POV Nate
Miesiąc później wszystko zaczęło wracać do normy. Jej ciało znowu nabrało dawnych kształtów, a skóra zdrowych rumieńców. Coraz częściej się śmiała, choć zdarzały się także chwile całkowitego mileczenia, melancholii, smutku, a nawet płaczu. Lekarze byli zaskoczeni tym, w jak szybkim tempie dochodziła do siebie, lecz dla mnie dłużyło się to w nieskończoność. Wyczekiwałem momentu, w którym mógłbym zabrać Victorię do domu, ponieważ w tym miejscu sam byłem bliski stracenia zmysłów.
Widziałem jak jej brzuch coraz bardziej się zaokrąglał. Chociaż jeszcze był niewielki, zdecydowanie nie był już płaski, jak za dawnych czasów. Myśl o naszym maleństwie, krzepiła nas oboje i jestem przekonany, że głównie dzięki niemu tak szybko radziła sobie z tym wszystkim. Gdy widziałem każdy jej uśmiech, nawet niewielki, czułem rozpierającą mnie dumę. To była moja dziewczyna i była silniejsza niż ktokolwiek, kogo znałem.
* * *
Kiedy naszedł czas wypisu, miałem ochotę gryźć paznokcie z nerwów. Wiedziałem, że nie powinienem tego robić - zaraz ktoś by się zorientował, że coś jest nie tak, lecz czułem, że coś jest nie tak. Ciąża Victorii zaczęła być bardziej widoczna, a lista naszych wrogów nie zamykała się na jednej stronie A4. Nie wiem, czy pomieściłby ją jeden skoroszyt. Wiedziałem, że musimy zniknąć, za wszelką cenę. Wiedziałem, że muszę zatroszczyć się o to, aby oni byli bezpieczni.
Wprowadziłem ją do domu i posadziłem na kanapie, kładąc torbę na podłodze i uśmiechnąłem się czule do dziewczyny. Każdy dzień bez niej w tym domu wydawał się dziwny, wręcz nie na miejscu, dlatego dobrze ją było mieć tam z powrotem. Spojrzałem na zegarek i oblizałem wargi. Ian miał zjawić się 20 minut później i jeśli mam być szczery, nie miałem zielonego pojęcia co miałem mu powiedzieć. Mimo to byłem świadom tego, że musiałem zrobić cokolwiek, bo inaczej to wszystko skończyłoby się szybciej niż zaczęło. Mieliśmy jedną szansę na szczęśliwe życie i jeśli tylko taka się pojawiła, musieliśmy ją wykorzystać.
Wiedziałem, że poświęcę dla nich wszystko.
POV Vik
Rozejrzałam się dookoła, przymrużając przy tym powieki. Wszystko wydawało się obce, chociaż było tak dobrze znajome. Tak, jakby nie pasowało do rzeczywistości, która w naszym świecie zmieniała się jak w kalejdoskopie. To było wręcz boleśnie realne i nie wiedziałam jak o tym powiedzieć Nathanowi. Widziałam spojrzenia, którymi mnie obdarzał, gdy myślał iż tego nie widzę. A może i się tego domyślał, lecz wolał udawać że jest inaczej. Ostatni czas był ciągiem ukradkowych spojrzeń i udawania, że nic się nie stało. Chyba oboje tego potrzebowaliśmy, aby móc wrócić do życia, choć powoli to nas zabijało. Nasza własna metoda na przetrwanie żałoby, straty i żalu do całego świata o wszystko, co nas spotkało w tym pochrzanionym życiu.
Czym na to zasłużyliśmy? Czy przy pierwszym razie, gdy pociągnęliśmy za spust? A może w tamtym momencie rozpoczęliśmy reakcję łańcuchową, która w efekcie zapędziła nas w miejsce, w którym aktualnie się znajdowaliśmy? Może pierwszy raz, gdy odważyliśmy się odebrać komuś życie, przesądziliśmy naszą własną egzystancję? Czy oczywiste było to, że będziemy robili to znowu i znowu, coraz bardziej się w tym zatracając, aż stało się to naszą codziennością? Lecz czy można karać nas za coś do czego zostaliśmy zmuszni? Gdzie była sprawiedliwość Boża, czy karma która powinna wracać do człowieka?
W szpitalu miałam wystarczajaco dużo czasu na zastanawianie się nad takimi tematami. W drodze do domu, podsłuchałam rozmowę Nathana z Ianem i wiedziałam, że miał przyjechać. Widziałam w sposobie, w jakim ukochany się poruszał pewną nerwowość i wiedziałam, że coś planuje. W tamtym momencie ja również postanowiłam wymyślić coś, aby zatroszczyć się o naszą trójkę. W całym życiu straciłam zbyt wiele osób, aby pozwolić sobie na stratę jeszcze choćby jednej więcej.
Przyciągnęłam do siebie Nate'a i wtuliłam się w niego. Cudowne było to, że mogłam znowu czuć ciepło jego ciała i odnaleźć to poczucie bezpieczeństwa w jego ramionach, nawet jeśli żadne z nas w takowe nie wierzyło.
- Tęskniłam za tobą - wyszeptałam wtulając twarz w jego tors.
- Przecież byłem przy tobie - odparł równie cicho, zaczesując jeden z moich kosmyków włosów za ucho, po czym spojrzał mi w oczy. - Ale wiem o czym mówisz.
- Więc...? - wymruczałam cicho, próbując ukryć cień uśmiechu, który zaczął błąkać się po moich ustach.
- Więc...? - usłyszałam jak echo jego męski, niski pomruk, przez co poczułam dreszcze przechodzące wzdłuż pleców.
- Więc...? - szepnęłam, mnąc w palcach jego koszulkę, przygryzając przy tym dolną wargę.
Poczułam uderzenie w plecy i zaśmiałam się cicho, leżąc na kanapie. Spojrzałam w czekoladowe oczy mężczyzny i poczułam przepełniające mnie szczęście. Przeczesałam palcami jego włosy i oblizałam usta, widząc uśmiech wykrzywiający uroczo jego usta. Kochałam go, Bóg jeden wie jak bardzo go kochałam i ile bym oddała, aby ta chwila, ten stan mógł trwać wiecznie.
- Tęskniłem za wami - powiedział cicho, łaskocząc moją skórę oddechem, przez co przymknęłam powieki z pomrukiem.
Przyglądałam się czułości widocznej w jego oczach, a gdy w końcu nasze usta się spotkały, jęknęłam pod wpływem doznania. Kochałam jego smak. Kochałam wszystko, co wiązało się z tym mężczyzną.
* * *
- Gówno! - krzyknął tuż przed tym jak szkło rozbiło się przy bliskim spotkaniu ze ścianą.
Kolejna szklanka straciła życie. Na szczęście nie była moją ulubioną.
- Jak to sobie wyobrażasz, Wheller? Jak nagle znikniecie to nikt się nie zorientuje? Jesteś najlepszy, a ona jest zaraz za tobą! - ryknął Ian, próbując przekrzyczeć podniesiony głos Nathana.
- Lepiej jeśli znikniemy niż pozostaniemy na widoku, nie sądzisz? - syknął ciemnowłosy mężczyzna, a ja zacisnęłam dłonie na kubku już chłodnej herbaty, próbując się nie denerwować. Mam nadzieję, że nie podniosą ciśnienia maleństwu.
- Jest szansa, że się nie zorientują, jeśli zostaniecie - dodał trochę spokojniej blondyn, choć z pewnością sam wiedział że to nie mogło być prawdziwe. Nie w naszym świecie, gdzie jest śledzony każdy ruch, każdego z nas.
- Myślisz, że nie zorientują się, kiedy jeden z twoich strzelców zacznie chodzić z ciężarnym brzuchem?! - skrzywiłam się, słysząc uderzenie dłoni o stół, równocześnie ze słowami wyplutymi przez mężczyznę, z którym dzieliłam życie. - Posłuchaj, ten syf odebrał mi całą rodzinę. Zabrał rodziców, kiedy nie byłem na to gotowy. Zabrał ciotkę, której nie znałem. Zabrał... - wiedziałam, że był w stanie o niej mówić. Żadne z nas jeszcze do tego nie doszło. - Vik... Oni są jedyną rodziną jaka mi pozostała, rozumiesz?! Jedyne co mi pozostało i nie pozwolę ich skrzywdzić. Za nic w świecie.
- Tutaj mogę zapewnić wam ochotę...
Tym razem to ja nie wytrzymałam. Nie słyszałam tego, co mówił Nate, świat się wyłączył. Nie wiedziałam nawet jak się podniosłam i co stało się z kubkiem (naprawdę go lubiłam), a już chwilę później trzymałam w dłoniach jego szmaty, wciskając go mocniej w nasze krzesło, które kalał swoim zapchlonym zadkiem.
- Możesz zapewnić nam ochronę? MOŻESZ ZAPEWNIĆ NAM PIEPRZONĄ OCHRONĘ?! - wykrzyczałam patrząc mu w oczy, chociaż gdyby było to możliwe, pewnie spłonąłby pod wpływem piorunów ciskających przez moje tęczówki. - Twoja pieprzona ochorna skończyła się na tym, że gówno zrobiłeś. Cobra miała być alternatywą. Nikt z nas nie chciał tego pieprzonego życia, które nam zafundowała. Nate chciał przed tym uchronić nas, a ja chciałam uchronić Marine. I na czym się skończyło? NA CZYM? Że twoja ochrona to pozwolenie gwałcenia jej jak burej suki, a potem zarżnięcie jak taniej dziwki, po której nikt nie będzie płakał! A wiesz co zrobili jej przedtem? WIESZ DO CHOLERY?! Odebrali jej wszystko! Nie tylko godność, ale także wiarę we wszystko w co wierzyła. Odebrali jej nadzieję, że którekolwiek z nas przyjdzie ją wyratować, odebrali jej wiarę w nas, pokazując, że to nasza wina! Że jedyne osoby, którym mogła ufać podpisały na nią wyrok śmierci i nie były w stanie jej wybronić! Na tym skończyła się twoja pieprzona ochrona, która jest gówna warta. Więc jeśli za to wszystko trafię do piekła, to wiem, że się tam z tobą zobaczę - warknęłam odpychając go od siebie tak mocno, jak tylko potrafiłam.
- Nie wierzysz w piekło - szepnął blondyn. Normalnie bym się roześmiała, lecz po tym wybuchu byłam całkowicie wypalona.
- Karma to suka - mruknęłam i wspięłam się po schodach, kierując do sypialni.
POV Nate
Od miesięcy nie widziałem jej w takim stanie i niemalże zapomniałem jaki potrafi mieć cięty język. Ale prawda jest taka, że Morganstern sobie na to wszystko zasłużył. Wszystko, co wyszło z ust Victorii było prawdą i byłem z niej cholernie dumny, że mu to powiedziała. Pewnie gdyby nie to, doszłoby do czegoś gorszego między mną, a nim, a trzeba było jednak załatwić sprawę wyjazdu.
Krew wciąż wrzała mi w żyłach i musiałem kilka(naście) razy zaciskać i rozprostowywać dłonie, aby się uspokoić. Musiałem chronić swoją rodzinę, za wszelką cenę, choć czułem, że przyjdzie mi za to zapłacić i to słono. Chcąc się za coś zabrać, posprzątałem rozbitą szklankę i rozlaną herbatę ukochanej. Ten miesiąc, który spędziła w szpitalu widocznie mnie zmienił. Normalnie pewnie wycierałbym jego mordą rozlany płyn, zanim pomyślałbym o tym, że to wcale nie polepszyłoby mojej/naszej sytuacji. Teraz musiałem zacząć myśleć za nas dwoje. Oczywiście, Victoria miała swój własny rozum, ale teraz mieliśmy także maleństwo i o jego los musieliśmy sie troszczyć oboje.
Kiedy się uspokoiłem, stanąłem za kanapą, opierając na niej przedramiona i spojrzałem w niebieskie oczy Iana. Nagle poczułem ogromne zmęczenie, dlatego przymrużyłem powieki, próbując skoncentrować wzrok na siedzącym naprzeciw mnie mężczyźnie.
- Wiesz, że wyjedziemy z twoją pomocą lub bez niej - powiedziałem spokojnie, niemalże zrezygnowany. - Łatwiej byłoby nie musieć ukrywać się przed Cobrą, ale jeśli nie dostaniemy twojego pozwolenia na opuszczenie kraju i tak to zrobimy. Dobrze wiesz, że musimy.
Wiedział. Wiedziałem o tym w chwili, gdy zgodził się tutaj przyjechać. Dobrze wiedział po co dzwoniłem i przyjechał. Nie miał nadziei na odwiedzenie nas od tego pomysłu, choć musiał spróbować. Od lat pracowałem pod jego kierownictwem i znałem go na tyle. Musiał próbować trzymać interes w kupie, choć nie narażałby niepotrzebnie żadnego ze swoich ludzi. Może i zgrywa dupka. Prawdopodobnie nawet jest zasranym gnojem i nienawidziłem go odkąd go poznałem. Nie zapomniałem o tym, co zrobił Victorii i wiedziałem o tym, że ona także nie zapomniała. Widziałem to w każdym jej wzdrygnięciu, gdy była blisko niego, kiedy jej dotykał. Teraz zdarzało się to coraz rzadziej, ale jednak. Może i jest skończonym patafianem, ale mimo to tolerował nas. Nie wykluczył Vik z gry, nawet gdy dowiedział się o jej ciąży, nie wydał jej i próbował ją chronić - jakkolwiek mu to wychodziło.
- Nie ma miejsca na Ziemii, gdzie bylibyście naprawdę bezpieczni - westchnął w końcu, pocierając palcami swoje skronie.
Miałem wrażenie, że w ciągu ostatnich miesięcy wszyscy postarzeliśmy się o conajmniej kilka lat. Mimo tego, że byliśmy wciąż młodzi, zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki wyczerpania. Zmarszczki dookoła oczu i ust, dołki pod oczami i miałem wrażenie, że zacząłem siwieć, co zdecydowanie było do kitu w wieku dwudziestu lat, przy ciemnych włosach.
- Zaszyjemy się w Rosji - powiedziałem automatycznie, na co blondyn zaśmiał się niewesoło.
- Rosjanie zabiją cię jak tylko się dowiedzą.
- Więc niech się nie dowiedzą - odparłem z nieznacznym uśmiechem.
Rosja ma wiele pustych przestrzeni, przez nikogo niezamieszkanych, gdzie w niektórych miejscach gęstość zaludnienia na jeden metr kwadratowy wynosi zero. Jeśli człowiek mógł gdzieś się zaszyć, to właśnie tam.
Doskonale wiedziałem co oznaczał nasz wyjazd - traciłem szansę na odnalezienie mordercy naszych rodziców. Poświęciłem na to niemalże całe swoje życie i nastał moment, kiedy musiałem się poddać. Czułem, że nawaliłem. Czułem, że nie zrobiłem wszystkiego, co było w mojej mocy, jednakże nie czułem przez to autodestrukcyjnego żalu. Musiałem wybrać teraźniejszość, aby ratować przyszłość. Przeszłości i tak już nic nie zmieni. Wiedziałem, że rodzice właśnie tego by dla nas chcieli. Jeśli mieliby jakikolwiek wybór, chcieli abyśmy byli bezpieczni i nie podzielili ich losu. Chcieliby abym zostawił tę sprawę i zajął się dziewczyną, którego pewnego dnia poślubię i dzieckiem, które będzie miało najlepszych, najbardziej popieprzonych rodziców na świecie. I będzie tak samo piękne jak jego matka. Wiedziałem, że mimo wszystkich błędów, jakie popełniliśmy w życiu, to było właśnie to, co musieliśmy zrobić.
Spojrzałem znacząco na Iana i przez chwilę walczyliśmy w milczeniu na spojrzenia.
Minutę później wyciągnął telefon.
POV Vik
Przełknęłam ślinę i spojrzałam na dwie maszyny stojące przed nami. Nie chodziło o to, że mnie przerażały - przerażały - ale raczej o samą ideę tego wszystkiego. Te maszyny oznaczały zamknięcie rozdziału, który do tej pory był dla nas wszystkim, co znaliśmy. Co jeśli następny rozdział miał się nam nie spodobać? Co jeśli to co tam zastaniemy będzie całkowicie różne od naszych oczekiwać i będziemy musieli walczyć o przetrwanie? Całkiem sami.
Rozejrzałam się dookoła i wzięłam głęboki oddech. Nie potrafiłam się pożegnać z przyjaciółmi, więc napisałam do każdego z nich list. Osobisty, pokazujący ile każdy z nich dla mnie znaczył. Nie wdawałam się w szczegóły, o których nie musieli wiedzieć - żadnego słowa o Cobrze. Do końca nie wiedziałam, czy powinnam to zrobić, lecz nie potrafiłam postąpić inaczej. Odejść bez słowa wyjaśnienia byłoby gorsze niż śmierć, ponieważ oznaczałoby to porzucenie ich pod wpływem świadomego wyboru. Jeśli czegokolwiek nauczyło mnie to pieprzone życie to właśnie jednego - przyjaciół się nie porzuca.
Uderzyłam kopertami o dłoń i wolnym krokiem podeszłam do Iana, który stał samotnie pośrodku pasa startowego. Nate pakował torby do helikopterów i omawiał z pilotami plan lotu. W tamtym momencie nie było dużego śmigłowca, jedynie dwóosobowe, a musieliśmy lecieć z pilotami, więc padła decyzja, że potrzebujemy dwóch. Jednakże były tak małe, że mogliśmy zabrać jedynue bagaże podręczne - nic innego i tak nie mieliśmy czasu spakować.
Spojrzałam jeszcze raz na koperty i przełknęłam gulę, która zaczęła formować się w moim gardle. Beth, Josh, Eli. Zacisnęłam powieki na kilka sekund - o kilka za długo. Powinno być tam jeszcze imię Liama, Marine, a nawet pieprzonego Alexa. Powinno być tam wiele więcej imion, które los postanowił nam zabrać. Nienawidziłam go za to. Nienawidziłam go za to, że pozostawił nam jedynie wspomnienia, które za kilkanaście lat zaczną blaknąć i tracić znaczenie. Nie chciałam, aby je traciły, ponieważ były dla mnie wszystkim. Nie chciałam zapomnieć zapachu ciasta rano, które piekła mama oraz lekkości jaką czułam na plecach taty. Nie chciałam zapomnieć o poświęceniu Liama oraz jego przyjaźni. Nie chciałam przestać przez to cierpieć. Nie chciałam przestać czuć nienawiści do Valentine'a za to, co zrobił Marine i żalu za to, że przytrafiło się to właśnie jej. Nie chciałam zapomnieć o bohaterstwie tego pieprzonego dupka, który nas zdradził. Nie chciałam zapomnieć także o wszystkich dobrych rzeczach, które razem z nimi przeżyłam.
Nie chciałam zapomnieć również o tych, którzy przeżyli.
I o tych, którzy odeszli za życia.
Stanęłam przed Ianem, patrząc mu w oczy, choć czułam jak świat łamał się na dwie części. Przed i po. Jedyną dobrą rzeczą w tej sytuacji było to, że był to koniec z Cobrą. Odcierpieliśmy swoje i koniec. Dostaliśmy szansę na rozpoczęcie nowego życia, wolnego od śmierci, niebezpieczeństwa i zemsty. Panicznie bałam się się przejść z części przed na część po i wiedziałam, że jeśli ktoś nie kopnąłby mnie w tyłek, odwlekałabym to w nieskończoność. Niestety, nikt nie chciał kopnąć mnie w tej tyłek.
Ostatnią kopertę z imieniem Iana wsunęłam pod spód. List, który pisałam do niego był chyba najdłuższy. Pisałam tam o wszystkich rzeczach, które zrobił, a których nie potrafiłam mu wybaczyć. O tym jak co noc śniło mi się to, co wydarzyło się podczas naszego pierwszego spotkania i o tym, jak do tamtej pory zdarzało mi się o tym myśleć. Napisałam, że nienawidzę go za to, że naraził nas na ten syf, miał nas oboje, a nie potrafił ochronić jednej cholernej osoby, na której tak bardzo nam zależało. Napisałam też, że pamiętam te wszystkie dobre chwile, jak rzucali się sobie do gardeł z Brownem i Natem. Napisałam, że jestem mu wdzięczna za to, że mnie ochraniał na początku ciąży, że mogłam mu zaufać wbrew swojego rozsądkowi i logice. Rozpisywałam się tak na wiele stron. Napisałam, że będę za nim tęsknić.
- Jeśli liczysz na wylewne pożegnanie, to się go nie doczekasz - odpowiedział blondyn, wciskając pięści w kieszenie spodni z nieznacznym uśmiechem.
- Nie dotknęłabym cię nawet kijem, Morganstern - odparłam, wykrzywiając wargi w nieznacznym grymasie.
- Wcześniej byłaś do tego chętna...
Zaśmiałam się nerwowo i pchnęłam go w ramię. Podałam mu cienki plik kopert, a do każdej była przyczepiona karteczka samoprzylepna z adresem. Musiałam być pewna, że trafią do właścicieli.
- Musimy lecieć! - zawołał Mark z maszyny i skinęłam energicznie głową. No jasne.
Spojrzałam na Iana, a on odwzajemnił to w ten sam sposób. Zupełnie, jakbyśmy mieli jakąś sekretną więź i nie musieli używać przy tym słów. Skinął głową, na co odpowiedziałam tym samym, po czym przyciągnął mnie do siebie.
- Nie dajcie się zabić.
- Ty też.
I tyle. Żadnych czułych wyznań, wylewnych pożegnań. Żadne z nas nie miało na to siły. Kiedy się odsunęliśmy, oboje przykleiliśmy na usta sztuczne uśmiechy. Podeszłam do ukochanego i wtuliłam się w niego mocno.
- Wiem, że się boisz, ale będzie dobrze - szepnął, a ja pragnęłam w to wierzyć.
Wspięłam się na palce i pocałowałam go, próbując wlać w to całą determinację, żal i strach oraz miłość, którą miałam dla niego, wraz z nadzieją na przyszłość.
- Do zobaczenia w nowym świecie - szepnęłam, po czym wsiadłam do helikoptera z jego pomocą.
Gdy odrywamy się od nawierzchni, łapię się czegokolwiek. Boję złapać się drzwi - myślę, że zaraz odpadną. Okey, może mam lęk przed lataniem. Patrzę na Iana i macham mu. Odmachuję. Chciałabym go takim zapamiętać i wierzyć, że po wylądowaniu będę mogła zadzwonić i powiedzieć, że jest okey. Ale nie będzie tak. Oddaliśmy telefony, aby nikt nie mógł nas namierzyć. Nie wzięliśmy kart kredytowych, tylko gotówkę. Rosyjską.
Spojrzałam na White'a i ucieszyłam się, że to z nim leciałam. Lepiej było znieść to z kimś, kogo się zna. Nate leciał na północny-zachód od nas i to też dodawało mi otuchy. Lubiłam myśleć, że co jakiś czas spogląda przez szybę, by upewnić się, że na pewno tam jesteśmy. Wolałabym być bliżej niego, ale wizja przyszłości jakoś mi to rekompensowała. Przynajmniej po części.
Chciałam zacząć czytać książkę, lecz za dużo wstrząsów - nie miałam najmniejszej szansy na utrzymanie w żołądku jedzenia i czytania jednocześnie - cierpię na chorobę lokomocyjną. Ostatecznie zdecydowałam na przespanie się. Nawiązaliśmy kontakt z drugim helikopterem, więc mogłam rozmawiać z Natem, choć wiedziałam, że wszyscy byli świadkami tej rozmowy, dlatego chciałam aby opowiedział mi jakąś historię. Jeślibym zasnęła, nikt nie musiałby słuchać, bo nie miałby czego.
Zamknęłam powieki i zaczęłam odprężać się pod wpływem jego głosu. Nie zwracałam nawet uwagi na to, o czym mówił. Ton jego głosu, jego barwa - to wystarczyło aby mnie uspokoić i odprężyć. Poczułam szarpnięcie i usłyszałam chrzęst w słuchawkach oraz stek przekleństw. Otrzorzyłam oczy i z moich ust także wydobył się krzyk, a przed sobą zobaczyłam wybuch eksplozji, która zatrzymała akcję mojego serca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz