Rozdział 1


I znowu to samo. Moim ciałem wstrząsnęły torsje, a zawartość żołądka znalazła się w muszli klozetowej. Ból był tak rozrywający, że nie mogłam myśleć, nie mówiąc już o skupieniu się na otaczającej mnie rzeczywistości.
Ktoś siedział obok, związując moje blond włosy w kucyk. Następnie przesunął dłonią wzdłuż pleców, gdy ja znowu bardziej pochyliłam się w stronę toalety, niemalże wypluwając z siebie wnętrzności.
Myślałam, że głowa mi pęknie.
Nie wypiłam wcale tak wiele. Jeden, dwa, trzy… no dobra, nie pamiętałam ile dokładnie, ale z pewnością nie tyle, aby teraz tak pokutować. Byłam pewna, że twarz zrobiła się czerwona z wysiłku, a żołądek tańczył walca wewnątrz mnie, wyrzucając z siebie już tylko żółć.
Gdy organizm już się uspokoił, odsunęłam się na zimne kafelki, próbując zbić temperaturę ciała. Ktoś spuścił wodę, a później pogłaskał mnie po głowie, co o dziwo sprawiało mi przyjemność.
Miałam nadzieję, że to nie Bob, bo wtedy ta scena stałaby się jeszcze bardziej obrzydliwa. Jednakże dłonie, które mnie dotykały, były zbyt czułe i zbyt znajome. Zaklęłam pod nosem i jakimś cudem dźwignęłam się na łokcie.
- Idź stąd Nate – burknęłam przykładając dłoń do czoła.
Jakim cudem on nigdy nie był w takim stanie? Nie przypominałam sobie, aby kiedykolwiek się upił, nie wspominając już o tym, aby klęczał nad kiblem i modlił się o to, aby to wszystko już minęło.
- Potrzebujesz mnie – westchnął i pomógł mi się dźwignąć na nogi.
Przepłukałam usta i umyłam zęby, jakimś cudem nie wracając znowu do muszli. Obmyłam twarz zimną wodą i rozpuściłam włosy, aby upiąć je w kok. Wyglądałam zdecydowanie lepiej niż się czułam. A dobrze nie wyglądałam.
Oparłam się o umywalkę, czując tak, jakby ktoś mnie strawił, wypluł, znowu strawił, wypluł i wdeptał w ziemię. Naprawdę, nikomu tego nie życzyłam, a byli ludzie, których szczerze nie znosiłam.
- Chodź – powiedział chłopak i wyciągnął mnie z łazienki.
Rozchyliłam wargi, chcąc oponować, lecz nawet na to nie miałam siły. Dopóki nie uzmysłowiłam sobie, co on zamierza. Zaparłam się nogami i zaczęłam szamotać w jego ramionach. Jednakże mój mózg działał na wolnych obrotach i nie potrafiłam przypomnieć sobie żadnych przydatnych w tej chwili chwytów.
- No chyba cię pogięło! – zawołałam wściekle, przez co ból w mojej głowie jeszcze bardziej się nasilił.
- Byłaś na tyle silna, aby pić na umór, więc bądź na tyle silna, aby się bronić – odparował chłopak, a w jego głosie słyszałam napięcie, które świadczyło o jego irytacji.
- Prędzej się znowu zerzygam! – warknęłam, kiedy mnie puścił na środku trawnika.
Lecz wiedziałam, że jego to nic nie interesuje. Cofnął się, przyglądając mi przez chwilę, po czym skoczył w moją stronę. Odskoczyłam od niego z piskiem, potykając się przy tym o własne nogi. Gdy sięgnął aby złapać mnie za szyję, przeturlałam się na bok, dźwigając do góry.
Budź się, Cole, warknęłam na siebie niemalże błagalnie, przybierając względną postawę.
Przez chwilę krążyliśmy w około, a mi raz po raz zamazywał się obraz. Przygryzłam wargę, przymrużając przy tym powieki, próbując się maksymalnie skupić na durnym treningu.
Kto normalny robił trening o trzeciej w nocy, wstawionej nastolatce? Nathan. Ach nie, przecież pytałam o normalne osoby. W sumie on był normalny.. inaczej. Nie, dobra, Nate był naprawdę niesamowitą osobą. Po prostu miał fioła na punkcie czujności i treningów.
Rzuciłam się u niemu, lecz ten uskoczył za mnie. Pchnęłam łokieć w tył. Zbyt mocno. I zbyt niecelnie. Zamiast trafić w brzuch chłopaka, uderzyłam w jego biodro. Ból rozszedł się po całej ręce wraz z mrowieniem.
Sapnęłam, krzywiąc się przy tym. Szatyn złapał mnie za tę rękę i szarpnął w swoją stronę, sprawiając, że wykonałam obrót, potykając się o jego wyciągniętą do przodu nogę.
Wydałam z siebie głośny krzyk, czując ból w całej ręce, na którą upadłam. I jak na złość, była to druga ręka, nie ta, którą uderzyłam w biodro. Mrowienie poczułam aż w koniuszkach palców, a do powiek zawitały wilgotne łzy.
Chłopak kucnął szybko przy mnie, a w jego oczach dostrzegłam strach. Przytulił mnie do siebie, uważając na obolałą rękę, po czym wsunął ramię pod moje kolana, unosząc do góry.
- Nienawidzę cię – krzyknęłam zapłakana, podkurczając rękę.
- Wiem, skarbie – szepnął wodząc opuszkami palców po moim ciele, idąc w stronę auta.


* * *

Gdy wróciliśmy ze szpitala, słońce już zaglądało przez okna do domu. Przez całą drogę nie odezwałam się do przyjaciela ani słowem, choć on próbował podjąć rozmowę kilkakrotnie. Mimo to nie chciałam z nim rozmawiać.
Chociaż lekarz stwierdził, że ręka nie jest złamana, tylko mocno stłuczona, bolała jak diabli i to była wina szatyna. Kto do cholery chce się bić z nastolatką w takim stanie? Kto w ogóle chce się bić z nastolatką?!
Przywykłam do treningów, na które mnie skazywał, nie raz z zaskoczenia, ale to było przegięcie. Lecz do tego też już przywykłam. Nate często organizował imprezy w naszym mieszkaniu, a sam prawie nic nie bił, przez co później mógł mnie torturować we właśnie taki sposób.
W szpitalu powinni mi już założyć kartę stałego klienta. Nie to, żeby on to robił specjalnie. Jednakże nie ukrywajmy. Był umięśnionym dwudziestolatkiem, który wiedział jak się bić. Jaki więc mógłbyś skutek jego starć ze mną? Trenowaliśmy razem od trzech lat, odkąd zamieszkaliśmy razem, zaraz po śmierci cioci u której mieszkałyśmy z Marine.
Nie prosiłam go o to. Ba! Błagałam, aby sobie odpuścił. Lecz on nie. Uparł się, że muszę potrafić się obronić w każdej sytuacji, w każdym stanie i w każdy możliwy sposób, wykorzystując wszystko, co miałam pod ręką.
Po dojechaniu do domu zmarszczyłam brwi. Coś tutaj zdecydowanie nie pasowało. Spojrzałam na wejście do domu i zauważyłam beżową damkę z koszyczkiem przy kierownicy, a na moich wargach pojawił się delikatny uśmiech.
Podbiegłam do domu i weszłam do środka, rozglądając się za właścicielką roweru stojącego na ganku. Weszłam do kuchni i ją zobaczyłam. Czarne włosy spływały po odkrytych ramionach dziewczyny, a grzywkę miała upiętą do tyłu. Zielone oczy spoglądały w zamyśleniu przez okno, w przeciwnym kierunku niż ten z którego przyjechaliśmy.
- No hej – powiedziałam z uśmiechem, a dziewczyna drgnęła wytrącona z zamyślenia, przez co upuściła jabłko na podłogę.
- Cholera – burknęła i podniosła owoc, wyrzucając go do kosza.
- Marine – pisnęłam z uśmiechem i podbiegłam do niej.
Zarzuciłam jej rękę na szyję, uśmiechając się przy tym promiennie, a kiedy objęła mnie, równie rozradowana, ściskając obolałą rękę, wydałam z siebie głośny krzyk. Wciąż bardzo bolała.
- Uważaj – westchnął szatyn wchodząc do kuchni i oparł się o framugę.
Przyjaciółka odsunęła się ode mnie i obejrzała rękę, delikatnie przesuwając po niej opuszkami palców. Przygryzła wargę z cichym westchnieniem. Wzruszyłam ramionami, chcąc jej pokazać, ze to nic takiego, lecz ta tylko musnęła wargami moje czoło i spojrzała na brata.
No to się zaczęło.
Marine doskonale wiedziała, że poprzedniej nocy była u nas impreza. Sama na niej była ze swoim chłopakiem, Alexem. Wyszli wcześniej, lecz już jak się zmywali, byłam zdecydowanie zbyt radosna jak na trzeźwą osobę. Albo jak na kogoś, kto byłby w stanie się na czymś skupić.
Dziewczyna ruszyła szybkim krokiem w kierunku Nate’a, mrużąc gniewnie oczy. Odwróciłam się na pięcie, chcąc ją powtrzymać, lecz ostatecznie z tego zrezygnowałam. Nathan był już dużym chłopcem. A poza tym wolałam nie wchodzić w drogę wściekłej Marine.
- Jesteś nienormalny czy jak?! – krzyknęła uderzając dłońmi tors chłopaka.
Szatyn zacisnął wargi, a mięsień na jego szczęce zadrżał. Nie patrzył na siostrę. Wpatrywał się w moją obolałą rękę z czymś w tych jego czekoladowych oczach. Jakby był zraniony, smutny… nie byłam tego pewna.
Kiedy dziewczyna zorientowała się, że brat niczego sobie z tego nie robił, skoczyła ku niemu z cichym warknięciem. Jednakże on był zwinniejszy. Szlag by go trafił. Odsunął się na bok, jednakże złapał siostrę, zanim ta uderzyła o podłogę i odwrócił ją tyłem do siebie, skutecznie unieruchamiając.
- Wiem, młoda, ale tak trzeba – westchnął, przyciskając ją do siebie.
Po tej sytuacji Marine szybko się zebrała i wróciła do domu. Odkąd mieszkała z Alexem, pozwalała sobie na znacznie więcej, ponieważ nie musiała później znosić humorków brata. Natomiast ja musiałam.
Usłyszałam jeszcze, że mam uważać i że bardzo mi współczuje wspólnego mieszkania z tym osiłkiem. Zaśmiałam się cicho, ponieważ nie było to takie złe. Gdyby odpuścił sobie treningi, mogłabym się w nim zakochać.
Tak jak ta mała dziewczynka, którą byłam trzynaście lat wcześniej. Dziewczynka, która przyciskała usta do jego warg, chcąc się popisać przed rodzicami z chłopcem, któremu ufałam ponad wszystko.
Lecz to było dawno. A dziesięć lat, przez których się nie widzieliśmy, ta pięciolatka dorosła bez swojego księcia. I teraz nie było niczego, co by wpływało na łagodniejszą ocenę sytuacji.
Gniew, który był na pogrzebie cioci minął. Jednakże nie wróciły dziecięce uczucia i to może lepiej. Dla nas obojga. Bez skrępowania, wstydu i wielkich tajemnic. Po prostu dwoje przyjaciół, którzy znają się od dziecka. Tak łatwiej, prawda?

Obejmowałam Marine, patrząc w tym samym kierunku, co wszyscy zgromadzeni. Łzy cisnęły się do oczu, jednakże nie spływały już po policzkach. Nie było ich tak wiele, po tych dniach przepłakanych w poduszkę.
Jednakże brunetka miała ich jeszcze sporo. Wtuliła się we mnie, plamiąc łzami zmieszanymi z tuszem moją bluzkę. Na szczęście była czarna tak, jak jej makijaż, więc nie było nic widać. Jej szczęście.
Otaczali mnie ludzie, których w większej mierze nie znałam. To była rodzina Whellerów, nie moja. Ja nie miałam żadnej rodziny. Moją rodziną była Marine i ciocia Nancy, u której zamieszkałyśmy po śmierci rodziców.
Ciocia Nancy była starszą osobą, w sumie to była siostra babci Marine. I jej najbliższa rodzina. Oprócz Nathana, oczywiście. Lecz jego nie było. Zniknął tydzień po wydarzeniach z rodzicami.
Przesunęłam opuszkami palców po plecach przyjaciółki. Przez tych dziesięć lat mieszkania razem, stała się dla mnie niczym siostra. Fakt, czasem się kłóciłyśmy, ale zawsze mogłyśmy na siebie liczyć. Tylko na siebie mogłyśmy liczyć.
A teraz stałyśmy nad otwartym grobem z opuszczoną w dół trumną, w której leżała ciocia Nancy. Jedyna rodzina, jaka nam pozostała. Policja powiedziała, że to był tragiczny wypadek, jednakże nie potrafiłam w to uwierzyć.
To samo mówili o śmierci rodziców.
Poczułam jak czyjeś ramiona obejmują mnie i Marine. Dziewczyna uniosła spojrzenie na osobę stojącą za mną i widziałam po jej minie, że coś jest nie tak. Zbladła tak, jakby zobaczyła ducha, więc sama natychmiast odwróciłam się w stronę tej osoby.
I zamarłam.
Nagle wszystkie dźwięki przygasły, jakby ktoś je wyłączył, a mój wzrok utkwiony był w tych oczach, które tak dobrze niegdyś znałam. Zmieniło się wszystko, tylko nie te oczy.
Poczułam wzbierające łzy i zacisnęłam gniewnie dłonie w pięści. Marine odsunęła się ode mnie, nawet nie próbując mnie powstrzymywać. Nie chciałam jednak robić scen na pogrzebie cioci.
Rzuciłam różę do grobu i przecisnęłam się między ludźmi, w stronę wyjścia z cmentarza. Usłyszałam za sobą kroki i byłam pewna, że podążył za mną. Przez moje ciało przeszedł dreszcz, a wspomnienia wróciły.
Zaufanie, którym kiedyś go darzyłam. Bezgraniczna wiara i ta dziecięca fascynacja. Ufność w to, że wszystko będzie dobrze, dopóki przy mnie będzie. Właśnie, dopóki przy mnie będzie. Lecz go nie było.
- Jak śmiesz tutaj przychodzić? – spytałam zwracając się w stronę Nate’a.
Widziałam Marine, która stanęła w oddali, jakby się bała stracić mnie z oczu, jednocześnie dając nam czas na wytłumaczenie sobie wszystkiego, co trzeba było sobie powiedzieć.
Przez te dziesięć lat Nathan urósł. Nadal był wyższy ode mnie o około głowę. Rysy jego twarzy zmężniały, a mięśnie przybrały kształtów. I to niesamowicie idealnych kształtów. Jednakże to nie miało żadnego znaczenia. To nie był mój Nate.
- Vik.. – szepnął robiąc krok w moją stronę.
Cofnęłam się o taką sama długość, o jaką on się zbliżył, zaznaczając przestrzeń między nami. Był nieznajomym, o oczach kogoś, kto kiedyś był mi bliski. Kto zawiódł dziecięce zaufanie, które najtrudniej jest odbudować.
- Zniknąłeś. Zostawiłeś mnie samą. Jak śmiesz się teraz tutaj pojawiać?! – spytałam czując jak łzy zalśniły w moich oczach.
- To też moja ciocia – powiedział głodno, po czym potrząsnął głową i zobaczyłam w jego oczach to samo, co było kilkanaście lat temu. To dziecięce uczucie… - Vik, nie zostałaś sama. Miałaś Marine…
- Marine nic nie widziała! Miałam tylko ciebie! Tylko ty tam byłeś, tylko ty rozumiałeś przez co przechodziłam. To ty byłeś ze mną, gdy widziałam martwe ciała naszych rodziców i to ty pomogłeś mi wrócić, gdy byliśmy upaprani krwią. To ciebie potrzebowałam, a ty zniknąłeś! – wykrzyczałam patrząc mu w oczy, przy czym łzy wpływały strumieniami po policzkach.
Widziałam jak rozchylił wargi, widocznie zaskoczony. Nie wiedziałam czy bardziej moim wybuchem, czy tym co powiedziałam. Wciągnął głęboko powietrze i spojrzał na mnie, przygryzając mocno wargę.
- Możesz nie wierzyć, ale zrobiłem to dla nas…
- Masz rację, nie wierzę – warknęłam i przepchnęłam się obok niego, idąc roztrzęsiona w stronę Marine.

- O czym tak myślisz? – spytał Nate opierając się o framugę salonu.
Oderwałam się od okna i spojrzałam na niego przez ramię, po chwili odwracając się przodem w kierunku chłopaka. Wzruszyłam delikatnie ramionami, przeczesując włosy palcami zdrowej ręki.
- O naszej rozmowie na pogrzebie cioci Nancy – odparłam, bawiąc się palcami.
Chłopak ciągnął głęboko powietrze do płuc i powoli przeszedł przez pokój, stając naprzeciw mnie. Położył dłonie na moich ramionach, patrząc w oczy w tej nieodgadniony sposób. Zupełnie tak, jakby starał się ukryć przede mną coś naprawdę ważnego.
- Co do tego… - zaczął, ale potrząsnęłam głową.
- Nieważne – odparłam, odsuwając się od niego.
I takie właśnie było, przez te wszystkie lata. Od czasu pogrzebu, nigdy więcej nie rozmawialiśmy o tym, co mu wtedy powiedziałam. Nigdy nie rozwinęłam myśli, że był wszystkim, w co wierzyłam, niemalże amuletem szczęścia.
A kiedy zniknął, wszystko runęło. Marine była obok, lecz nie wiedziała co czułam. A jako pięciolatka, nie potrafiłam tego opisać. A ona nie potrafiła tego zrozumieć. Z Natem nie musiałam tego mówić, on po prostu wiedział.
Lecz mimo to chłopak się nie zniechęcał. Co jakiś czas podejmował ten temat, a ja zawsze zbywałam go tym samym słowem. Nieważne. Bo taka była prawda. To wszystko było dla niego nieważne, gdy odszedł. Nie patrzył na to, że ktoś może na tym ucierpieć. Że ja mogę na tym ucierpieć. Dlatego to wszystko było już nieważne.
Poczułam jak złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie, kładąc dłoń nad pośladkami i zaczął powoli ze mną tańczyć. Spojrzałam na niego z rozbawieniem widocznym na twarzy i spuściłam głowę, patrząc w dół, na miejsce które zostawił mojej obolałej ręce.
Przygryzłam wargę pozwalając mu się prowadzić i po chwili oboje chichotaliśmy, wirując po salonie. W pewnym momencie odchylił mnie do tyłu, pochylając się nade mną, a ja poczułam pod kolanami podłokietnik kanapy.
Spojrzałam w jego czekoladowe oczy i wciągnęłam głęboko powietrze, czując go tak blisko siebie. Przez chwilę przemknęło mi wspomnienie warg pięciolatki przyciśniętych do malutkich ust pewnego siedmiolatka i mimowolnie zwilżyłam swoje, biorąc przy tym głęboki oddech.
Czułam na sobie jego bliskość. Oddech, otulający moje wargi i wdzierający się pomiędzy nie. Gorące spojrzenie czekoladowych oczu oraz jego ciało tak blisko mojego. Biodra napierające na moje podbrzusze oraz palce na swojej skórze, przez co po całym ciele przeszły przyjemne ciepłe, niosące ze sobą uczucie gorąca.
Kiedy już rozchyliłam wargi, aby coś powiedzieć, on się pochylił. Wzięłam głęboki oddech, nie myśląc. Nie myślałam o tym, co miało się za chwilę wydarzyć. Po prostu… żyłam.
I wtedy to poczułam. Jego ręce nagle zniknęły, a ja runęłam na kanapę pod wpływem grawitacji. Wydałam z siebie jęk i prychnęłam, mrużąc powieki, wpatrując się w plecy odchodzącego chłopaka.
- Dupek – burknęłam, podnosząc się na zdrowym łokciu i przygryzłam wargę, unosząc przy tym buntowniczo brew.
- Głupek – odparował, a nawet po jego głosie poznałam, że wargi chłopaka wykrzywiał chociaż delikatny uśmiech.
Osunęłam się powoli do tyłu z rozbawieniem, uderzając głową o poduszkę. Pokręciłam nią, rozsypując dookoła swoje blond włosy, wpatrując się przy tym w sufit i chichocząc przy tym jak jakaś kretynka.
Cóż, tym razem uważał na rękę.

2 komentarze:

  1. Biedna Vik musi się uczyć jak walczyć XDXD i nieładnie tak się upijać XDXD chcę już następny rozdział *.*

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahahah, tak jak on mnie kiedyś uczył :3
    Czekam na więcej Sweetheart C:

    OdpowiedzUsuń