POV Nate
To się nie działo naprawdę. To się pieprzenie nie działo naprawdę! W jednej chwili się ze mną droczyła, a w drugiej jedyne co słyszałem to jej przerażony krzyk i nawet wołanie jej imienia nie potrafiło niczego zmienić. Nie widziałem, aby się bała nawet wtedy, gdy szliśmy na akcję, nie wahała się przed zastrzeleniem pierwszego człowieka, dlatego odprowadzało mnie to do szaleństwa. A później hałas i połączenie zostało przerwane. Przez głowę przepływało tysiąc myśli na sekundę z najczarniejszymi scenariuszami tego, co mogło się wydarzyć.
Bez chwili wahania wskoczyłem w jeansy, zbierając kluczki ze stolika i wsiadłem do Veyrona, nawet nie zaprzątając sobie głowy zapięciem koszuli. Naciskając pedał gazu, ruszyłem do najbliższego mostu i jedynego, którym mogła przejeżdżać wracając z domu Raviera. Cholera jasna, dlaczego pojechała tam sama? Co mogło pójść nie tak? Miała tylko przetransportować tego dupka na lotnisko i przekazać go Markowi. Dlaczego tak bardzo musiała się przejmować losem tamtej dwójki? Cholera.
Wjeżdżając na zwężenie drogi przed mostem, zauważyłem zbiorowisko ludzi i wiedziałem, że stało się coś złego. Błagam, aby nic się jej nie stało. Wysiadłem z samochodu, rzucając się przed siebie, przepychając się między ludźmi, chcąc zobaczyć co się stało. Chcąc zobaczyć gdzie ona jest. Pierwsze co zobaczyłem, bo wywrócony samochód i poczułem jak krew zamarzła mi w żyłach. To był jej samochód. Rozejrzałem się dookoła, szukając jej, lecz nigdzie nie było widać Victorii. Gdzieś z oddali słychać było dźwięk nadjeżdżającego pogotowia, lecz wydawało się, jakby ambulans był setki kilometrów dalej, niewystarczająco blisko.
Rzuciłem się przed siebie, dopadając strony pasażera. Próbowałem otworzyć drzwi, lecz wykrzywiły się, znacznie deformując. Dopiero za czwartym silnym szarpnięciem ustąpiły. Wyglądała okropnie, wisząc na pasie, z krwią, która rozlała się po jej delikatnej twarzy z rozrzuconymi wszędzie blond włosami. Była tak bezwładna, iż zacząłem obawiać się najgorszego.
- Vik? Vik, odezwij się do mnie - błagałem klęcząc na rozbitym szkle, wsuwając się do środka.
Starałem się ją objąć najdokładniej jak potrawiłem i odpiąłem jej pas, podtrzymując ciało dziewczyny, aby nie uderzyła z impetem w kierownicę, czy cokolwiek innego. Wyciągnąłem ją z wraku samochodu, odchodząc kilka kroków dalej akurat w tym samym momencie, w którym nastąpiła eksplozja, powalając mnie na kolana. Przycisnąłem ją mocniej do siebie, starając się złagodzić wstrząs upadku. Poszedłem na kolanach jeszcze kilka kroków, zanim usiadłem, przytulając do siebie bezwładną blondynkę. Odgarnąłem z jej twarzy zbłąkane kosmyki włosów i zacisnąłem wargi, widząc niewielkie rozcięcia pokrywające jej czoło i policzki, zapewe od rozbitej szyby i rozcięty łuk brwiowy, prawdopodobne od zderzenia z kierownicą.
- Spójrz na mnie - szepnąlem, głaszcząc ją po policzku i zacisnąłem powieki, starając się nie myśleć o tym, że 5 minut później, a byłoby już za późno.
POV Vik
Moment przebudzenia przypominał jak wynurzanie się spod wody. Widziałam coraz jaśniejsze światło, lecz jeszcze nie byłam w fazie świadomości. Przyczyną była pewnie morfina podana w kroplówce, lecz i tak czułam się jak gówno. Starałam się przypomnieć sobie, co się tak właściwie stało, lecz wszystko tworzyło zamazaną plamę, a każda próba skoncentrowania się, powodowała jeszcze większy ból głowy, więc w końcu się poddałam. Wspomnienia same wrócą.
Kiedy otworzyłam oczy, powitała mnie biel. Przymrużyłam powieki, pod wpływem intensywności koloru i mruknęłam coś niewyraźnie. Chciałam zasłonić oczy dłonią, lecz wydawała się ciężka jak z ołowiu. Przewróciłam głowę na bok i uśmiechnęłam się delikatnie, widząc bruneta śpiącego na plastikowym krześle, trzymając mnie za rękę. Czułam się jeszcze senna po podanych lekach, lecz czułam że moje usta przypominały Sacharę, a język papier ścierny. Zdecydowanie potrzebowałam wody.
- Hej - wychrypiałam cicho i skrzywiłam się na dźwięk własnego głosu, który momentalnie obudził chłopaka, zupełnie tak, jakby go wyczekiwał.
Przez chwilę przyglądał mi się zaspany, jeszcze nie kontaktując, by kilka sekund później na jego twarzy pojawił się przebłysk zrozumienia, a następnie wyraz ulgi. Czułam się trochę podle, domyślając się, że spał w tej niewygodnej pozycji przez jakiś czas i to z mojej winy. No cóż, pośrednio z mojej winy.
- Hej - szepnął przeciągle i przysunął się bliżej, przykładając dłoń do mojego policzka, który automatycznie wtuliłam w nią.
- Wody - bardziej poruszyłam ustami, niż powiedziałam, lecz na szczęście zrozumiał o co mi chodziło i chwilę później przysunął szklankę z napojem do moich ust.
Przełykanie było bolesne, niemalże tak jak mówienie podczas anginy. Ał, dobra, nie aż tak bolesne, ale mimo wszystko nie należało do największych przyjemności, jakich zaznałam w życiu, a w końcu byłam z Natem. Nie wiem, czy jest większa przyjemność niż budzenie się i zasypianie przy jego boku.
Nagle w mojej głowie pojawiła się bardzo niepokojąca myśl. Wszystko było niewyraźne i rozmazane, ale jedno wspomnienie było aż rażąco wyostrzone. Skrzywiłam się, chcąc podnieść, lecz ostatecznie się poddałam.
- White. Co z Whitem i Lucasem? - spytałam, albo raczej zaskrzeczałam, choć i tak powoli głos wracał do normy.
- Nic im nie jest. Dotarli na miejsce, odpoczywaj - powiedział, głaszcząc mnie po policzku i złożył na czole delikatny pocałunek.
Skinęłam nieznacznie głową i przymknęłam powieki, aby po chwili odpłynąć w krainę snów.
* * *
Kiedy się obudziłam, minęło uczucie zagubienia i ból, który zostawił po sobie jedynie tępe pulsowanie. Wspomnienia wróciły. Jechałam mostem, rozmawiając z Nathanem, a później ktoś próbował zepchnąć mnie z mostu. Czarny SUV. Czy widziałam kierowcę? Mignęły mi czarne okulary przeciwsłoneczne w lusterku wstecznym, lecz nie miałam szans na zapamiętanie twarzy. To był mężczyzna... chyba. Ugh! Zaczęłam na siebie krzyczeć w myślach, byłam taka rozproszona, że nie zapamiętałam cholernie niczego ważnego. Byłam w tamtej chwili bezużyteczna i to było jeszcze bardziej frustrujące. Bardziej niż to, że nie dałam rady wybrnąć z tamtej sytuacji. Nathan pewnie by zachował spokój, wcisnął gaz, zjechał na drugi pas, zrobiłby wszystko, aby uniknąć kolejnego zderzenia, a ja wpadłam w panikę i nie potrafiłam trzeźwo myśleć. Potrafiłam zabić człowieka, a nie potrafiłam zachować zimnej krwi, gdy ktoś próbował zrobić to samo mnie. O ironio!
- Victorio? - usłyszałam spokojny, męski głos i przeniosłam spojrzenie na mężczyznę stojącego u stóp łóżka.
Przymrużyłam powieki, lustrując go wzrokiem. Był wysoki, a jego szczękę pokrywał kilkudniowy zarost. Zielone oczy błyszczały, na tle opalonej skóry, która kontrastowała z białym kitlem lekarskim. Trzymał w dłoni podkładkę, z prawdopodobnie moją kartą choroby, wypadku, nieważne, a na jego palcu błyszczała obrączka.
- Tak, doktorze...?
- Simon. Doktor Matthew Simon - przedstawił się, unosząc przy tym nieznacznie kącik ust, na co odpowiedziałam równie niewyraźnym uśmiechem. Leki jeszcze krążyły w moich żyłach.
- Więc... co mi jest?
Z piersi mężczyzny wyrwał się krótki, jednakże szczery śmiech, jakbym powiedziała coś naprawdę zabawnego. Wydawało mi się, że to standardowe pytanie pacjenta, lecz chyba naoglądałam się zbyt wielu filmów, a w szpitalach nie bywałam zbyt często, a jeszcze rzadziej się od tak w nich budziłam.
- Hm, pomijając to, że miałaś paskudny wypadek, to nie mam zielonego pojęcia, dlaczego się tutaj nalazłaś - odparł błyskając szerokim uśmiechem.
- Racja - odparłam również się śmiejąc, lecz szybko się krzywiłam. Okej, widocznie jednak jeszcze będzie trochę bolało. - Więc jakie są skutki mojego wyczynu kaskaderskiego?
- Na szczęście nie masz niczego złamanego. Jedynie zadrapania i stłuczenia. Nie mam zielonego pojęcia jak to zrobiłaś, ale jesteś ogromną szczęściarą, Victorio. Skończyło się na licznych rozcięciach skóry, zapewne od rozbitych szyb, lecz nie wdało się żadne zakażenie i masz stłuczenia żeber, bioder oraz barków, lecz ból powinien minąć w ciągu kilku dni - powiedział przewracając kartkę na drugą stronę i zmarszczył brwi, przyglądając się jej chwilę bez słowa, po czym wziął głęboki oddech. - Jest jeszcze coś, o czym powinnaś wiedzieć - dodał po chwili, podnosząc na mnie wzrok i zaczęłam żałować, że Nate'a nie było przy mnie.
- Błagam, nie mów, że mam jakąś śmiertelną chorobę, albo że złamaliście mi paznokieć. Za to drugię was pogryzę - odparłam, próbując zachować humor, lecz zaczęłam się denerwować i to naprawdę.
- Więc, powinienem ci pogratulować, ponieważ ciąża nie została przerwana - odparł spokojnie i posłał mi kojący uśmiech.
- Ciąża? - powtórzyłam po nim tępo, nie dopuszczając do siebie tej myśli.
- Och, nie wiedziałaś? Badania krwi wykazały, że jesteś w ciąży - powiedział jakby trochę speszony i podrapał się po karku. - Przykro mi, że dowiadujesz się w ten sposób - dodał patrząc przez okno, lecz widząc, że nie powiedziałam już nic więcej, westchnął cicho. - Wrócę za kilka godzin podczas obchodu - rzucił i wyszedł z sali, lecz zanim to zrobił, jeszcze raz na mnie spojrzał jakby z troską.
Nie mogłam być w ciąży. To była jedyna rzecz, która obijała mi się w głowie. Zasłoniłam usta dłonią, palce drugiej zaciskając na pościeli, tłumiąc krzyk. To nie mogło się dziać. Nie wtedy. Od zawsze uwielbiałam dzieci i chciałam mieć swoje. Chciałam wyjść za mąż, założyć rodzinę, patrzeć jak bawiłyby się w ogrodzie, siedząc na bujanej huśtawce do zachodu słońca. Bawić się z nimi podczas kąpieli oraz łaskotać do utraty tchu. Lubiłam się bawić z dziećmi innych osób i gdyby jeszcze rok wcześniej spotkała mnie taka wiadomość, cieszyłabym się pewnie jak dziecko, ale w tamtej chwili byłam kompletnie przerażona.
Drzwi się otworzyły, a do środka wszedł Nate, lecz jego uśmiech szybko zniknął, gdy zobaczył łzy spływające po moich policzkach. Próbując nad sobą zapanować, poczułam jego otulające mnie ramiona, lecz przez jego bliskość, wybuchłam jeszcze głośniejszym płaczem, szukając oparcia w jego osobie. Słyszałam szeptane przez niego kojące słowa, lecz nie docierały one do mnie. Jedyne, co pałętało mi się po głowie to słowa "dlaczego?".
- Co się stało? - spytał, zaczesując moje włosy za ucho, gdy przestałam płakać, albo przynajmniej ryczeć, ponieważ wciąż nie potrafiłam unormować oddechu.
Potrząsnęłam głową, wtulając się w niego mocniej, ponieważ słowa nie potrafiły przejść mi przez gardło, więc znowu zadrżałam, zaciskając palce na materiale jego koszuli, chcąc się obudzić z tego snu. Chcąc, aby to się okazało nieprawdą, chcąc by to wszystko okazało się głupim żartem, aby dr. Simon wrócił do sali i powiedział, że to były wyniki badań innej pacjentki, że to się nam nie przydarzyło.
Gdy zapytał jeszcze raz, pękłam, wtulając twarz w jego szyję.
- Jestem w ciąży - wymamrotałam w jego szyję.
- Słucham? Kochanie, nie słyszę - powiedział z troską, głaszcząc mnie kojąco po głowie.
- Jestem w ciąży, Nathan - powiedziałam roztrzęsiona, po czym ponownie wybuchłam płaczem.
Poczułam jak jego mięśnie się napięły, a później to on wczepił się we mnie, jakby potrzebował poczuć coś fizycznego, upewniając się, że to jest rzeczywiste. Jego rzęsy musnęły skórę mojej szyi, więc domyśliłam się, że zamknął powieki i nabrał głęboki oddech do płuc, po czym drżąco go wypuścił.
- To wspaniale, dlatego płaczesz? - spytał odsuwając się ode mnie, a widząc jego uśmiech, miałam ochotę rozpłakać się jeszcze bardziej. Dlaczego on niczego nie rozumiał?!
- Ponieważ to nie może się dziać...
- Kochanie, będziemy mieli dziecko, nie cieszysz się?
- Ile? Nathan, powiedz mi ile to potrwa? - spytałam patrząc na niego zapłakana. - Ktoś próbował mnie zabić i ile czasu minie, zanim spróbuje znowu? Myślisz, że jeśli się dowiedzą, przestaną próbować, bo "no kurcze, szkoda dzidziusia"? Jakie są szanse, że donoszę ciążę? Albo nawet jeśli urodzę, jaką mamy pewność, że nikt go nie porwie, nie zabije, że zapewnimy mu bezpieczeństwo? Czym ono zawiniło? - spytałam wybuchając płaczem i poczułam, że to był moment, kiedy wszystko zaczęło mi się wymykać z rąk, roztrzaskując o podłogę jak szklana kula.
Po wyrazie jego twarzy zobaczyłam, że dopiero wtedy zaczęła do niego docierać prawda i rzeczywistość, jakie stworzyło nam nasze życie. Widziałam ból, który przemknął przez jego oczy, po czym wtuliłam się w niego, czując jak i on zaczął drżeć. Przygryzłam mocno dolną wargę, aby nie krzyczeć, aż poczułam metaliczny posmak krwi w ustach.
- Wszystko się ułoży, zobaczysz - szepnął cicho, lecz nie byłam pewna, czy którekolwiek z nas wierzyło w te słowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz