POV Nate
To się nie działo. Cholernie nie miało prawa się wydarzyć, a już z pewnością nie teraz. Wiadomością, którą dostałem, była liczba jeden. Spojrzałem przez ramię Victorii i zakląłem, widząc że i ona ma ten sam numer. To nie wróżyło niczego dobrego. Jednakże to co działo się w gabinecie Morgensterna? To był totalny sajgon i miałem nadzieję, że zaraz powie, że to jakiś chory żart. Ian nigdy nie żartował. A już z pewnością nie, jeśli chodziło o akcje.
- Wheller, Cole, Brown i Waste, idziecie ze mną. Idziemy bezpośrednio na spotkanie z Westwoodsami. Mamy nie wzbudzać podejrzeń, zachowujemy pozory dobrej atmosfery, niewiedzy. W najlepszym wypadku zamieni się to w negocjacje - powiedział Ian pokazując coś na mapie, lecz nie mogłem się na tym skupić.
Szliśmy na pierwszy ogień. Nie chodziło o to, żebym miał z tym problem, nigdy nie miałem, lecz nie mogłem na to narażać Vik. Nie byłbym zachwycony tym wcześniej, a tym bardziej teraz, kiedy nosiła w sobie nasze dziecko. Poza tym ciąża nie wpływała na nią najlepiej. Miała mdłości jeszcze zanim się zorientowaliśmy - jak mogliśmy niczego nie podejrzewać? W każdym bądź razie nie mogła iść na pierwszy ogień, a Ian doskonale o tym wiedział!
- Victoria nie idzie - powiedziałem chłodno, zaciskając dłonie w pięści.
- Wszyscy idą - odparł spokojnie blondyn.
- Przenieś ją na tyły - ciągnąłem, mrużąc wściekle oczy.
- Nie.
- PRZENIEŚ JĄ DO CHOLERY! - krzyknąłem, uderzając dłońmi o biurko, tuż przy jego twarzy.
- Stary, wyluzuj - rzucił John, poklepując mnie po plecach. - Widziałem ją w akcji, da sobie radę. To nie jest twoja mała dziewczynka.
- Jest chora - warknąłem odwracając się do chłopaka. - Ma mdłości i zawroty głowy, myślisz, ze da sobie radę z ich maszynówkami, kiedy nie będzie potrafiła utrzymać broni?!
- Nathan... - usłyszałem jej zmęczony głos, lecz starałem się go ignorować. Furia przesłaniała mi racjonalne myślenie.
- Ian, przenieś ją na tyły do cholery! - krzyknąłem raz jeszcze, tym razem mocniej waląc pięścią w drewno.
Huk przeszył niemiłosiernie moje uszy. Wszyscy zwróciliśmy głowy w jedną stronę. Widziałem czarną dziurę spluwy wycelowaną w naszą stronę i spojrzałem na chłodną twarz osoby, trzymającą broń.
- Dosyć - szepnęła spokojnie, lecz jej głos słyszalny był aż zbyt dokładnie.
Zdecydowanie nie wyglądała na chorą i pokrzywdzoną przez los. Cholera.
POV Vik
- Przestań się dąsać.
- To przestań być tak irytującą suką.
- Czym znowu cię zirytowałam? - fuknęłam na niego, nie mogąc już wytrzymać napiętej atmosfery między nami, odkąd wróciliśmy poprzedniego dnia z korporacji.
-Tym, że nie potrafisz siedzieć na dupie, tylko musisz pchać się w centrum tego sajgonu!
- Ten sajgon to nasze życie, Nathan - westchnęłam odwracając się w stronę okna.
Nie byłam już przekonana co wolę bardziej. Wściekłego Nathana czy milczącego Nathana. Obaj doprowadzali mnie do szału, lecz drugi przerażał mnie bardziej. Chyba lepiej było jak wyrzucał tą wściekłość, chociaż nienawidziłam tego, jak po awanturach zostawiał mnie samą. Zawsze się bałam, że już nie wróci i naprawdę byłam bliska drapania ścian z rozpaczy. Jednakże milczący Nathan? To był impulsywny mężczyzna, wybuchowy, a tłumienie takich emocji w sobie nie mogło skończyć się niczym dobrym. Nigdy.
- Kochanie...
- Daj mi się uspokoić - warknął, odchylając głowę na oparcie siedzenia, ponieważ nie miał jak wyjść i się wyładować.
Ściągnęłam wargi w wąską linię, przyglądając się mijanym drzewom po drodze. W samochodzie było cicho jak makiem zasiał. Nikt nie chciał, lub bał się odezwać, aby nie wywołać wybuchu, który z pewnością rozniósłby ten samochód w drobny pył. Zaczęłam bębnić palcami o swoje uda, próbując zająć myśli czymkolwiek, byle tylko nie myśleć o tym, co właśnie działo się między mną, a chłopakiem, ponieważ nie przyniosłoby to niczego pożądanego. Nie był to czas na użalanie się nad sobą.
Związałam włosy w ciasny kok, aby nikt nie mógł za nie szarpnąć. Założyłam krótkie spodenki, aby mieć komfort w bieganiu, skakaniu, mieć za co założyć broń oraz przy tym wszystkim się nie zagotować. Na górę zaś narzuciłam jedną z luźnych bluzek, odsłaniających jedno z ramion, która ukrywała broń za paskiem i sięgała pośladków. Oczywiście w domu musieliśmy odbyć długą rozmowę, czy to na pewno mądre. Luźna bluzka pozwalała złapać za nią, zahaczyć nią o coś i wiele innych ryzykownych zagrań. Dlatego ostatecznie ubrałam pod spód bokserkę, a na górę bluzkę, która i tak miała iść do wyrzucenia. W przypadku, gdyby sytuacja przybrała nieprzyjemny obrót, ściągnęłabym zbędną warstwę materiału i byłoby po problemie.
- Jesteśmy - powiedział Ian, wyłączając silnik samochodu..
Jeszcze przez jakiś czas siedzieliśmy w samochodzie w kompletnej ciszy, a później jakby na jakiś znak, wszyscy zaczęli wysiadać. Ian poszedł pierwszy, a Nathan i Alex zaraz podążyli za nim. Nate z prawej, Alex z lewej, mierząc się wściekłym wzrokiem. Chciałam objąć się ramionami, lecz wyglądałabym wtedy na słabą, a tego nie chciałam, więc wsunęłam kciuki w przednie kieszenie spodenek, idąc za nimi z głową uniesioną do góry.
- Nie przejmuj się nim. Jest dupkiem, ale robi to, bo cię kocha - usłyszałam obok siebie Johna, który trącił mnie ramieniem, uśmiechając się przy tym nieznacznie.
- Wiem o tym, jest okey, John - odparłam próbując się uśmiechnąć, lecz obawiałam się, że wyszedł z tego grymas.
- Nie wyglądasz na okey, Vik. Przejdzie mu i przeprosi...
- ... jak zawsze, tak wiem. Po prostu chciałabym, aby mnie do siebie wpuścił. Abyśmy mogli rozwiązywać to razem, a nie, że mnie odpycha od siebie, woląc się wyładować - westchnęłam przeczesując palcami włosy i wypuściłam spory oddech.
- Żartujesz, prawda? - spytał po chwili, patrząc na mnie zaskoczony.
- Słucham? - zmarszczyłam brwi, nie mając pojęcia o co mu chodzi.
- Dopuścił cię do siebie bardziej, niż kogokolwiek innego. Bardziej niż jakąkolwiek dziewczynę, bardziej niż kogokolwiek. On po prostu jest cholerykiem i musi to z siebie wyrzucić, aby ciebie nie skrzywdzić. Uwierz mi, to nie znaczy, że cię nie kocha, czy że ci nie ufa. On to robi dla ciebie.
Przez pewien czas się zastanawiałam, skąd on może o tym wiedzieć. Wydawało mi się, że Nathan nienawidził każdego, kto należał do Cobry. A może jednak się myliłam? prawdopodobnie właśnie tak było, ponieważ nie można było tego inaczej wytłumaczyć. I uwielbiał Liama, choć ten od Cobry odszedł jakiś rok po nim, a później głos o nim zaginął. Szukaliśmy go wszędzie, Nathan poruszał niebem i ziemią, aby go odnaleźć, ale na próżno. Uwielbiałam go. Przez ten rok między odzyskaniem Nathana, a stratą Liama, często przebywał u nas i choć byłam obrażona na swojego obecnego chłopaka, z jego przyjacielem potrafiłam rozmawiać godzinami. Stał się również moim przyjacielem.
Spojrzałam na Johna i skinęłam głową z wdzięcznością. Nie chodziło o to, że powiedział czegoś, czego nie wiedziałam, ale miło było usłyszeć to od kogoś bezstronnego. Przynajmniej wiedziałam, że to nie były tylko i wyłącznie moje urojenia, prawda? Wzięłam głęboki oddech i stanęłam po stronie Nathana, gdy zatrzymaliśmy się między magazynami. Oblizałam wargę, patrząc w lewo na Johna i odchyliłam głowę do tyłu z nieznacznym uśmiechem, próbując się odprężyć.
- Myślisz, że przyjdą? - spytał Alex, robiąc niezadowoloną minę i rozejrzał się dookoła. - Wygląda na opuszczone miejsce.
- A jak wyglądają magazyny idioto? Widziałeś kiedyś jarmark w magazynach? A może spodziewałeś się jakiejś wielkiej imprezy powitalnej? - syknął Nate, patrząc na niego z widocznym zniesmaczeniem.
- Styl pysk, psie, nie do ciebie mówię - warknął zaciskając dłonie w pieści.
- Obaj się zamknijcie, od waszego jazgotu pęka mi głowa - mrożący ton głosu Iana wwiercał się w mózgi każdego z nas.
- Ian... - westchnęłam łagodnie, przewracając przy tym oczami. Zarobiłam przy tym krzywe spojrzenie Alexa, któremu z przesłodzonym uśmiechem pokazałam środkowy palec.
- No no, dziewczynka ma charakter - powiedział rozbawiony John, na co się roześmialiśmy. Wszyscy oprócz Alexa.
- Ian! - usłyszałam niski, donośny głos i spomiędzy magazynów wynurzyła się postawna postać bladego mężczyzny. - Kope lat!
- Valentine - blondyn skinął głową liderowi Westwoodsów.
- Och, nie bądź taki sztywny, stary - odparł bladoskóry mężczyzna.
Valentine był wysokim, postawnym mężczyzną. Włosy jasne niemalże jak śnieg, średnio przystrzyżone, a oczy miał czarne jak dwa tunele. Nic dziwnego, że został liderem. Wzbudzał respekt jeszcze zanim otworzył usta, a gdy to robił, z pewnością na ogół też nie było przyjemnie.
- Coś się stało, że nas wezwałeś? - spytał Ian, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. Wydawał się znudzony, lecz widziałam jak napięte były jego mięśnie.
- No wiesz, chodzą plotki... - odparł tamten nonszalancko, a za jego plecami pojawiło się jeszcze czworo innych osób. Wszyscy mężczyźni. Wyczuwałam szowinizm. - ... o gangu, który chce zająć całe miasto. Wiesz coś o tym, Morgenstern?
- Słyszy się to, czy tamto - wzruszył ramionami, czujnie patrząc na przeciwnika.
- Powiedz swoim dzieciakom, aby wyszli z krzaków, albo moi ich wykurzą. Już.
- Szukają zajączka wielkanocnego, którego spłoszyłeś, daj im się pobawić - rzucił blondyn, wzruszając ramionami, a przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.
- Słyszałeś go - syknął ktoś zza Valentine'a, mierząc bronią w Iana.
Momentalnie sięgnęliśmy po broń, celując w Westwoodsów, a całe rozbawienie, które nam towarzyszyło przed spotkaniem, rozpłynęło się jak w oka mgnieniu.
- Dzieci, schowajcie te zabawki - westchnął białowłosy mężczyzna. - Albo komuś stanie się krzywda, tak jak temu... jak mu było? Liam?
Padł strzał. Ramię mężczyzny było ledwo draśnięte, a skóra bardziej oparzona gorącym pociskiem niż rozcięta, ale to i tak nie wróżyło dobrze.
- Następnym razem to będzie twoja głowa, gnoju - warknął Nathan, patrząc na niego z żądzą mordu.
I zaczęła się rzeźnia.
Posypał się grad pocisków. Słychać było krzyki, lecz w hałasie, trudno było rozróżnić który należy do kogo. Na plac zaczęło wbiegać coraz więcej osób, zarówno z Cobry jak i z Westwood. Zobaczyłam białą burzę włosów, która wbiegła gdzieś między budynki i zanim zdążyłam pomyśleć, pobiegłam w tamtą stronę, zmieniając w między czasie magazynek. Przylgnęłam do ściany, rozglądając się przymrużonymi oczami. Zobaczyłam otwarte drzwi i ruszyłam w tamtą stronę, po czym weszłam do środka. Wyglądało to na jakąś halę produkcyjną przekształconą w magazyn. Poustawiane stoły, schody prowadzące na antresole. Padł strzał, kucnęłam za jednym ze stołów, przyglądając się otoczeniu. Zobaczyłam go. Szedł w moją stronę, mierząc bronią tam, gdzie sądził, że byłam. Nie bardzo się mylił.
- Przykro mi, że zostałaś w to zamieszana. Jesteś bystrą dziewczynką, powinnaś była uciec, gdy tylko się zorientowałaś - powiedział, lecz słysząc, że nie odpowiadałam, ciągnął dalej. - Jesteś niewinną w tym wszystkim. Takim się zawsze najbardziej obrywa. Chcę zobaczyć minę Whellera, gdy rzucę mu pod nogi twoje martwe ciało, tak jak tej jego małej siostrzyczki.
- Coś ty powiedział? - syknęłam stając prosto, mierząc w niego bronią.
- Błagała o życie. Mała dziwka, była gotowa zrobić wszystko, aby przeżyć, jeśli wiesz co mam na myśli - powiedział obleśnie oblizując usta. - I jej mina, gdy dowiedziała się, że to jej brat to na nią sprowadził. Chyba to ją złamało najbardziej - dodał celując we mnie spluwą. - Twoja kolej, ślicznotko.
- Dotknij mnie, a odstrzelę ci sprzęt, gnoju - warknęłam, patrząc mu w oczy.
- Zadziorna, lubię takie.
Padł strzał, a Valentine padł na ziemię. Przez chwilę patrzyłam oniemiała w tamtą stronę, po czym wolnym krokiem podeszłam, patrząc na jego martwe ciało i strzeliłam. Raz. Drugi. Trzeci. Strzelałam aż zabrakło mi naboi oraz długo później, czując jak łzy spływały mi po policzkach. W głowie miałam tylko jedną myśl. Marine.
Poczułam, jak ktoś przytrzymywał mnie za ramiona i coś szybko szeptał, lecz nie potrafiłam się skupić. Potrafiłam jedynie myśleć o tym, jak mogliśmy wypuścić Marine spod ochrony. Wiedziałam, że nie mogłam się rozsypać. Kilkadziesiąt metrów obok ginęli ludzie. Kolana zaczęły mi drzeć i upadłam na kolana, opróżniając żołądek. Nie byłam pewna czy to przez emocje, czy ciążę ale nagła fala mdłości była niemiłosierna i siała spustoszenie w moim ciele.
- Vik, musimy iść - usłyszałam natarczywy szept i ktoś podniósł mnie na nogi, wyprowadzając z magazynu innymi drzwiami.
Kilkadziesiąt kroków dalej opadłam na kanapę, a do ręki wsadzono mi butelkę wody, którą upuściłam. Nie potrafiłam się skupić na niczym, a nie zamierzałam narażać dziecka na truciznę. Jednakże ktoś mi ją znowu wsadził do ręki, a twarz otarł wilgotną ścierką.
- Vik, weź się w garść! - znałam ten głos. Podniosłam głowę i przymrużyłam powieki.
Gęste, blond włosy sterczące na wszystkie strony oraz piękne, błękitne oczy, podobne do moich. Zaokrąglony nos i ostro zarysowana szczęka z nieznacznym zarostem. Cholernie dobrze znałam tę twarz!
- Liam... - jęknęłam, czując jak serce zamarło mi na chwilę. - O mój Boże, Liam! - jęknęłam i rzuciłam się na niego, obejmując go, czując jak zaczęłam drżeć. - Myśleliśmy, że nie żyjesz.
- Wiem, mała... - szepnął obejmując mnie mocno. - Co ty tutaj robisz? Cholera, skopię tyłek temu dupkowi.
- Wiesz jaki jest...
- Nie powinien był do tego dopuścić.
- Czekaj, o kim ty mówisz? - spytałam marszcząc brwi, przyglądając się przyjacielowi.
- Nathan. Nie powinien był do tego dopuścić - mruknął, zaciskając powieki, po czym odsunął mnie od siebie na wyciągnięcie ramion. - Nie jesteś tu bezpieczna. Powiedz mi co się dzieje, a spróbuję wam pomóc.
- Co tutaj robisz? - spytałam patrząc na niego.
- Później, nie ma czasu.
- Co tu robisz? - syknęłam, czując jak grunt zaczął uciekać mi spod stóp. Wyrwałam się z jego rąk.
- Nie rób tego.
- POWIEDZ MI! - krzyknęłam i poczułam ból w brzuchu, więc zgięłam się w pół.
- Co się dzieje? - spytał przestraszony, doskakując do mnie.
- Nic - mruknęłam próbując się odsunąć.
- Victoria...
- Nic - powtórzyłam czując w ustach niesmak wymiocin.
- Jesteś chora?
- Liam...
- O Boże, jesteś w ciąży! - szepnął patrząc na mnie rozszerzonymi oczami, sadzając na kanapie.
- Skąd ten durny pomysł? - warknęłam, jednakże przyjęłam wodę, wypijając ją duszkiem.
- Wymiotujesz, a jak cię boli, nie wciskasz pięści, jak kiedyś, trzymasz go opiekuńczo, jakbyś się bała, że coś wypadnie.
- Zamknij się.
- Nie powinno cię tu być - syknął kucając przede mną.
- Ludzie giną! Nie wiem co z Nathanem, Ianem, Johnem, co z kimkolwiek a ty przeprowadzasz pieprzony wywiad środowiskowy?! - krzyknęłam patrząc na niego i poderwałam się do góry.
- Vik...
- Wyprowadź mnie na górę. Chcę im pomóc i to zrobię. Z tobą, albo bez ciebie - powiedziałam stanowczo, patrząc na niego nieugięcie.
- Mmm, też tęskniłem - mruknął obejmując mnie w tali i poprowadził mnie do najbliższych schodów.
* * *
Uklęknęłam przy krawędzi dachu, pięćdziesiąt metrów od Liama, mierząc do członków Westwood, zdejmując jednego po drugim. Na ułamek sekundy spojrzałam na leżące trupy i rozchyliłam wargi w szoku. Na betonie bezwładnie leżało ciało Browna. Zasłoniłam usta dłonią, lecz ogarnęłam się akurat w momencie, gdy z hukiem otworzyły się drzwi na dach, więc skoczyłam na nogi, mierząc w kobietę, która również celowała we mnie swoim glockiem.
- Tutaj się ukrywa panienka Whellera, gdy na dole wszyscy walczą o życie. Nie ładnie - powiedziała cmokając z rozbawieniem, idąc krok po kroku w moją stronę.
- Czego chcesz? - warknęłam zirytowana, próbując się skupić. Ile kul mi zostało? Jakiekolwiek zostały?
- Naprawdę pytasz? Twojej śmierci suko. Dusza za duszę. Ty za nią - powiedziała podchodząc coraz bliżej, podczas gdy ja nie chciałam cofnąć się o krok.
- O kim bredzisz?
- Melanie.
Wyraz mojej twarzy całkowicie się zmienił, widziałam to w jej oczach.
` - Och, doskonale wiesz o czym mówię.
- Ty zrobiłaś ten napis.
- Byłam tam, zdziro. Zabiłaś ją, nie bo ci zagrażała, lecz bo jej nienawidziłaś. Zginęła przez twoje pieprzone uczucia!
- Zginęła, bo na to zasłużyła - syknęłam, zaciskając wargi.
- Tak jak ty teraz.
Padł strzał, lecz żadna z nas go nie oddała. Obie zwróciłyśmy się w stronę Liama, który o milimetry chybił od twarzy dziewczyny. Drugi strzał trafił go w brzuch, równocześnie co trzeci ją w głowę.
Patrzyłam jak przyjaciel się osuwa na równoległy dach, więc zerwałam się, biegnąć w jego stronę, czując jak zaczynało brakować mi powietrza. Padłam obok niego na kolana, zdzierając z nich skórę i wzięłam jego głowę na swoje uda, widząc z jaką szybkością biała koszulka przyjaciela zabarwiała się na czerwono. Próbowałam uciskając ranę, lecz krew przepływała mi między palcami, wywołując atak paniki.
- Vik, Vik! Victoria! - zawołał słabym głosem, chcąc skupić na sobie moją uwagę. - Obiecaj mi, że się wycofasz. Że oboje się wycofacie. Wyjedziecie i urodzisz to dziecko. Obiecaj, że będziecie bezpieczni.
- Liam... - załkałam patrząc na niego zapłakana, a lzy spływały po jego twarzy. Moje, jego. To nie było ważne.
- Obiecaj mi, mała.
- Obiecuję - szepnęłam patrząc w jego oczy, które zaczęły zachodzić mgłą. - Liam, zostań ze mną, błagam, zostań ze mną! - zawołałam rozpaczliwie, ujmując jego twarz w dłonie, płacząc jak małe dziecko. - Nie zostawiaj nas - szepnęłam opierając swoje czoło o jego, drżąc na całym ciele.
- Victoria! - usłyszałam głos Nathana. I nic więcej. Żadnych strzałów, niczego.
- Vik! - zawołał Ian, a raz po nim jeszcze kilka osób.
Nie potrafiłam się ruszyć. Nie potrafiłam niczego powiedzieć. To było dla mnie za wiele. Myślałam, że śmierć Marine mnie złamała, co zaczęło do mnie teraz docierać. Nie mogłam się bronić przed przytłaczającą mnie falą żalu, bólu i rozpaczy. Ale najbardziej złamało mnie odzyskanie przyjaciela, by go później stracić. Stracić, przeze mnie. Zapłakałam głośniej, tuląc do siebie martwe ciało blondyna, kołysząc się do przodu i do tyłu, nie przejmując się krwią, brudzącą moje ubrania.
- Tu jest! - ktoś zawołał, lecz nie wiedziałam kto.
Ostatnią rzeczą, którą zobaczyłam, był ból wymalowany w czekoladowych oczach.
Później się rozsypałam.