POV Vik
Tamta noc była całkowicie bezsenna. Nie mogłam wyrzucić z głowy obrazu upadającego jej martwego ciała na parkiet. Nie mogłam powiedzieć, że nie wiedziałam, iż to ona. Strzeliłam, ponieważ doskonale wiedziałam, że to ona. Kątem oka zobaczyłam otwierające się drzwi i spojrzałam na burzę czarnych włosów. Widziałam znienawidzoną przeze mnie dziewczynę i oddałam strzał, zanim jej piskliwy głos mógłby uformować się w krzyk. Nie mogłam powiedzieć, że zrobiłam to, aby ratować tamtą sytuację, choć nie miałam pieprzonego pojęcia co ta suka robiła właśnie tam i właśnie wtedy. Nie musiałam nas ratować, ratowałam siebie, przynajmniej tak wtedy myślałam. I nie czułam żadnych wyrzutów sumienia, że pozbawiłam życia czarną wdowę, która próbowała rozwalić mój związek więcej niż raz.
Nie chodziło o to, że bałam się iż ma u niego szanse. Dobra, bałam się, lecz nie chodziło głównie o to. Gdybym wiedziała, że potrafiła go uszczęśliwić bardziej niż ja - okey - usunęłabym się z drogi, pewnie sama powiedziała mu o swoich przemyśleniach. Nie, dobra, nie byłam idiotką. Nie strzelałabym do własnej bramki, ale nie miałabym mu tego aż tak za złe. Zawsze najbardziej zależało mi na szczęściu Nathana. O wiele bardziej niż na moim własnym. W końcu właśnie taka jest prawdziwa miłość, czyż nie?
Ale chodziło mi to po głowie z zupełnie innego powodu. Jeśli ktokolwiek wiedział, że śmierć Melanie była celowa, musiał być wtedy w budynku. Musiał być w tamtym pomieszczeniu i widzieć to, co się wydarzyło. A jeśli tam był, wiedział, że Alan przeżył, co było równoznaczne z wystawieniem Lucasa na główny cel działania tych, którzy chcieli zatrzeć ślady za całym syfem, który powstał.
Cholera jasna.
Po dograniu transportu, wsiadłam w samochód i ruszyłam do domu, do którego myślałam, że już nigdy nie wrócę. No, oprócz niefortunnego wieczoru po imprezie, gdy w magiczny sposób znalazłam się tam, po czym uratował mnie mój książę na czarnym koniu. W każdym bądź razie wyjechałam z domu jeszcze zanim zaczęło świtać. Nate chciał wysiedzieć ze mną, lecz był zbyt zmęczony, aby utrzymać otwarte oczy dłużej niż do trzeciej, a ja zbyt poddenerwowana aby swoje oczy zamknąć. Zostawiłam kartkę na poduszce i pół godziny później znalazłam się pod ich domem, biorąc głęboki oddech.
Kiedyś to miał być mój dom. Nasz dom.
Potrząsnęłam głową, starając się to wszystko odepchnąć od siebie. Zdrada narzeczonego bolałaby każdą dziewczynę, ale zdrada narzeczonego i własnego brata? No może nie brata, ale był przyjacielem, którego traktowałam jak brata. Wiadomo o co chodzi. Ile kobiet byłoby w stanie udźwignąć coś takiego? A później jeszcze musieć ratować ich zdradzieckie tyłki przed ścigającym ich trupem z kosą.
Wysiadłam w końcu z samochodu i podeszłam do drzwi. Przez chwilę wahałam się czy zadzwonić, lecz wciąż było jeszcze wcześnie. Wyciągnęłam klucz ze skrytki i weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi. Starałam się nie brać głębokiego oddechu, lecz nie byłam w stanie się nie skrzywić, wyobrażając sobie wszystkie rzeczy, które tam z pewnością robili. Zanim zdążyłabym się odwrócić i uciec, ruszyłam przed siebie, prosto do sypialni. Otworzyłam drzwi i pociągnęłam śpiącego chłopaka za kostki, niemalże zrzucając go z łóżka.
- Cholera jasna! - wrzasnął, próbując się czegokolwiek złapać.
- Też miło cię widzieć, Luke - mruknęłam przewracając oczami i zrobiłam krok do tyłu, nie chcąc dotykać tego przeklętego łóżka.
- Vik? Co ty do cho...
- Tak, wiem. A teraz się zamknij, ubierz i zejdź na dół, bo nie mamy wiele czasu - warknęłam idąc do drzwi, lecz jeszcze stanęłam w progu, odwracając się w jego stronę. - Masz 5 minut, inaczej wrócę i jeśli zastanę cię nagiego, przysięgam, że odstrzelę ci sprzęt, którego tak pieprzenie nienawidzę - dodałam, wychodząc na dół, nawet nie próbując ukryć grymasu.
Zeszłam do kuchni i wstawiłam wodę na kawę, starając się dotykać jak najmniej rzeczy. Otworzyłam szafkę i zacisnęłam wargi w wąską linię. Dlaczego Alan nie wyrzucił mojego kubka? Miałam ochotę rzucić nim przez całe pomieszczenie, lecz wiedziałam, że nic by mu to nie zrobiło. To był termokubek i jak na złość w tamtej chwili go potrzebowałam. Cholera jasna, Alan!
Lucas zszedł w tej samej chwili, w której zalałam kawę w kubku i oparł się o blat kuchenny, którego za wszelką cenę nie chciałam dotykać. Zbyt dobrze pamiętałam, co przy nim można było robić. Popchnęłam kubek w stronę chłopaka, nawet na niego nie patrząc i wyjrzałam przez okno. Nie zauważyłam niczego podejrzanego. Mimo wszechobecnej ciemności, nie mogłam dostrzec dodatkowych cieni i miałam nadzieję, że dlatego, iż ich po prostu nie było.
- Gdzie jest Alan? - spytał i nie musiałam patrzeć na niego, aby wiedzieć iż wwiercał we mnie swoje spojrzenie.
- W bezpiecznym miejscu - mruknęłam.
- Co to znaczy?
- Dokładnie to, co powiedziałam - warknęłam, powoli tracąc cierpliwość.
- Co tu się do cholery dzieje? - tym razem to jego głos nabrał nieprzyjemnego brzmienia i musiałam zachować sporą dawkę samokontroli, aby na niego nie krzyknąć.
- Kłopoty.
- To twoja wina, zawsze byłaś kłopotem.
Tym razem na niego spojrzałam, a gdyby wzrok mógł zabijać, padłby trupem, bez wątpienia. Zacisnęłam wargi, patrząc mu w oczy i naprawdę miałam ochotę wyjść i pieprzyć jego bezpieczeństwo. Jeśli mieliby go znaleźć i zabić, byłoby to tylko na jego własne życzenie. Nie gryzie się ręki, która cię chroni.
- Ty byłeś kłopotem. Rozpieprzyłeś wszystko, byłeś dwulicowym dupkiem i masz prawo obwiniać o to mnie?! - krzyknęłam, czując jak żołądek zaczął mi się zaciskać.
- Sama to spieprzyłaś - westchnął przewracając oczami.
- Ja? Kiedy mój związek miał kryzys, udawałeś wspaniałego brata, który głaskał mnie po głowie, próbując pocieszać i jednocześnie pieprzyłeś mojego ówczesnego narzeczonego! Więc nie mów, że to ja to spieprzyłam, ponieważ gdyby nie ty, nie przechodziłabym przez cały ten syf!
- Gdyby nie Nate, wciąż bylibyście razem, nawet Alan to przyznał - powiedział zmęczonym głosem.
Spojrzałam na niego otwierając szeroko oczy i wciągnęłam głęboko powietrze. Po rozstaniu było mi ciężko, lecz gdy zobaczyłam ich razem, byłam zbyt zajęta nienawidzeniem ich obu. Po czasie byłam w stanie porozmawiać czasem z Alanem, lecz nawet wtedy zbyt często wracały wspomnienia, przez co albo byliśmy nieprzyjemni wobec siebie, albo wybuchałam płaczem i oboje zaczynaliśmy siebie przepraszać. Głównie jednak byłam zbyt zajęta nienawidzeniem go, a w szczególności Lucasa.
- Nie masz prawa go o to obwiniać - szepnęłam zaciskając palce.
- Od zawsze go kochałaś!
- Był nieobecny w moim życiu przez długi czas.
- A gdy się pojawił, zmieniłaś się. Każdy to zauważył - powiedział obejmując dłońmi mój kubek.
- Owszem, byłam dla niego chamska, a więc byłam nieprzyjemna dla innych.
- Nie, byłaś zraniona, rozżalona i zagubiona. Ale nieważne co robiłaś, czy krzyczałaś, czy płakałaś, czy kopałaś i tak twoje oczy mówiły, że go kochasz, nawet jeśli sama tego nie wiedziałaś - westchnął upijając łyk, a ja nie wiedziałam jak na to odpowiedzieć, poza głupim kłóceniem się tak i nie na zmianę.
- Musimy jechać - rzuciłam i ruszyłam w stronę drzwi, wsuwając dłonie w tylne kieszenie spodni.
- W co się wpakowałaś, Vik? W co wszyscy się wpakowaliście?
- Nie chcesz wiedzieć - mruknęłam otwierając drzwi i wyszłam na podjazd, następnie wsiadając do samochodu.
Jadąc wytłumaczyłam mu wszystko tak, jak wcześniej robiłam to z Alanem i miałam ogromną nadzieję, że potoczy się to tak, jak miało. Poczułam mdłości, lecz zwaliłam to na adrenalinę i na szczęście szybko minęły, więc nie musiałam zbaczać z kursu. Po dojechaniu na lotnisko, wjechałam wjazdem dla pracowników na pas startowy i wysiadłam dopiero, gdy dojechaliśmy do odrzutowca. Nie czekając na Lucasa, podeszłam do pilota i skinęłam głową White'owi.
- W porządku? - spytał przyglądając mi się z troską, lecz jedynie skinęłam głową. Dwa razy trenowałam z nim na siłowni i nawet raz udało mi się przebić przez jego gardę. Chyba głównie tym zyskałam sympatię tego mężczyzny, który później w pewnym sensie stał się dla mnie jak ojciec. Okazyjnie.
- Tak, po prostu to wszystko dzieje się za szybko - odparłam wzruszając ramieniem i chwilę później dołączył do nas obiekt chroniony.
- Gotowy? - spytał White Lucasa, lecz ten tylko spojrzał na mnie, po czym niepewnie skinął głową.
Z głośnym westchnieniem odwróciłam się w stronę chłopaka i zrobiłam coś, czego nie robiłam od lat. Oparłam dłonie na jego ramionach, choć nawet w obcasach byłam od niego znacznie niższa i spojrzałam prosto w oczy, którym kiedyś naiwnie ufałam.
- Posłuchaj mnie. Nie możesz tutaj wrócić, choćby nie wiem co się działo. Nie możesz próbować dociekać co i jak. Nie możesz pytać o nic prywatnego swoich przewoźników i musisz się dopasować. Nie możesz się z nami kontaktować, nie możesz dać komukolwiek jakiejkolwiek wskazówki, gdzie jesteś. Musisz przetrwać, rozumiesz mnie, Luke? Powiedz, że rozumiesz - mówiłam szybko, z wyczuwalną w głosie determinacją i sama nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo zależało mi, aby przeżył. Tyle czasu skupiłam się na nienawidzeniu go, a kiedy miał w końcu zniknąć z mojego życia, panicznie bałam się go wypuścić.
- Dasz sobie radę, mała? - spytał, przez co zaśmiałam się, czując kujące w oczy łzy.
- Zawsze daję - powiedziałam i przytuliłam go, zaciskając palce na jego swetrze i zacisnęłam powieki, drżąc jak dziecko. - Wszystko załatwiłam, powinieneś po jakimś czasie zostać przetransportowany do nowego miejsca i spotkać z Alanem, tylko musisz być cierpliwy i o nic nie pytać - szepnęłam tak, aby tylko on mógł mnie usłyszeć. Im mniej osób o tym wiedziało, tym lepiej.
Kiedy odsunęłam się od chłopaka, zobaczyłam w jego oczach jakiś dziwny wyraz, którego nie widziałam od dawna, a szczególnie nie u niego. Oblizał wargi, przeczesując włosy palcami i oparł swoje duże dłonie na moich ramionach, patrząc na mnie tak, jakby wahał się w dobieraniu słów.
- Dziękuję - powiedział w końcu. - Dziękuję, że się nie mścisz. Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa.
- Mam nadzieję, że przeżyjesz - szepnęłam unosząc delikatnie kącik ust.
- Vice versa, mała - odparł z uśmiechem i jeszcze raz mnie przytulił, zanim White wprowadził go do odrzutowca.
* * *
Wracając do domu włączyłam system głośno mówiący połączony z samochodem i zadzwoniłam do Nathana, uderzając palcami o kierownicę. Miałam nadzieję, że już nie śpi. Byłam niesamowicie głodna i wizja śniadania była wystarczająco nęcąca, aby zaryzykować obudzenie go, choć tego też nie lubiłam robić, jeśli nie musiałam. Mieliśmy wystarczająco stresujący tryb życia i każda godzina snu miała zbawienną moc, a on nie był w tym przypadku wyjątkiem.
- Mmm? Dlaczego się obudziłem sam, Mandy? - wymruczał sennie, na co prychnęłam.
- Mandy spoczywa na dnie oceanu, kochanie. Musisz lepiej ukrywać swoje romanse - odparłam przewracając oczami z uśmiechem i skręciłam w jedną z ulic.
- Och, skarbie. Musisz przestać być tak zazdrosna, bo to nie jest atrakcyjne. Nikt nie lubi kobiet z obsesją - powiedział z rozbawieniem i ponownie przewróciłam oczami. Przynajmniej tego nie widział. - Nie przewracaj oczami - cholera, może jednak widział. Czy miałam kamerę w samochodzie?
- A tak na poważnie to umieram z głodu - westchnęłam wydymając smutno usta, brzmiąc jak żebrzące o cukierka dziecko.
- To sobie zrób - mruknął, lecz słyszałam skrzypnięcie podłogi, wyobrażając sobie jego niemalże nagie ciało i mimowolnie zamruczałam. -Słyszałem to!
- Zamknij się i rób jajecznicę, dupku - prychnęłam z promiennym uśmiechem, zwalniając przy zwężeniu drogi.
- Gdzie jest moja mała złośnica? - spytał pogodnie, przez co znowu wywróciłam oczami. Przyjemnie było to robić i nie słuchać jego warczenia, choć nawet to kochałam.
- Wjeżdża na most, za piętnaście minut będzie i ma cholerną nadzieję, że na stole będzie czekała na nią apetyczna, ciepła, pachnąca jajecznica z bułeczką
- Och, bułeczka z pewnością - wymruczał takim tonem, że poczułam przechodzące po mnie dreszcze.
- Zboczeniec - rzuciłam chichocząc przy tym.
- Kochasz to.
- Nienawidzę.
- Okłamuj się dalej - powiedział śpiewnie, przez co wywróciłam oczami.
- Jeśli tak ci le...
A później krzyknęłam czując, jak coś uderzyło w tylny zderzak, przez co skoczyłam do przodu. Słyszałam zdenerwowany głos Nate'a, lecz próbowałam utrzymać kontrolę nad samochodem i nie mogłam się rozpraszać. Spojrzałam w lusterko wsteczne i zobaczyłam czarnego SUV'a, a chwilę później znowu poczułam uderzenie, tym razem o wiele silniejsze i - cholerna jasna - w bok zderzaka. Krzyknęłam, próbując zapanować nad kierownicą, lecz zaczęłam się już kręcić tak, jakbym wpadła w poślizg, a następne uderzenie wbiło samochód w powietrze.
Były to najdłuższe sekundy w moim życiu. Nie raz ludzie mówili, że chwile przed śmiercią widzieli całe swoje życie, a ja się z nich naśmiewałam. Cóż, w tamtej chwili chciałam to wszystko odszczekać. Przed oczami zaczęły mi się przewijać migawki z życia. Dzień śmierci moich rodziców. Dzień, gdy zorientowałam się, że Nate odszedł. Dzień kiedy poznałam Alana. Dzień śmierci cioci. Dzień pogrzebu. Dzień wprowadzenia się do Nathana. Pierwszy trening. Pierwszy prawie pocałunek w łazience. Pierwsze odebrane komuś życie. Poranek tamtego dnia, gdy wymknęłam się z łóżka ukochanego mężczyzny, aby pojechać do Lucasa. Wszystko działo się zbyt wolno, a ja nie czułam niczego oprócz paniki. Zdałam sobie sprawę, że nie chciałam umierać.
Uderzenie z ziemią było brutalne. Uderzyłam głową o kierownicę, szyba się stłukła i poraniła moją skórę. Ręce wisiały w dół bezwładnie, a nogi zaklinowały się pod dziwnym kątem między pedałami. Coś je blokowało, lecz nie byłam w stanie utrzymać otwartych powiek, aby zobaczyć co to takiego. Wszystko bolało tak, jakby miało wybuchnąć i się rozlecieć, kości przebić skórę, a krew splamić wszystko dookoła. Niektórzy mieli pieprzone szczęście, że mdleli w takich chwilach i się nie budzili. Ja chyba musiałam odpokutować odebranie kilku żyć, ponieważ mimo przeraźliwego bólu nie potrafiłam stracić przytomności. Wszystko mnie bolało, lecz nie potrafiłam krzyczeć i jedyną moją myślą było:
Błagam, niech nie będzie wycieku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz