Rozdział 22

POV Vik
- Musisz mu powiedzieć.
Westchnęłam przewracając oczami po raz enty. Miałam dość tego tematu oraz tego, że nie potrafiliśmy dość do sensownego porozumienia, oboje trzymając się kurczowo swoich racji. Spojrzałam na niego zmęczona, pocierając skronie. Dopiero od kilku dni byłam w domu, a już niemalże każdego dnia się kłóciliśmy, czas o to samo, co zaczynało być męczące.
- To nie ma sensu, Nate - mruknęłam po raz kolejny, chowając twarz w poduszce.
Spać, zdecydowanie potrzebowałam snu.
- Musisz być bezpieczna, poza tym za kilka miesięcy sam zauważy, nie sądzisz? - spróbował mnie przekonać, przez co posłałam mu ostre spojrzenie.
- I co? Uważasz, że Ian da mi urlop macierzyński? Może jeszcze tobie da tacierzyński? I do tego pogratuluje nam małej pociechy oraz roześle wszystkim kartki informujące, że mamy immunitet? - syknęłam, zaciskając palce na krawędziach poszewki.
- Nie bądź cyniczna, Cole - warknął wstając i przeczesał palcami swoje krótkie włosy.
- Nie bądź naiwny, Wheller - odparowałam, mrużąc powieki.
Obserwowałam jak podchodził do okna i spoglądał w skupieniu na ogród. Wiedziałam, że się martwił i nie dziwiłam mu się. Sama niepewnie spoglądałam w przyszłość i nie wiedziałam co przyniesie nam los. Oboje próbowaliśmy się dostosować do nowej sytuacji i uporać się z obawami, lecz widocznie każde z nas znajdowało na to odmienne metody, które zdecydowanie ze sobą kolidowały. Mimo wszystko nienawidziłam się z nim kłócić. Kłótnie z Nathanem nie były kłótniami - to były awantury, które działały na zasadzie kuli śnieżnej. Każde następne słowo i argument popychały ją dalej, tworząc coraz większy i większy problem, skazany na wybuch, co nieraz przygniatało nas oboje. Oczywiście, to nie była tylko jego wina. Ja również byłam nerwowa, impulsywna i prędzej mówiłam, niż myślałam, tak więc mieszanka naszych charakterów była po prostu wybuchowa. Dosłownie.
- Mam ochotę na oliwki - westchnęłam niczym naburmuszone dziecko, starając się jakoś rozładować napięcie.
- Masz ochotę na oliwki? - spytał tępo, spoglądając na mnie zdumiony i zaskoczony.
- Mam ochotę na oliwki - powtórzyłam spokojnie, delikatnie się przy tym uśmiechając.
- Nie lubię oliwek.
- I na ser feta - dodałam, zadowolona ze zmiany tematu.
- Lubie ser feta - odparł z uśmiechem, widocznie sobie uzmysławiając zasady gry.
- Więc zróbmy oliwki z serem feta! - zawołałam z szerokim uśmiechem i zerwałam się z kanapy, idąc w stronę kuchni.
- Biorę ser feta! - odparł, podążając za mną, lecz odwróciłam się z rozbawieniem w jego stronę.
- Jak go sobie wywalczysz! - zaśmiałam się, mierząc palcem w jego tors, lecz i tak wiedziałam, że oddam mu swój przysmak.
W końcu miałam jeszcze oliwki.

* * *

- Jaja sobie robisz?!
Wiedziałam, że tak będzie. Cholera jasna, Nate!
Przeczesałam włosy palcami, podchodząc do okna, cały czas powtarzając sobie w głowie, że nie wolno mi się denerwować, lecz to było awykonalne z tymi ludźmi! Nawet dobro dziecka, nie przemawiało do mojej psychiki jako wystarczający argument, aby nie przejmować się tym, co wychodziło z ust tego człowieka, ponieważ szlag mnie trafiał, jak tylko otwierał usta! Tak się właśnie kończyło ustępowanie mężczyznom "dla świętego spokoju", czego skutek był czymś całkowicie odwrotnym.
- Potrzebuję tego - powiedziałam powoli, starając się zachować spokój, przez co niemalże wysyczałam to spomiędzy zaciśniętych zębów.
Jak ktokolwiek, kiedykolwiek mógł uważać, że to będzie łatwe? Nikt nie słyszał o ulgach w warunkach pracy kobiet? Czy ktokolwiek zagląda do Kodeksu Pracy? Nawet gangi powinny mieć jakiś kodeks moralny, prawda? Inaczej wolno by było każdemu robić co mu się żywnie podoba, strzelać w biały dzień... dobra, widocznie nie obowiązywał kodeks moralny.
- Jak to sobie wyobrażasz? Że to wszystko zniknie? Że przestaniesz być celem? Wiedziałaś w co się pakujesz, Cole! - wyrzucił, uderzając dłońmi o biurko.
- Zmusiłeś mnie do tego! - wykrzyknęłam, odwracając się na pięcie w jego stronę. - Nie miałam pieprzonego wyboru! Myślisz, że chciałam takiego życia?! Myślisz, że nigdy nie marzyłam o tym, aby wyjść za mąż i założyć rodzinę?! Jestem kobietą, Ian! Miałam marzenia! Marzenia, które mi odebrałeś! - uderzyłam dłońmi o uda, dopiero w tamtej chwili pozwalając sobie na wzięcie głębokiego oddechu.
- Zawsze miałaś wybór - zaszydził, patrząc na mnie spod byka i wymagało ode mnie sporej dozy samokontroli nie skoczenie do niego i starcia z jego pyska tego bezczelnego wyrazu twarzy.
- Wybór? W każdej możliwości byłabym przegraną, tego nie można nazwać wyborem - warknęłam podchodząc powoli do biurka i oparłam o nie dłonie, czując jak wewnątrz mnie się wszystko gotowało. Miałam tylko nadzieję, że moja fasolka nie czuła się zbyt wzburzona.
- Twoi rodzice...
- Zginęli przez takich jak ty, a ja nie chcę tego dla mojego dziecka! - syknęłam, mrużąc powieki.
- Dziecka? - spytał tępo, przez co zacisnęłam dłonie w pięci, po prostu mu się przyglądając. Dopiero po chwili byłam w stanie rozprostować palce i wziąć kojący oddech, rozluźniając się częściowo.
- Jestem w ciąży, Ian - powiedziałam zmęczona i osunęłam się na krzesło, które stało obok i oparłam brodę na splecionych jak do modlitwy rękach.
Widziałam jak ta wiadomość powoli do niego dochodziła. Wściekłe rysy twarzy łagodniały w zaskoczeniu, po czym mogłam dostrzec nawet cień troski i współczucia. Odwróciłam wzrok, ponieważ naprawdę nie potrzebowałam współczucia, wystarczająco już się rozczulałam nad samą sobą, fasolką i tym, jak potoczy się nasze życie z Nathanem. Miałam wrażenie, że wszystko wymyka mi się z rąk i naprawdę niewiele brakowało, aby rozbiło się to o podłogę.
- Zbliża się coś wielkiego, Vik - powiedział spokojnie, przyglądając mi się w sposób, którego nie potrafiłam rozszyfrować.
- O czym mówisz?
- Nie wiem. Ale to widać. Wśród innych gangów zaczyna panować zamieszanie, negocjacje stają się napięte. Coś wisi w powietrzu. Coś wielkiego i niebezpiecznego. Zbliża się wojna, jakiej nikt z nas jeszcze nie zaznał - powiedział patrząc na mnie ze spokojem i położył przedramiona płasko na biurku, patrząc mu w oczy poważnie. - Nikt nie może wiedzieć, że jesteś w ciąży. Musisz zachowywać się jak zawsze, albo cię zniszczą. Zniszczą was oboje, a w sumie już troje. Wasza słabość, jest słabością całej Cobry, Vik.
- Nie mogę ryzykować, Ian... - zaczęłam, czując wzrastającą wewnątrz mnie panikę. Pieprzone hormony.
- Najbardziej zaryzykujesz wycofując się z interesu. Zauważą, że coś jest nie tak. Odkąd się pojawiłaś, cały czas jesteś przy Nathanie, a on nigdy nie przepuszczał najbardziej krwawych jatek. Jeśli nagle nie będzie ciebie, albo was obojga, domyślą się że coś nie gra. W tym momencie twoje bezpieczeństwo jest naszym bezpieczeństwem, a to zależy tylko od tego, czy będziesz zachowywać się jak zawsze.
Przygryzłam dolną wargę, próbując się skupić. Podciągnęłam nogi pod brodę, czując się bezbronnie jak dziecko. Ian musiał do dostrzec, ponieważ zrobił coś, czego nigdy u niego nie zaobserwowałam oraz nigdy w życiu bym się tego po nim nie spodziewała. Kucnął przede mną, opierając dłonie na krześle i spojrzał na mnie z dołu.
- Victoria, rozumiem, że się boisz. Teraz musisz uważać na siebie za dwie osoby i zdaję sobie sprawę z tych całych babskich, ciążowych burz hormonów - powiedział, przez co oboje nieznacznie się uśmiechnęliśmy. - Staram się to mieć na uwadze, ale teraz naprawdę musisz trzymać fason i nikomu tego nie mówić. Nikomu z gangu, nikomu kto mógłby przekazać tę informację w złe ręce. Nadchodzi wojna i wszyscy musimy chować najsłabsze karty oraz zachowywać kilka asów.
- Wiesz, jesteś całkiem fajnym gościem - szepnęłam i odchrząknęłam, chcąc pozbyć się nieprzyjemnej chrypki z głosu. - Ale i tak jesteś pieprzonym dupkiem - dodałam, na co oboje się szeroko uśmiechnęliśmy.


* * *

- Nie powinien cię w to mieszać - mruknął zaciskając palce na kierownicy tak mocno, że zbielały mu kłykcie.
Jedynie westchnęłam cicho, przewracając oczami i przeczesałam palcami swoje włosy. Kochałam to, że się tak troszczył i martwił, stawiając bezpieczeństwo moje i naszego dziecka wysoko, jednakże doprowadzało mnie do szału jego traktowanie mojej osoby jak laleczki z porcelany, którą najmniejszy podmuch wiatru może stłuc na drobne kawałki.
Od mojej rozmowy z Ianem minęło kilka dni i robiłam wszystko co w mojej mocy, aby udawać że moje życie wcale się nie zmieniło, jednocześnie nie przemęczając się. Chodziłam na siłownię tyle samo ile zawsze, lecz zamiast podnoszenia ciężarków oraz trenowania boksu wybierałam bieżnię oraz ćwiczenia sprawnościowe, co według lekarza nie było zagrożeniem dla ciąży.
- Musisz przestać się zamartwiać - szepnęłam siadając okrakiem na jego kolanach, przesuwając opuszkami palców po szyi ukochanego.
- Żartujesz? Powiedz, że żartujesz - powiedział przesuwając dłońmi po moich plecach, na co jedynie potrząsnęłam głową w delikatnym uśmiechu.
Pocałunek był czuły, delikatny i smakował czekoladowymi muffinami, które zjedliśmy po drodze. Zacisnęłam palce na materiale jego koszulki, gdy poruszył moimi biodrami, w skutek czego poczułam go między nogami. Dokładnie, zmysłowo. Intensywnie. Jęknęłam cicho wprost w jego usta, słysząc w odpowiedzi zadowolony pomruk. Nieznacznie się podniosłam, czując palce ukochanego wślizgujące się pod materiał sukienki, sunące wzwyż uda i odchyliłam głowę do tyłu w wyrazie rozkoszy. Wargi chłopaka zaczęły pieścić skórę mojej szyi, a palce przesunęły się po wilgotnej koronce, odsuwając ją na bok. Wymamrotałam coś po francusku, nie przywiązując wagi do słów i poruszyłam się gwałtowniej, chcąc go więcej, chcąc się nim nasycić i rozkoszować jednocześnie. Pochyliłam głowę, wtulając ją w zagłębienie jego szyi, jęcząc przeciągle, gdy przesunął palcem wzdłuż wilgotnej kobiecości, co wyrwało z jego piersi dzikie warknięcie. Oblizałam wargi, kołysząc płynnie biodrami, zaciskając obie dłonie na oparciu fotela. Czując go w sobie, zaklęłam mrucząc cicho i mocniej naparłam na niego swoim ciałem, błagając o to, aby nie przestawał.
I wtedy ktoś zastukał w szybę, przez co podskoczyłam przestraszona. Dzięki Bogu przez sukienkę nie było niczego widać, bynajmniej taką miałam nadzieję. Mimowolnie spojrzałam w stronę intruza i zaklęłam w duchu widząc Jamesa. Kilkakrotnie trzymał mi worek, podczas boksu oraz jako pierwszy chętnie stawał na ringu, gdy decydowałam się na kickboksing. Wiedziałam, że Nate go szczerze nienawidzi, choć nigdy nie opowiedział dokładnie dlaczego, zawsze rzucając jakieś wymijające odpowiedzi. Jednakże nie sądziłam, aby lubił kogokolwiek z Cobry, w końcu to przez nich nasze życie wyglądało tak, jak wyglądało.
- Do środka gołąbeczki, bo jeszcze się rozmnożycie i co będzie? Drugi Wheller to kolejny wrzód na dupie - odparł z chamskim uśmiechem i wszedł do budynku.
Oczywiście, nastrój rozpłynął się w oka mgnieniu, więc chwilę później wysiedliśmy z samochodu i weszliśmy do korporacji. Morgenstern zwołał spotkanie, na którym mieli być wszyscy. To było dla mnie zaskoczeniem i jak widziałam, nawet ze stażem Nathana nie było to codziennością. Przesunęłam dłonią, wyczuwając pod materiałem sukienki zgrabny kształt magnum 2000 wsunięty za podwiązkę pończochy, czując się spokojniej.
Po wejściu do sali konferencyjnej, czy jakkolwiek to można było nazwać, zobaczyłam już spore zbiorowisko. Przemknęła mi w tłumie twarz Alexa z Jamesem oraz kilku innych mężczyzn, których kojarzyłam z siłowni. Jednakże nigdzie nie widziałam Iana. Spojrzałam na Nathana, który tak samo przeczesywał tłum, a jego twarz pozostawała kamienną maską. Jemu też coś w tym wszystkim nie pasowało. 
- Spokój sie do cholery - chłodny głos Iana niósł się ponad hałasem rozmów, gdy wszedł przez drzwi po drugiej stronie pomieszczenia.
Nie musiał dwa razy powtarzać. Choć nie każdy darzył go sympatią, każdy wiedział, że był niebezpieczny. Niemalże natychmiast zapadła cisza. Razem z Nathanem staliśmy na przodzie grupy, więc miałam dobry widok na Morgensterna. Jego twarz była napięta i próbował każdemu spojrzeć w oczy, jakby przekazując niemą wiadomość.
- Westwoodsi zażądali spotkania. Jutro. 18. Ich magazyny - powiedział chłodno, choć słyszalne było napięcie w jego głosie. - Za pięć minut do każdego z was przyjdzie wiadomość generowana przez system z numerem grupy. Według tego wchodzicie do gabinetu. Wszyscy idą na akcje.
- Nie - usłyszałam ostry głos Nathana, który wysunął się przede mnie, zasłaniając mnie własnym ciałem.
- Wracaj na miejsce, Wheller - rzucił lekceważąco Ian, co podziałało na niego jak płachta na byka.
- To negocjacje, nic wielkiego, prawda? - upierał się, ciskając piorunami w blondyna.
- Boisz sie, że coś stanie się twojej maskotce? - syknął rozbawiony James, lecz zanim Nate zdążył zareagować, Alex wymierzył mu cios w brzuch, przez co tamten zgiął się w pół.
- Nie potrzebujemy tego - syknął do kumpla.
- Nathan, wszyscy idą - powiedział stanowczo Ian. - Mamy najlepszych z najlepszych, każdy z was.
- Nie sądzę...
- Mam w dupie co sądzisz. Mam w dupie co sądzi którekolwiek z was! Prawdopodobnie to nie będzie spotkanie towarzyskie i będzie brudno. Musicie przygotować się na najgorsze, ponieważ kwestią czasu jest, kiedy wybuchnie wojna. Są gangi, które łakną całego Denver i okolic i z pewnością nas zaatakują, więc kurwa mać, weźcie się do roboty, bo jeśli nie będziemy razem, rozpierdolą nas. Wchodzimy na teraz wojenny. Wszyscy, rozumiecie? To wojna!
- Kurwa mać - mruknął ktoś z tyłu, a wszyscy przytaknęli głowami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz