POV Nate
- To nie jest dobry pomysł. Przyjdź innym razem - westchnąłem, chcąc już zamknąć drzwi. Nie miałem ochoty przyjmować gości, a tym bardziej nikogo wpuszczać do niej.
- Muszę się z nią zobaczyć - nalegał blondyn, zupełnie tak jakby nie rozumiał cholernego słowa "nie". Zacisnąłem palce na klamce, powstrzymując się aby mu nie przywalić. Dobra, byłem przemęczony. Oboje byliśmy.
- Spieprzaj stąd, Ian. Nie będziesz jej teraz męczył, rozumiesz? - warknąłem, mierząc faceta od stóp do głów. Nie, żebym musiał to robić. Znałem tę mordę już na pamięć i nie był to mój ulubiony widok.
Widziałem jak otworzył usta, aby coś powiedzieć, lecz w tym samym momencie rozległ się głośny, kobiecy krzyk. W ciągu ostatnich kilku dni słyszałem go wiele razy, każdego dnia, lecz mimo to, za każdym razem reagowałem tak samo. Zerwałem się z miejsca, przeskakując po trzy schody i wpadłem do sypialni, siadając na łóżku i wziąłem w ramiona roztrzęsioną dziewczynę, która płakała i rzucała się na łóżku w półsennym amoku.
- Shhh... - szeptałem kołysząc się razem z nią, dopóki nie przestała ze mną walczyć. Oparłem brodę na jej blond głowie i przymknąłem powieki modląc się, aby to się w końcu skończyło.
Taki stan trwał, odkąd wróciliśmy z terenu Westwoodsów. Victoria niewiele mówiła, starała się głównie spać, a gdy nie spała, i tak myślami była daleko stąd. Daleko ode mnie. Za każdym razem budziła się z krzykiem i za każdym razem, gdy udawało mi sie do niej dotrzeć, mówiła o Liamie. Czy wiedziałem, że Cobra ją zniszczy? Przeczuwałem to. Widziałem jak się rozsypała po tym, jak zabiła pierwszego człowieka, lecz to, co działo się po śmierci Liama i Marine? To ją zabijało. Przez to wszystko, nie miałem czasu na przeżywanie własnej żałoby. Nie żebym miał żal o to, do Victorii, wiedziałem, że to co się z nią działo, nie było czymś, czego chciała. Może nawet w pewien sposób byłem jej za to wdzięczny, choć to okrutne. Nie miałem czasu na to, aby samemu się załamać. Prawdopodobnie wtedy nie docierało do mnie to, że Marine nie żyje, choć dowiedziałem się o tym przy jednym z koszmarów sennych mojej ukochanej.
Prawda była taka, że mnie też Liam odwiedzał nocami. Widziałem jego roześmianą twarz, gdy siedzieliśmy razem w barze, by po chwili zobaczyć grymas bólu i martwe oczy przyjaciela, wskazujące na powiększającą się plamę czerwieni na jego białej koszuli, a w oddali widziałem blondynkę trzymającą broń. Nie obwiniałem Victorii za śmierć przyjaciela. Nie miałem prawa, podstaw ani takiej potrzeby. Chciałem aby ona też sobie tego nie robiła, lecz to było jak uderzanie grochem o ścianę. Tak naprawdę nie wiedziałem, co stało się z moją siostrą, ani co zaszło na dachu, lecz wiedziałem że ta wiedza, wyżerała ją od środka jak kwas. Prawie nic nie jadła, a to, co dawała radę przełknąć niemalże od razu wymiotowała. Chudła w oczach, przez co płakała jeszcze więcej, martwiąc się o dziecko.
Przytuliłem ją mocniej do siebie, i zacisnąłem zęby, czując pod palcami jej kości. Martwiłem się o nich, o to że mógłbym stracić któreś z nich, że mój świat mógłby stać się uboższy o nich. Nie potrafiłem wyobrazić sobie życia, w którym by ich nie było, ponieważ byli jedyną dobrą rzeczą, która mnie spotkała i jedyną rodziną, która mi pozostała. W tamtym czasie zauważyłem jak wszystko jest kruche i zmienne. Naiwnie sądziliśmy, że mamy całe życie przed sobą, że na wszystko jest czas, a w jednej chwili wszystko się zaczęło sypać jak domek z kart. I gdy już myśleliśmy, że to poukładaliśmy, znowu coś się musiało zacząć niszczyć.
- Czas na śniadanie - szepnąłem cicho, choć wiedziałem, że mi nie odpowie. Tęskniłem za jej głosem, za śmiechem, który niósł się echem po domu, za uśmiechem, który rozjaśniał jej oczy. Tęskniłem za jej beztroską, spontanicznością. Za tym jasnym światełkiem, które było w niej i rozświetlało mój dzień.
Pomogłem jej wstać z łóżka i poprowadziłem ją ostrożnie na dół, bojąc się, że gdyby spadła ze schodów, jej wycieńczony organizm by tego nie przetrwał. Zobaczyłem Iana, stojącego na dole oraz jego reakcję, gdy zobaczył Victorię. Nie potrzebowaliśmy litości. Potrzebowaliśmy wolności. Potrzebowaliśmy uwolnić się od tego, co zamieniło nasze życie w istny burdel, niszcząc to, co mieliśmy dobrego.
- Nathan...
- Wyjdź - warknąłem ostro. Nie chciałem, aby ktokolwiek oglądał ją w tym stanie i wiedziałem, że ona sama by tego nie chciała. Zawsze była tą radosną iskierką, która sprawiała, że uśmiech sam pchał się na usta, rozwiązywała problemy innych i była o wiele zbyt dobra niż powinna. Widzenie jej w takim stanie, wyniszczonej i złamanej było katuszą.
* * *
Przemierzałem korytarz w tę i z powrotem. Od kilku godzin siedziałem w poczekalni, czekając na jakiekolwiek wiadomości o stanie Victorii, lecz nikt nie chciał nic powiedzieć. Zacząłem się zastanawiać, gdzie w tym wszystkim jest jakikolwiek sens i logika. Została w to wciągnięta nie ze swojej woli, była w tym o wiele krócej niż nie jeden z nas, a dostawała po dupie za każdym razem coraz mocniej. Zacisnąłem wargi, zastanawiając się jaki byłby świat bez niej i doszedłem do wniosku, że to nie jest możliwe. Ona była dla mnie wszystkim. Jedyną rodziną jaka mi pozostała, powodem do radości i do mobilizacji, aby każdego dnia wracać do domu. Bez niej wszystko straciłoby sens.
A w tamtej chwili do szału doprowadzała mnie myśl, że mógłbym to wszystko stracić. Zawsze naiwnie myśleliśmy, że mamy jeszcze na wszystko czas. Dopiero wtedy zauważyłem, jak bardzo dziecinne było snucie tak dalekosiężnych planów na przyszłość. W momencie, gdy nawet teraźniejszość stała pod dużym znakiem zapytania.
Uderzyłem pięścią w szpitalną ścianę, szukając ujścia dla swojej frustracji.
- Halo! - krzyknęła jedna z pielęgniarek, a głowy kilku pacjentów zwróciły się w moją stronę.
- Stary, uspokój się - westchnął blondyn, który niczym cerber siedział obok mnie.
Spojrzałem na niego morderczo. To on ją w to wszystko wciągnął. On zniszczył nam życie.
- To twoja wina - warknąłem, podnosząc go do góry za szmaty i przycisnąłem do ściany.
- Ogarnij się, Wheller - mruknął, próbując uwolnić się z uścisku, lecz niewiele mu do dało.
- Przez ciebie się tu znalazła! - krzyknąłem, mrużąc powieki w wyrazie furii.
- Przeze mnie? Gówno zrobiłeś aby ją od tego uchronić! - wysyczał, mierząc mnie spojrzeniem.
Pchnąłem go mocniej na ścianę po czym poluźniłem uścisk, cofając się o krok.
- Zrobiłem dla niej wszystko. A ty co zrobiłeś? - odparowałem z zaciśniętymi zębami, po czym wyszedłem ze szpitala.
Kopnąłem żwir, wzbijając w górę tumany kurzu i piachu, po czym wsunąłem we włosy palce, ciągnąc mocno za kosmyki. W głowie ciągle powtarzało mi się jedno, wysyczane przez niego zdanie.
Gówno zrobiłeś aby ją od tego uchronić!
Gówno zrobiłem aby ją ochronić? Poświęciłem wszystko. Chcąc ocalić ją od tego świata, do którego sam zostałem wciągnięty, odszedłem. Zostawiłem osobę, która była dla mnie wszystkim, która jako jedyna rozumiała, co sam przeżywałem po stracie rodziców. Chcąc zapewnić jej normalne życie, zrezygnowałem z życia z osobą, która była dla mnie bliska, która mnie rozumiała i którą od zawsze się opiekowałem. Zrobiłem to dla niej, choć dla dzieciaka nie było to nic łatwego. Odejść od wszystkiego, co się znało i kochało, do brudnego świata, pełnego przemocy, ran, siniaków i walki o każdy następny dzień. A gdy już wiedziałem, że nieuniknione w końcu nadejdzie, zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby przygotować ją na ten dzień. Nienawidziłem tego, nienawidziłem ściągać ją z łóżka bladym świtem, ranić, zadawać ciosy. Nienawidziłem tego, że przygotowywałem ją do życia, jakie sam prowadziłem od lat. Ona była nieskazitelna, była idealna i nikt nie miał prawa mieszać ją w tej obskurny świat broni, krwi i straty.
Wydałem z siebie głośny, pełen frustracji okrzyk, nie wiedząc jak sobie z tym wszystkim poradzić. Wcześniej zawsze mogłem iść na ring, na trening, czy dać w pysk pierwszemu kolesiowi, który przechodził. Później to ona potrafiła do mnie dotrzeć, nawet jeśli sama wściekała się równie mocno i nie miała najmniejszej ochoty na jakąkolwiek ugodę. A nawet jeśli nie, mogłem iść w cholerę i na spokojnie o tym pomyśleć, aby i tak na koniec wrócić do niej. Tym razem nie mogłem zrobić niczego z tych rzeczy, ponieważ nie zamierzałem zostawiać jej samej w szpitalu. Oboje popełnialiśmy w życiu mnóstwo błędów, odtrącając się wzajemnie, lecz koniec końców i tak wracaliśmy do siebie. Nie chciałem kolejny raz jej zawieść.
- Nate! - gdzieś niedaleko rozległ się zdyszany okrzyk, który bardziej brzmiał jak odgłos przy wypluwaniu płuc.
Przeniosłem wzrok w stronę dźwięku i zobaczyłem drobną blondynkę, która niemalże wtoczyła się na mnie, widocznie tracąc siłę w nogach. Przytrzymałem ją, nieznacznie przytulając do siebie i mimo wszystkich problemów, czy też myśli, które tłoczyły mi się w głowie, uśmiechnąłem się nieznacznie.
- Hej, misiu - odparłem i uśmiechnąłem się szerzej, widząc jej pełną dezaprobaty minę.
- Zamknij się - burknęła, odpychając mnie od siebie, lecz niezbyt mocno. Bieg musiał ją zmęczyć. - Jak z Vik?
- Nadal nic nie wiadomo - westchnąłem, przygryzając dolną wargę w zmartwieniu. To był paskudny nawyk, ale zbyt często widziałem go u ukochanej, aby go nie przejąć.
Zaraz za jej plecami, widziałem jeszcze dwie osoby podążające jej śladami. Westchnąłem. Eli i Josh. No tak, a kogóż innego można by się spodziewać w tym wszystkim. Nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego ona się z nimi przyjaźniła. Nigdy za nimi nie przepadałem i jak można było łatwo zauważyć, z wzajemnością.
Beth jeszcze o coś zapytała, lecz tylko skinąłem głową, zajmując się swoimi myślami. Czułem na sobie jej wzrok, lecz odpuściła i poprowadziła resztę do szpitala, znikając za rozsuwanymi drzwiami. Kucnąłem, pochylając głowę i próbując się uspokoić. Zdecydowanie nie mogłem przywalić Ianowi na samym wejściu, a naprawdę byłem tego bliski. Musiałem jednak myśleć przede wszystkim o Victorii i o tym, aby być jak najszybciej przy niej. Chciałem być pierwszą osobą, która przejdzie przez drzwi jej sali. Bynajmniej nie chciałem, aby pierwszą osobą był Ian.
Podniosłem się z kucek i oblizałem wargi, robiąc pierwszy krok w stronę szpitala i wtedy poczułem jak ktoś łapie mnie za ramię. Mechanicznie sięgnąłem za siebie, chcąc wywrócić napastnika, lecz był on zadziwiająco szybki i zwinny. Zanim się zorientowałem, był już przede mną.
- Wow, opanuj nerwy, kwiatuszku - wyszczebiotała brązowowłosa dziewczyna, uśmiechając się do mnie promiennie.
- Prawie cię zabiłem, Kait - mruknąłem, patrząc na drobną osobę, unosząc przy tym nieznacznie kącik ust.
- Najpierw musiałbyś mnie złapać, a z tym jak widać u ciebie ciężko - odparowała i wzruszyła ramionami, widocznie dobrze się bawiąc całą sytuacją.
- Co dla mnie masz? - spytałem przewracając oczami. Nie lubiłem zabawy w kotka i myszkę, chyba że kończyła się ona w łóżku. Albo jakiejkolwiek innej powierzchni.
- Nowe informacje na temat śmierci waszych rodziców - odparła podając mi średniej grubości teczkę.
Przyjrzałem się pakunkowi i niemalże od razu zabrałem się za analizowanie wskazówek co do tamtego wydarzenia, lecz troska o ukochaną wzięła górę.
- Dzięki, Kait - odparłem i zmierzwiłem włosy dziewczyny, kierując się w stronę szpitala.
- Nie otworzysz teraz? - zawołała zaskoczona.
- Mam teraz większe problemy - wzruszyłem ramionami, posyłając jej nieznaczny uśmiech.
Po raz pierwszy przyznałem, że cokolwiek było dla mnie ważniejsze od zemsty za śmierć rodziców.
- Pozdrów ją - krzyknęła, a w jej głosie słychać było nutkę wesołości.
- Jeśli życie ci nie miłe - odpowiedziałem, uśmiechając się przy tym, po czym wszedłem do szpitala.
* * *
Idąc w stronę sali, czułem nieprzyjemne uczucie wewnątrz. Nie byłem pewien czy to przez zgniło zielony kolor ścian, czy mrugający neon z napisem PSYCHIATRIA, przy wejściu na oddział. Mimo tego wszystkiego byłem pewien, że ona tutaj nie pasuje. Żadne z nas tutaj nie pasowało. Idąc przez korytarz, starałem się ignorować ludzi, którzy rzucali się na szyby, ślinili się, czy próbował wydrapać sobie drogę do mnie. To nie było normalne miejsce, a jej nie powinno tutaj być.
W końcu zobaczyłem odpowiedni numer i zawahałem się przed wejściem do środka. Nie chciałem, aby zobaczyła litość na mojej twarzy, ponieważ sam bym tego od niej nie oczekiwał. Victoria zawsze była silną osobą i zdecydowanie nie zasługiwała na to, aby się nad nią litować. Wiedziałem, że prędzej czy później rozgryzie jak z tym wszystkim żyć, a jedyne co mogłem dla niej zrobić to być obok i wspierać ją w tym wszystkim.
Dlatego też ostatecznie złapałem za klamkę i pociągnąłem ją w dół, wchodząc do sali.
Na dzień dobry poczułem się oślepiony światłem świetlówek, odbijających się w białych ścianach. Później zobaczyłem ją. Siedziała skulona na łóżku w białej koszuli, owinięta kocem, który fałdował się w okolicy bioder dziewczyny. Patrzyła przez okno zamyślona i chyba nawet nie zdawała sobie sprawy z mojej obecności. Po raz kolejny poczułem nieprzyjemne ukłucie i zacisnąłem szczękę, aby nie zacząć krzyczeć. Miałem wrażenie, że po raz kolejny wszystko zaczyna się rozsypywać.
- Lekarze mówią, że z dzieckiem będzie dobrze, jeśli zacznę jeść - szepnęła, lecz jej głos pozbawiony był wszelkich uczuć.
Zamknąłem za sobą drzwi i podszedłem do jej łóżka, siadając na krześle obok niej.
- A jak jest z tobą? - spytałem, ujmując jej drobną, wychudzoną dłoń w swoje.
Wtedy na mnie spojrzała. Zobaczyłem błękitne oczy, które niegdyś były pełne radości i życia, w tamtej chwili wypalone, pogrążone w głębokim żalu. Jakby zamknięte za zasłoną, która oddzielała ją od świata. Na jej bladych wargach pojawił się cień uśmiechu, jednakże było w nim coś, co sprawiło, że zacząłem się niepokoić jeszcze bardziej.
- Wszystko dobrze - szepnęła i pogłaskała mnie po policzku zimnymi dłońmi. - Już niedługo będę z Marine.
Ucałowałem jej kłykcie, chowając twarz w jej dłoni. Nie chciałem pokazać jak bardzo przeraziły mnie te słowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz