nim, a później głos o nim zaginął. Szukaliśmy go wszędzie, Nathan poruszał niebem i ziemią, aby go odnaleźć, ale na próżno. Uwielbiałam go. Przez ten rok między odzyskaniem Nathana, a stratą Liama, często przebywał u nas i choć byłam obrażona na swojego obecnego chłopaka, z jego przyjacielem potrafiłam rozmawiać godzinami. Stał się również moim przyjacielem.
Spojrzałam na Johna i skinęłam głową z wdzięcznością. Nie chodziło o to, że powiedział czegoś, czego nie wiedziałam, ale miło było usłyszeć to od kogoś bezstronnego. Przynajmniej wiedziałam, że to nie były tylko i wyłącznie moje urojenia, prawda? Wzięłam głęboki oddech i stanęłam po stronie Nathana, gdy zatrzymaliśmy się między magazynami. Oblizałam wargę, patrząc w lewo na Johna i odchyliłam głowę do tyłu z nieznacznym uśmiechem, próbując się odprężyć.
- Myślisz, że przyjdą? - spytał Alex, robiąc niezadowoloną minę i rozejrzał się dookoła. - Wygląda na opuszczone miejsce.
- A jak wyglądają magazyny idioto? Widziałeś kiedyś jarmark w magazynach? A może spodziewałeś się jakiejś wielkiej imprezy powitalnej? - syknął Nate, patrząc na niego z widocznym zniesmaczeniem.
- Styl pysk, psie, nie do ciebie mówię - warknął zaciskając dłonie w pieści.
- Obaj się zamknijcie, od waszego jazgotu pęka mi głowa - mrożący ton głosu Iana wwiercał się w mózgi każdego z nas.
- Ian... - westchnęłam łagodnie, przewracając przy tym oczami. Zarobiłam przy tym krzywe spojrzenie Alexa, któremu z przesłodzonym uśmiechem pokazałam środkowy palec.
- No no, dziewczynka ma charakter - powiedział rozbawiony John, na co się roześmialiśmy. Wszyscy oprócz Alexa.
- Ian! - usłyszałam niski, donośny głos i spomiędzy magazynów wynurzyła się postawna postać bladego mężczyzny. - Kope lat!
- Valentine - blondyn skinął głową liderowi Westwoodsów.
- Och, nie bądź taki sztywny, stary - odparł bladoskóry mężczyzna.
Valentine był wysokim, postawnym mężczyzną. Włosy jasne niemalże jak śnieg, średnio przystrzyżone, a oczy miał czarne jak dwa tunele. Nic dziwnego, że został liderem. Wzbudzał respekt jeszcze zanim otworzył usta, a gdy to robił, z pewnością na ogół też nie było przyjemnie.
- Coś się stało, że nas wezwałeś? - spytał Ian, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. Wydawał się znudzony, lecz widziałam jak napięte były jego mięśnie.
- No wiesz, chodzą plotki... - odparł tamten nonszalancko, a za jego plecami pojawiło się jeszcze czworo innych osób. Wszyscy mężczyźni. Wyczuwałam szowinizm. - ... o gangu, który chce zająć całe miasto. Wiesz coś o tym, Morgenstern?
- Słyszy się to, czy tamto - wzruszył ramionami, czujnie patrząc na przeciwnika.
- Powiedz swoim dzieciakom, aby wyszli z krzaków, albo moi ich wykurzą. Już.
- Szukają zajączka wielkanocnego, którego spłoszyłeś, daj im się pobawić - rzucił blondyn, wzruszając ramionami, a przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.
- Słyszałeś go - syknął ktoś zza Valentine'a, mierząc bronią w Iana.
Momentalnie sięgnęliśmy po broń, celując w Westwoodsów, a całe rozbawienie, które nam towarzyszyło przed spotkaniem, rozpłynęło się jak w oka mgnieniu.
- Dzieci, schowajcie te zabawki - westchnął białowłosy mężczyzna. - Albo komuś stanie się krzywda, tak jak temu... jak mu było? Liam?
Padł strzał. Ramię mężczyzny było ledwo draśnięte, a skóra bardziej oparzona gorącym pociskiem niż rozcięta, ale to i tak nie wróżyło dobrze.
- Następnym razem to będzie twoja głowa, gnoju - warknął Nathan, patrząc na niego z żądzą mordu.
I zaczęła się rzeźnia.
Posypał się grad pocisków. Słychać było krzyki, lecz w hałasie, trudno było rozróżnić który należy do kogo. Na plac zaczęło wbiegać coraz więcej osób, zarówno z Cobry jak i z Westwood. Zobaczyłam białą burzę włosów, która wbiegła gdzieś między budynki i zanim zdążyłam pomyśleć, pobiegłam w tamtą stronę, zmieniając w między czasie magazynek. Przylgnęłam do ściany, rozglądając się przymrużonymi oczami. Zobaczyłam otwarte drzwi i ruszyłam w tamtą stronę, po czym weszłam do środka. Wyglądało to na jakąś halę produkcyjną przekształconą w magazyn. Poustawiane stoły, schody prowadzące na antresole. Padł strzał, kucnęłam za jednym ze stołów, przyglądając się otoczeniu. Zobaczyłam go. Szedł w moją stronę, mierząc bronią tam, gdzie sądził, że byłam. Nie bardzo się mylił.
- Przykro mi, że zostałaś w to zamieszana. Jesteś bystrą dziewczynką, powinnaś była uciec, gdy tylko się zorientowałaś - powiedział, lecz słysząc, że nie odpowiadałam, ciągnął dalej. - Jesteś niewinną w tym wszystkim. Takim się zawsze najbardziej obrywa. Chcę zobaczyć minę Whellera, gdy rzucę mu pod nogi twoje martwe ciało, tak jak tej jego małej siostrzyczki.
- Coś ty powiedział? - syknęłam stając prosto, mierząc w niego bronią.
- Błagała o życie. Mała dziwka, była gotowa zrobić wszystko, aby przeżyć, jeśli wiesz co mam na myśli - powiedział obleśnie oblizując usta. - I jej mina, gdy dowiedziała się, że to jej brat to na nią sprowadził. Chyba to ją złamało najbardziej - dodał celując we mnie spluwą. - Twoja kolej, ślicznotko.
- Dotknij mnie, a odstrzelę ci sprzęt, gnoju - warknęłam, patrząc mu w oczy.
- Zadziorna, lubię takie.
Padł strzał, a Valentine padł na ziemię. Przez chwilę patrzyłam oniemiała w tamtą stronę, po czym wolnym krokiem podeszłam, patrząc na jego martwe ciało i strzeliłam. Raz. Drugi. Trzeci. Strzelałam aż zabrakło mi naboi oraz długo później, czując jak łzy spływały mi po policzkach. W głowie miałam tylko jedną myśl. Marine.
Poczułam, jak ktoś przytrzymywał mnie za ramiona i coś szybko szeptał, lecz nie potrafiłam się skupić. Potrafiłam jedynie myśleć o tym, jak mogliśmy wypuścić Marine spod ochrony. Wiedziałam, że nie mogłam się rozsypać. Kilkadziesiąt metrów obok ginęli ludzie. Kolana zaczęły mi drzeć i upadłam na kolana, opróżniając żołądek. Nie byłam pewna czy to przez emocje, czy ciążę ale nagła fala mdłości była niemiłosierna i siała spustoszenie w moim ciele.
- Vik, musimy iść - usłyszałam natarczywy szept i ktoś podniósł mnie na nogi, wyprowadzając z magazynu innymi drzwiami.
Kilkadziesiąt kroków dalej opadłam na kanapę, a do ręki wsadzono mi butelkę wody, którą upuściłam. Nie potrafiłam się skupić na niczym, a nie zamierzałam narażać dziecka na truciznę. Jednakże ktoś mi ją znowu wsadził do ręki, a twarz otarł wilgotną ścierką.
- Vik, weź się w garść! - znałam ten głos. Podniosłam głowę i przymrużyłam powieki.
Gęste, blond włosy sterczące na wszystkie strony oraz piękne, błękitne oczy, podobne do moich. Zaokrąglony nos i ostro zarysowana szczęka z nieznacznym zarostem. Cholernie dobrze znałam tę twarz!
- Liam... - jęknęłam, czując jak serce zamarło mi na chwilę. - O mój Boże, Liam! - jęknęłam i rzuciłam się na niego, obejmując go, czując jak zaczęłam drżeć. - Myśleliśmy, że nie żyjesz.
- Wiem, mała... - szepnął obejmując mnie mocno. - Co ty tutaj robisz? Cholera, skopię tyłek temu dupkowi.
- Wiesz jaki jest...
- Nie powinien był do tego dopuścić.
- Czekaj, o kim ty mówisz? - spytałam marszcząc brwi, przyglądając się przyjacielowi.
- Nathan. Nie powinien był do tego dopuścić - mruknął, zaciskając powieki, po czym odsunął mnie od siebie na wyciągnięcie ramion. - Nie jesteś tu bezpieczna. Powiedz mi co się dzieje, a spróbuję wam pomóc.
- Co tutaj robisz? - spytałam patrząc na niego.
- Później, nie ma czasu.
- Co tu robisz? - syknęłam, czując jak grunt zaczął uciekać mi spod stóp. Wyrwałam się z jego rąk.
- Nie rób tego.
- POWIEDZ MI! - krzyknęłam i poczułam ból w brzuchu, więc zgięłam się w pół.
- Co się dzieje? - spytał przestraszony, doskakując do mnie.
- Nic - mruknęłam próbując się odsunąć.
- Victoria...
- Nic - powtórzyłam czując w ustach niesmak wymiocin.
- Jesteś chora?
- Liam...
- O Boże, jesteś w ciąży! - szepnął patrząc na mnie rozszerzonymi oczami, sadzając na kanapie.
- Skąd ten durny pomysł? - warknęłam, jednakże przyjęłam wodę, wypijając ją duszkiem.
- Wymiotujesz, a jak cię boli, nie wciskasz pięści, jak kiedyś, trzymasz go opiekuńczo, jakbyś się bała, że coś wypadnie.
- Zamknij się.
- Nie powinno cię tu być - syknął kucając przede mną.
- Ludzie giną! Nie wiem co z Nathanem, Ianem, Johnem, co z kimkolwiek a ty przeprowadzasz pieprzony wywiad środowiskowy?! - krzyknęłam patrząc na niego i poderwałam się do góry.
- Vik...
- Wyprowadź mnie na górę. Chcę im pomóc i to zrobię. Z tobą, albo bez ciebie - powiedziałam stanowczo, patrząc na niego nieugięcie.
- Mmm, też tęskniłem - mruknął obejmując mnie w tali i poprowadził mnie do najbliższych schodów.

* * *

Uklęknęłam przy krawędzi dachu, pięćdziesiąt metrów od Liama, mierząc do członków Westwood, zdejmując jednego po drugim. Na ułamek sekundy spojrzałam na leżące trupy i rozchyliłam wargi w szoku. Na betonie bezwładnie leżało ciało Browna. Zasłoniłam usta dłonią, lecz ogarnęłam się akurat w momencie, gdy z hukiem otworzyły się drzwi na dach, więc skoczyłam na nogi, mierząc w kobietę, która również celowała we mnie swoim glockiem.
- Tutaj się ukrywa panienka Whellera, gdy na dole wszyscy walczą o życie. Nie ładnie - powiedziała cmokając z rozbawieniem, idąc krok po kroku w moją stronę.
- Czego chcesz? - warknęłam zirytowana, próbując się skupić. Ile kul mi zostało? Jakiekolwiek zostały?
- Naprawdę pytasz? Twojej śmierci suko. Dusza za duszę. Ty za nią - powiedziała podchodząc coraz bliżej, podczas gdy ja nie chciałam cofnąć się o krok.
- O kim bredzisz?
- Melanie.
Wyraz mojej twarzy całkowicie się zmienił, widziałam to w jej oczach.
` - Och, doskonale wiesz o czym mówię.
- Ty zrobiłaś ten napis.
- Byłam tam, zdziro. Zabiłaś ją, nie bo ci zagrażała, lecz bo jej nienawidziłaś. Zginęła przez twoje pieprzone uczucia!
- Zginęła, bo na to zasłużyła - syknęłam, zaciskając wargi.
- Tak jak ty teraz.
Padł strzał, lecz żadna z nas go nie oddała. Obie zwróciłyśmy się w stronę Liama, który o milimetry chybił od twarzy dziewczyny. Drugi strzał trafił go w brzuch, równocześnie co trzeci ją w głowę.
Patrzyłam jak przyjaciel się osuwa na równoległy dach, więc zerwałam się, biegnąć w jego stronę, czując jak zaczynało brakować mi powietrza. Padłam obok niego na kolana, zdzierając z nich skórę i wzięłam jego głowę na swoje uda, widząc z jaką szybkością biała koszulka przyjaciela zabarwiała się na czerwono. Próbowałam uciskając ranę, lecz krew przepływała mi między palcami, wywołując atak paniki.
- Vik, Vik! Victoria! - zawołał słabym głosem, chcąc skupić na sobie moją uwagę. - Obiecaj mi, że się wycofasz. Że oboje się wycofacie. Wyjedziecie i urodzisz to dziecko. Obiecaj, że będziecie bezpieczni.
- Liam... - załkałam patrząc na niego zapłakana, a lzy spływały po jego twarzy. Moje, jego. To nie było ważne.
- Obiecaj mi, mała.
- Obiecuję - szepnęłam patrząc w jego oczy, które zaczęły zachodzić mgłą. - Liam, zostań ze mną, błagam, zostań ze mną! - zawołałam rozpaczliwie, ujmując jego twarz w dłonie, płacząc jak małe dziecko. - Nie zostawiaj nas - szepnęłam opierając swoje czoło o jego, drżąc na całym ciele.
- Victoria! - usłyszałam głos Nathana. I nic więcej. Żadnych strzałów, niczego.
- Vik! - zawołał Ian, a raz po nim jeszcze kilka osób.
Nie potrafiłam się ruszyć. Nie potrafiłam niczego powiedzieć. To było dla mnie za wiele. Myślałam, że śmierć Marine mnie złamała, co zaczęło do mnie teraz docierać. Nie mogłam się bronić przed przytłaczającą mnie falą żalu, bólu i rozpaczy. Ale najbardziej złamało mnie odzyskanie przyjaciela, by go później stracić. Stracić, przeze mnie. Zapłakałam głośniej, tuląc do siebie martwe ciało blondyna, kołysząc się do przodu i do tyłu, nie przejmując się krwią, brudzącą moje ubrania.
- Tu jest! - ktoś zawołał, lecz nie wiedziałam kto.
Ostatnią rzeczą, którą zobaczyłam, był ból wymalowany w czekoladowych oczach.
Później się rozsypałam.

Rozdział 22

POV Vik
- Musisz mu powiedzieć.
Westchnęłam przewracając oczami po raz enty. Miałam dość tego tematu oraz tego, że nie potrafiliśmy dość do sensownego porozumienia, oboje trzymając się kurczowo swoich racji. Spojrzałam na niego zmęczona, pocierając skronie. Dopiero od kilku dni byłam w domu, a już niemalże każdego dnia się kłóciliśmy, czas o to samo, co zaczynało być męczące.
- To nie ma sensu, Nate - mruknęłam po raz kolejny, chowając twarz w poduszce.
Spać, zdecydowanie potrzebowałam snu.
- Musisz być bezpieczna, poza tym za kilka miesięcy sam zauważy, nie sądzisz? - spróbował mnie przekonać, przez co posłałam mu ostre spojrzenie.
- I co? Uważasz, że Ian da mi urlop macierzyński? Może jeszcze tobie da tacierzyński? I do tego pogratuluje nam małej pociechy oraz roześle wszystkim kartki informujące, że mamy immunitet? - syknęłam, zaciskając palce na krawędziach poszewki.
- Nie bądź cyniczna, Cole - warknął wstając i przeczesał palcami swoje krótkie włosy.
- Nie bądź naiwny, Wheller - odparowałam, mrużąc powieki.
Obserwowałam jak podchodził do okna i spoglądał w skupieniu na ogród. Wiedziałam, że się martwił i nie dziwiłam mu się. Sama niepewnie spoglądałam w przyszłość i nie wiedziałam co przyniesie nam los. Oboje próbowaliśmy się dostosować do nowej sytuacji i uporać się z obawami, lecz widocznie każde z nas znajdowało na to odmienne metody, które zdecydowanie ze sobą kolidowały. Mimo wszystko nienawidziłam się z nim kłócić. Kłótnie z Nathanem nie były kłótniami - to były awantury, które działały na zasadzie kuli śnieżnej. Każde następne słowo i argument popychały ją dalej, tworząc coraz większy i większy problem, skazany na wybuch, co nieraz przygniatało nas oboje. Oczywiście, to nie była tylko jego wina. Ja również byłam nerwowa, impulsywna i prędzej mówiłam, niż myślałam, tak więc mieszanka naszych charakterów była po prostu wybuchowa. Dosłownie.
- Mam ochotę na oliwki - westchnęłam niczym naburmuszone dziecko, starając się jakoś rozładować napięcie.
- Masz ochotę na oliwki? - spytał tępo, spoglądając na mnie zdumiony i zaskoczony.
- Mam ochotę na oliwki - powtórzyłam spokojnie, delikatnie się przy tym uśmiechając.
- Nie lubię oliwek.
- I na ser feta - dodałam, zadowolona ze zmiany tematu.
- Lubie ser feta - odparł z uśmiechem, widocznie sobie uzmysławiając zasady gry.
- Więc zróbmy oliwki z serem feta! - zawołałam z szerokim uśmiechem i zerwałam się z kanapy, idąc w stronę kuchni.
- Biorę ser feta! - odparł, podążając za mną, lecz odwróciłam się z rozbawieniem w jego stronę.
- Jak go sobie wywalczysz! - zaśmiałam się, mierząc palcem w jego tors, lecz i tak wiedziałam, że oddam mu swój przysmak.
W końcu miałam jeszcze oliwki.

* * *

- Jaja sobie robisz?!
Wiedziałam, że tak będzie. Cholera jasna, Nate!
Przeczesałam włosy palcami, podchodząc do okna, cały czas powtarzając sobie w głowie, że nie wolno mi się denerwować, lecz to było awykonalne z tymi ludźmi! Nawet dobro dziecka, nie przemawiało do mojej psychiki jako wystarczający argument, aby nie przejmować się tym, co wychodziło z ust tego człowieka, ponieważ szlag mnie trafiał, jak tylko otwierał usta! Tak się właśnie kończyło ustępowanie mężczyznom "dla świętego spokoju", czego skutek był czymś całkowicie odwrotnym.
- Potrzebuję tego - powiedziałam powoli, starając się zachować spokój, przez co niemalże wysyczałam to spomiędzy zaciśniętych zębów.
Jak ktokolwiek, kiedykolwiek mógł uważać, że to będzie łatwe? Nikt nie słyszał o ulgach w warunkach pracy kobiet? Czy ktokolwiek zagląda do Kodeksu Pracy? Nawet gangi powinny mieć jakiś kodeks moralny, prawda? Inaczej wolno by było każdemu robić co mu się żywnie podoba, strzelać w biały dzień... dobra, widocznie nie obowiązywał kodeks moralny.
- Jak to sobie wyobrażasz? Że to wszystko zniknie? Że przestaniesz być celem? Wiedziałaś w co się pakujesz, Cole! - wyrzucił, uderzając dłońmi o biurko.
- Zmusiłeś mnie do tego! - wykrzyknęłam, odwracając się na pięcie w jego stronę. - Nie miałam pieprzonego wyboru! Myślisz, że chciałam takiego życia?! Myślisz, że nigdy nie marzyłam o tym, aby wyjść za mąż i założyć rodzinę?! Jestem kobietą, Ian! Miałam marzenia! Marzenia, które mi odebrałeś! - uderzyłam dłońmi o uda, dopiero w tamtej chwili pozwalając sobie na wzięcie głębokiego oddechu.
- Zawsze miałaś wybór - zaszydził, patrząc na mnie spod byka i wymagało ode mnie sporej dozy samokontroli nie skoczenie do niego i starcia z jego pyska tego bezczelnego wyrazu twarzy.
- Wybór? W każdej możliwości byłabym przegraną, tego nie można nazwać wyborem - warknęłam podchodząc powoli do biurka i oparłam o nie dłonie, czując jak wewnątrz mnie się wszystko gotowało. Miałam tylko nadzieję, że moja fasolka nie czuła się zbyt wzburzona.
- Twoi rodzice...
- Zginęli przez takich jak ty, a ja nie chcę tego dla mojego dziecka! - syknęłam, mrużąc powieki.
- Dziecka? - spytał tępo, przez co zacisnęłam dłonie w pięci, po prostu mu się przyglądając. Dopiero po chwili byłam w stanie rozprostować palce i wziąć kojący oddech, rozluźniając się częściowo.
- Jestem w ciąży, Ian - powiedziałam zmęczona i osunęłam się na krzesło, które stało obok i oparłam brodę na splecionych jak do modlitwy rękach.
Widziałam jak ta wiadomość powoli do niego dochodziła. Wściekłe rysy twarzy łagodniały w zaskoczeniu, po czym mogłam dostrzec nawet cień troski i współczucia. Odwróciłam wzrok, ponieważ naprawdę nie potrzebowałam współczucia, wystarczająco już się rozczulałam nad samą sobą, fasolką i tym, jak potoczy się nasze życie z Nathanem. Miałam wrażenie, że wszystko wymyka mi się z rąk i naprawdę niewiele brakowało, aby rozbiło się to o podłogę.
- Zbliża się coś wielkiego, Vik - powiedział spokojnie, przyglądając mi się w sposób, którego nie potrafiłam rozszyfrować.
- O czym mówisz?
- Nie wiem. Ale to widać. Wśród innych gangów zaczyna panować zamieszanie, negocjacje stają się napięte. Coś wisi w powietrzu. Coś wielkiego i niebezpiecznego. Zbliża się wojna, jakiej nikt z nas jeszcze nie zaznał - powiedział patrząc na mnie ze spokojem i położył przedramiona płasko na biurku, patrząc mu w oczy poważnie. - Nikt nie może wiedzieć, że jesteś w ciąży. Musisz zachowywać się jak zawsze, albo cię zniszczą. Zniszczą was oboje, a w sumie już troje. Wasza słabość, jest słabością całej Cobry, Vik.
- Nie mogę ryzykować, Ian... - zaczęłam, czując wzrastającą wewnątrz mnie panikę. Pieprzone hormony.
- Najbardziej zaryzykujesz wycofując się z interesu. Zauważą, że coś jest nie tak. Odkąd się pojawiłaś, cały czas jesteś przy Nathanie, a on nigdy nie przepuszczał najbardziej krwawych jatek. Jeśli nagle nie będzie ciebie, albo was obojga, domyślą się że coś nie gra. W tym momencie twoje bezpieczeństwo jest naszym bezpieczeństwem, a to zależy tylko od tego, czy będziesz zachowywać się jak zawsze.
Przygryzłam dolną wargę, próbując się skupić. Podciągnęłam nogi pod brodę, czując się bezbronnie jak dziecko. Ian musiał do dostrzec, ponieważ zrobił coś, czego nigdy u niego nie zaobserwowałam oraz nigdy w życiu bym się tego po nim nie spodziewała. Kucnął przede mną, opierając dłonie na krześle i spojrzał na mnie z dołu.
- Victoria, rozumiem, że się boisz. Teraz musisz uważać na siebie za dwie osoby i zdaję sobie sprawę z tych całych babskich, ciążowych burz hormonów - powiedział, przez co oboje nieznacznie się uśmiechnęliśmy. - Staram się to mieć na uwadze, ale teraz naprawdę musisz trzymać fason i nikomu tego nie mówić. Nikomu z gangu, nikomu kto mógłby przekazać tę informację w złe ręce. Nadchodzi wojna i wszyscy musimy chować najsłabsze karty oraz zachowywać kilka asów.
- Wiesz, jesteś całkiem fajnym gościem - szepnęłam i odchrząknęłam, chcąc pozbyć się nieprzyjemnej chrypki z głosu. - Ale i tak jesteś pieprzonym dupkiem - dodałam, na co oboje się szeroko uśmiechnęliśmy.


* * *

- Nie powinien cię w to mieszać - mruknął zaciskając palce na kierownicy tak mocno, że zbielały mu kłykcie.
Jedynie westchnęłam cicho, przewracając oczami i przeczesałam palcami swoje włosy. Kochałam to, że się tak troszczył i martwił, stawiając bezpieczeństwo moje i naszego dziecka wysoko, jednakże doprowadzało mnie do szału jego traktowanie mojej osoby jak laleczki z porcelany, którą najmniejszy podmuch wiatru może stłuc na drobne kawałki.
Od mojej rozmowy z Ianem minęło kilka dni i robiłam wszystko co w mojej mocy, aby udawać że moje życie wcale się nie zmieniło, jednocześnie nie przemęczając się. Chodziłam na siłownię tyle samo ile zawsze, lecz zamiast podnoszenia ciężarków oraz trenowania boksu wybierałam bieżnię oraz ćwiczenia sprawnościowe, co według lekarza nie było zagrożeniem dla ciąży.
- Musisz przestać się zamartwiać - szepnęłam siadając okrakiem na jego kolanach, przesuwając opuszkami palców po szyi ukochanego.
- Żartujesz? Powiedz, że żartujesz - powiedział przesuwając dłońmi po moich plecach, na co jedynie potrząsnęłam głową w delikatnym uśmiechu.
Pocałunek był czuły, delikatny i smakował czekoladowymi muffinami, które zjedliśmy po drodze. Zacisnęłam palce na materiale jego koszulki, gdy poruszył moimi biodrami, w skutek czego poczułam go między nogami. Dokładnie, zmysłowo. Intensywnie. Jęknęłam cicho wprost w jego usta, słysząc w odpowiedzi zadowolony pomruk. Nieznacznie się podniosłam, czując palce ukochanego wślizgujące się pod materiał sukienki, sunące wzwyż uda i odchyliłam głowę do tyłu w wyrazie rozkoszy. Wargi chłopaka zaczęły pieścić skórę mojej szyi, a palce przesunęły się po wilgotnej koronce, odsuwając ją na bok. Wymamrotałam coś po francusku, nie przywiązując wagi do słów i poruszyłam się gwałtowniej, chcąc go więcej, chcąc się nim nasycić i rozkoszować jednocześnie. Pochyliłam głowę, wtulając ją w zagłębienie jego szyi, jęcząc przeciągle, gdy przesunął palcem wzdłuż wilgotnej kobiecości, co wyrwało z jego piersi dzikie warknięcie. Oblizałam wargi, kołysząc płynnie biodrami, zaciskając obie dłonie na oparciu fotela. Czując go w sobie, zaklęłam mrucząc cicho i mocniej naparłam na niego swoim ciałem, błagając o to, aby nie przestawał.
I wtedy ktoś zastukał w szybę, przez co podskoczyłam przestraszona. Dzięki Bogu przez sukienkę nie było niczego widać, bynajmniej taką miałam nadzieję. Mimowolnie spojrzałam w stronę intruza i zaklęłam w duchu widząc Jamesa. Kilkakrotnie trzymał mi worek, podczas boksu oraz jako pierwszy chętnie stawał na ringu, gdy decydowałam się na kickboksing. Wiedziałam, że Nate go szczerze nienawidzi, choć nigdy nie opowiedział dokładnie dlaczego, zawsze rzucając jakieś wymijające odpowiedzi. Jednakże nie sądziłam, aby lubił kogokolwiek z Cobry, w końcu to przez nich nasze życie wyglądało tak, jak wyglądało.
- Do środka gołąbeczki, bo jeszcze się rozmnożycie i co będzie? Drugi Wheller to kolejny wrzód na dupie - odparł z chamskim uśmiechem i wszedł do budynku.
Oczywiście, nastrój rozpłynął się w oka mgnieniu, więc chwilę później wysiedliśmy z samochodu i weszliśmy do korporacji. Morgenstern zwołał spotkanie, na którym mieli być wszyscy. To było dla mnie zaskoczeniem i jak widziałam, nawet ze stażem Nathana nie było to codziennością. Przesunęłam dłonią, wyczuwając pod materiałem sukienki zgrabny kształt magnum 2000 wsunięty za podwiązkę pończochy, czując się spokojniej.
Po wejściu do sali konferencyjnej, czy jakkolwiek to można było nazwać, zobaczyłam już spore zbiorowisko. Przemknęła mi w tłumie twarz Alexa z Jamesem oraz kilku innych mężczyzn, których kojarzyłam z siłowni. Jednakże nigdzie nie widziałam Iana. Spojrzałam na Nathana, który tak samo przeczesywał tłum, a jego twarz pozostawała kamienną maską. Jemu też coś w tym wszystkim nie pasowało. 
- Spokój sie do cholery - chłodny głos Iana niósł się ponad hałasem rozmów, gdy wszedł przez drzwi po drugiej stronie pomieszczenia.
Nie musiał dwa razy powtarzać. Choć nie każdy darzył go sympatią, każdy wiedział, że był niebezpieczny. Niemalże natychmiast zapadła cisza. Razem z Nathanem staliśmy na przodzie grupy, więc miałam dobry widok na Morgensterna. Jego twarz była napięta i próbował każdemu spojrzeć w oczy, jakby przekazując niemą wiadomość.
- Westwoodsi zażądali spotkania. Jutro. 18. Ich magazyny - powiedział chłodno, choć słyszalne było napięcie w jego głosie. - Za pięć minut do każdego z was przyjdzie wiadomość generowana przez system z numerem grupy. Według tego wchodzicie do gabinetu. Wszyscy idą na akcje.
- Nie - usłyszałam ostry głos Nathana, który wysunął się przede mnie, zasłaniając mnie własnym ciałem.
- Wracaj na miejsce, Wheller - rzucił lekceważąco Ian, co podziałało na niego jak płachta na byka.
- To negocjacje, nic wielkiego, prawda? - upierał się, ciskając piorunami w blondyna.
- Boisz sie, że coś stanie się twojej maskotce? - syknął rozbawiony James, lecz zanim Nate zdążył zareagować, Alex wymierzył mu cios w brzuch, przez co tamten zgiął się w pół.
- Nie potrzebujemy tego - syknął do kumpla.
- Nathan, wszyscy idą - powiedział stanowczo Ian. - Mamy najlepszych z najlepszych, każdy z was.
- Nie sądzę...
- Mam w dupie co sądzisz. Mam w dupie co sądzi którekolwiek z was! Prawdopodobnie to nie będzie spotkanie towarzyskie i będzie brudno. Musicie przygotować się na najgorsze, ponieważ kwestią czasu jest, kiedy wybuchnie wojna. Są gangi, które łakną całego Denver i okolic i z pewnością nas zaatakują, więc kurwa mać, weźcie się do roboty, bo jeśli nie będziemy razem, rozpierdolą nas. Wchodzimy na teraz wojenny. Wszyscy, rozumiecie? To wojna!
- Kurwa mać - mruknął ktoś z tyłu, a wszyscy przytaknęli głowami.