Rozdział 13

  POV Vik

Oblizałam wargi, zbierając z nich resztkę zupy. Marine wyszła z samego rana mówiąc, że wróci wieczorem, najpóźniej następnego dnia. Dobrze, że Nate jeszcze spał, ponieważ wtedy mogłaby nigdzie nie wyjść. Dosypałam odrobiny pieprzu i zamieszałam całość, aby jak najlepiej rozprowadzić przyprawę. Brunet niemalże od rana siedział na telefonie i załatwiał sprawy, a ja chciałam mieć odpoczynek najdłużej jak mogłam. Nawet jeśli to oznaczało spędzenie dnia w kuchni - przynajmniej nie musiałam się niczym denerwować.
Nucąc coś pod nosem, spróbowałam ponownie rosołu i uśmiechnęłam się, zadowolona smakiem. Wiedziałam, że to jest ulubiona potrawa ukochanego, a chciałam z nim spędzić ten dzień razem i to w dobrej atmosferze. A jak lepiej dogodzić wiecznemu łasuchowani, niż właśnie jedzeniem? Zaśmiałam się pod nosem i przygryzłam wargę, uśmiechając się sama do siebie, w zadziwiająco dobry humorze.
Odwróciłam sie w stronę schodów, słysząc hałas u ich szczytu i oblizałam wargi w promiennym uśmiechu. Odkąd zeszłam na dół, nie widziałam Nathana, który zaszył się w sypialni aż do tamtego momentu. Tanecznym krokiem, cały czas trzymajac w ręce łyżkę, podeszłam do chłopaka, gdy wyłonił się zza ściany. Lecz zanim zdążyłam zarzucić ręce na jego szyję, zauważyłam kilka zaskakujących mnie rzeczy.
Po pierwsze - był on kompletnie ubrany. Nie było śladu po zaspanym, ledwo ogarniętym chłopaku. Czuć było od niego świeżość oraz tak dobrze znajomą wodę kolońską. Po drugie - nie wydawał się wcale chętny do wdawania się w dyskusję. Czułam od niego pewnien rodzaju chłód oraz formalność. Nie zdążyłam jeszcze przywyknąć do takiej postawy z jego strony.
- Wychodzisz? - spytałam niedając rady ukryć rozczarowania, które otulało moje serce niczym bluszcz.
- Interesy. Wrócę, zanim się zorientujesz - odparł i pochylił się w moją stronę z ciepłym uśmiechem, muskając moje wargi swoimi pełnymi, ciepłymi ustami. Lecz niepotrafiłam odwzajemnić pocałunku, więc gdy się odsunął, odwróciłam głowę w bok.
- Idziesz z nią, prawda? - spytałam przełykając z trudem ślinę. Zacisnęłam palce wokół łyżki, na której jeszcze widać było tłuste zacieki po rosole, zasznurowując usta, próbując się przy tym jak najszybciej uspokoić.
Poczułam jak jego palce przesunęły się delikatnie po moim ramieniu, wywołując dreszcz. Przygryzłam wargę, uparcie patrząc w bok, próbując się przy tym nie poddać czarowi chwili i jego dotyku. - Hej... - szepnął cicho, przyciągając mnie do siebie, obejmując jedną dłonią w talii, a drugą masując mój kark. - Ona nie jest dla Ciebie zagrożeniem, pamiętaj, skarbie - szepnął, po czym jeszcze raz mnie czule pocałował.
Delikatnie skinęłam głową, patrząc jak ubierał buty oraz subtelnie odwzajemniłam jego szczeroki uśmiech, który posłał mi wychodząc. Kiedy drzwi się zatrzasnęły za nim, osunęłam się na kanapę z dziwnym uczuciem pustki. Podkuliłam nogi pod brodę, obejmując je ramionami i oblizałam wargi, przymykając powieki, a czoło samo odnalazło swoje miejsce na kolanach.
Ona nie jest dla Ciebie zagrożeniem, pamiętaj, skarbie
Zaśmiałam się cicho, nieprzyjemnie pod nosem, tak bardzo żałośnie, że niemalże na wezwanie łzy pojawiły się w moich oczach.
Alan mówił to samo o Lucasie.

* * *


- Vik! - usłyszałam stłumiony krzyk gdzieś na granicy świadomości. Nie byłam pewna, czy ten dźwięk był częścią mojej wyobraźni, czy rzeczywiście był realną częścią otoczenia. I niewiele mnie to interesowało w tamtym momencie.
Uderzyłam kolejny raz w worek, czując pulsujący ból rozchodzący się wzdłuż ręki, po czym wymierzyłam jeszcze jeden cios, a za nim kolejny. Nawet ból był przytępiony, przez co nie czułam się wystarczająco usatysfakcjonowana. Lekko podskakiwałam na delikatnie ugiętych nogach, raz po raz uderzając w przedmiot, który ledwo drgał przy większości ataków. To było chyba jeszcze bardziej frustrujące niż nienadchodzące uczucie ulgi, którego tak oczekiwałam.
Ponownie usłyszałam przygłuszony krzyk, nakazujący mi przestać z taką paniką w nim uwięzioną, że przez chwilę miałam poczucie, iż powinnam przestać. Jednakże ono zniknęło tak szybko, jak się pojawiło i zaowocowało jeszcze jednym, silnym uderzeniem. Przynajmiej tym razem worek odleciał na odpowiednią odległość. Nie czułam niczego, oprócz tej pieprzonej pustki, która wypałniała każdą część mojego ciała, wyplając je od środka, tępiąc moje zmyły. Nie potrafiłam skupić się na niczym innym, cały czas miałam w głowie obraz zielonych oczu, wpatrujacych się podstępnie w chłopaka. Poczułam mdłości.
Jeszcze jeden, precyzyjnie wymierzony cios i w końcu ból. Prawdziwy ból, który wyrwał krzyk z mojej piersi, pulsował wzdłuż całej prawej ręki. Raptem kilka sekund później poczułam jak coś, albo ktoś powalił mnie na ziemię, przyszpilając swoja masą do maty. Warknęłam wściekle, starając się uderzać w przeszkodę, raz po raz. Czułam jak zaczęło brakować mi powietrza przez ucisk na klatce piersiowej, a furia splała zapasy tlenu. Wydałam z siebie krzyk pełen frustracji i osunęłam się na podłoże świadoma swojej przegranej. Kolejnej przegranej.
- Już jest dobrze? - usłyszałam znajomy głos obok swojego ucha i poczułam przechodzące po mnie dreszcze.
- Złaź ze mnie, Brown, albo przysięgam, że będziesz kulał - warknęłam ostro i poczułam jak powoli nacisk zelżał. Wzięłam głęboki oddech, a gdy się wmiarę uspokoiłam, podniosłam się do siadu.
Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam większość twarzy skierowanych w moją stronę. Tylko kilka osób dalej oddawało się swoim ćwiczeniom, nie zwracajac uwagi na scenę, która się przed chwilą odegrała. Zobaczyłam przerażoną twarz Millie, która stała za ladą siłowni. Była bardzo miła, drobna dziewczyna, która była w moim wieku, jeśli nawet i nie młodsza. I uwielbiałam jej rude włosy. Gdybym miała więcej czasu i nie przychodziła tam tylko po to aby się wyładować, albo podtrzymać swoją formę, mogłabym się z nią zaprzyjaźnić. I gdyby nie było to terenem Cobry.
Podnosząc się, oparłam na prawej ręce, przez co napięłam wszystkie mięśnie, byleby stłumić jęk, który zaczął formować się w mojej piersi. Spojrzałam na swoje czerwone, lepkie dłonie i zaklęłam pod nosem. Tego raczej nie dam rady ukryć w domu. Cholera jasna. Potrząsnęłam głową i zdrową ręką odrzuciłam z czoła lepkie z potu włosy, próbując przybrać jak najbardziej nonszalancką postawę typu "tu się nic nie dzieje". Zlustrowałam chłodnym spojrzeniem gapiów, których znaczna część odwróciła wzrok. Nie to, że byli zawstydzeni. Co to, to nie. W końcu byli członkami Cobry, co do tego nie było wątpliwości. A nawet jeśli, to tatuaże na ich palcach całkowicie je eliminowały. Chodziło raczej o pewnego rodzaju lojalność. Teraz byłam jedną z nich, choć pewnie żadna ze stron tego nie czuła. Słabość powinna być zniwelowana. Nikt nie chciał pokazywać swojej słabości, więc nikt nie chciał patrzeć na słabość innych.
- Następnym razem ubierz rękawice - rzucił chłodno Brown.
- Zamknij się.
- Nie chcę, aby Wheller nakopał mi do dupy za nieupilnowanie jego pupilka - odparł ostro, lecz mimo to miałam wrażenie, że chodziło o coś więcej. Przez lata się przyjaźniliśmy, bynajmniej tak udawał. Ciekawa byłam, czy rzeczywiście można przez tak długi czas udawać oddanie względem innych przyjaciół. Ciekawa,czy był aż tak wyrachowany, czy aż tak naiwny.
- Idę pod prysznic, dupku - syknęłam i opuściłam salę.
Idąc korytarzem zaczęły do mnie docierać wszystkie bodźce, które wcześniej były stłumione. Ból pulsujący w obu rękach, lecz oczywiście o wiele mocniej w prawej. Poruszyłam palcami i z ulgą doszłam do wniosku, że niczego sobie nie złamałam, chociaż bolało jak cholera. Miałam ogromne mdłości oraz zawroty głowy. Pewnie dlatego, że nie zjadłam niemalże niczego przed morderczym treningiem, wbrew zaleceniom Nate'a.
Nate.
Upadłam na kolana, targana torsjami i opróżniłam do kosza swój żołądek głownie z żółci, ponieważ zawartości innej niemalże nie było. Ból wywołany jego skórczami rozrywał mi czaszkę, choć przynajmniej dzięki temu nie miałam siły aby myśleć o poczuciu winy, ani o czarnej zgniłej pijawce, która próbowała się wślizgnąć między nas. Kiedy dreszcze ustały, odczekałam jeszcze chwilę i dopiero wtedy weszłam do łazienki. Otworzyłam szafkę, z której wyciągnęłam ręcznik, po czym rozbrałam się, owijając ręcznikiem i skierowałam pod natrysk. Odwiesiłam zbędny materiał i odkręciłam wodę, pozwalając ciepłym strumieniom spływać po moim ciele.
Z pomiędzy moich warg wydobył się cichy jęk, gdy ciało zaczęło się relaksować pod wpływem orzeźwienia. Spojrzłam na wodę u stóp, która zaczynała być różowa, gdy tylko krew zaczęła opuszczać poranione dłonie. Niemalże od razy pożałowałam tego, ponieważ zawroty głowy powróciły. Oparłam się o ściankę, próbując wrócić do normalnej postawy, lecz średnio mi to wychodziło. Pusty żołądek niemiłosiernie dawał o sobie znać i mózg widocznie tym zaniepokojony pobudzał głowę do wydawania impulsów. Nienawidziłam za to swojego ciała.
Po namydleniu się i spłukaniu, wzięłam ręcznik dokładnie osuszając swoje ciało, po czym wsunęłam się w czyste ubranie, które przed treningiem zostawiłam w szafce. Wilgotnym włosom pozwoliłam spływać po plecach i zarzucając sobie torbę przez ramię ruszyłam do miejsca pracy Millie. Nie było tutaj jako takiej pielęgniarki, lecz w razie zranień to właśnie do niej można było się zwrócić. Jej asortyment obejmował apteczkę oraz musiała potrafić opatrzeć ranę. Odporność na widok krwi chyba była obowiązkowa dla każdego, kto miał jakikolwiek kontakt z Cobrą, choć nie widziałam tatuażu na jej palcu.
- Musisz zacząć nosić rękawice - powiedziała głosem zatroskanej siostry, opatrując mi dłonie, na co tradycyjnie teatralnie westchnęłam.
- Gdy się z kimś bijesz, masz na sobie rękawice? - odparowałam bez zastanowienia, przez co zasłużyłam na lodowate spojrzenie jej brązowych oczu. I w tamtej chwili po raz kolejny żałowałam, że mam taki niewyparzony język.
- Kobieta nie powinna musieć walczyć - odparowała ostro i zacisnęła wargi.
Kiedyś słyszałam pogłoski, że siostra Millie była wtyką dla Cobry. Pewnego razu zdobywała informacje o innej korporacji i ją zdemaskowano. Wtedy nawet treningi jej nie pomogły. Nigdy nikt nie podał potwierdzonej wersji, lecz nieoficjala była taka, że skończyła w ich piwnicach gwałcona oraz bita, a na koniec ją poćwiartowali żywcem. Później jej miejsce zajęła Melanie, przez co nie czułam najmniejszych wyrzutów sumienia, choć szkoda mi było siostry Millie. Po usłyszeniu tamtych plotek, obiecałam sobie, że nawet jeśli byłby fałszywe, nigdy nie poruszę tego tematu przy tej rudowłosej dziewczynie.
- Dzięki, Millie - powiedziałam i uśmiechnęłam się subtelnie, gdy skończyła bandażować moje dłonie, a ja nawet nie czułam aż takiego bólu na kostkach, które były mocno zdarte. Miałam jedynie nadzieję, że nie do mięsa, a nie miałam odwagi na nie spojrzeć, ani zapytać dziewczyny.
- Poczekaj - powiedziała i zaczęła grzebać gdzieś pod ladą. Szczerze? Chciałam jak najszybciej opuścić tamto miejsce. Gdy spojrzałam na worek treningowy, przy krótym wcześniej stałam, wciąż widziałam ciemne plamy krwi, które zostawiłam. Widocznie jeszcze ich nie starto, co przyprawiało mnie o kolejne mdłości.
Chwilę później dziewczyna podała mi dwie, ładne, skórzane mitenki, które akurat zakrywały bandaż. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością do dziewczyny i pocałowałam jej policzek, zostawiając ślad błyszczyka, po czym wyszłam z budynku, biorąc głęboki oddech pełną piersią. Rozejrzałam się, przymrużając powieki. Kiedy parkowałam, było zdecydowanie mniej samochodów. W tamtym momencie nie byłam już taka pewna, gdzie stało moje auto.
Westchnęłam cicho i ruszyłam w stronę miejsca, gdzie wydawało mi się, że powinno stać moje czerwone cacko. Oblizałam wargi, przeszukując torebkę w celu znalezienia kluczyków, gdy usłyszałam coś, co przykuło moją uwagę. Do tej pory towarzyszył mi stukot obcasów, choć nie moich. I ucichł w tym samym momencie, gdy i ja przystanęłam przy ulicy. Przygryzłam wargę i poruszyłam palcami prawej ręki, sprawdzając ich prawność. Kiepsko. Wzięłam głęboki oddech i w jednej chwili odwróciłam się na pięcie, lecz osoba, którą ujrzałam była ostatnią, o której bym pomyślała.
- Musimy porozmawiać - odparła patrząc na mnie z tym swoim pełnym wyższości uśmieszkiem, przez który mdłości znowu sie odezwały. Jednakże nie poczułam chęci ucieczki. Byłam w cholernie bojowym nastroju i to, że stanęła mi na drodze tego dnia było tylko i wyłącznie jej cholerną winą.
- Nie sądzę - rzuciłam chłodno i wyprostowałam się, oblizując znudzona wargi. Odrzuciłam włosy do tyłu, przesuwając spojrzeniem po mijających nas przechodniach, wiedząc, że gdybym spojrzała na brunetkę, albo bym zwymiotowała, albo ją uderzyła. Zdecydowanie bardziej kręciła mnie opcja numer dwa.
Dziewczyna westchnęła tak jak robią to rodzice zanim zaczną wyjaśniać dzieciom coś, co tak naprawdę jest banalnie proste, tylko ich jeszcze nie rozwinięte móżdżki nie są w stanie tego pojąć, a ja od razu poruszyłam palcami dłoni, zastanawiając się, czy jeśli bym jej przywaliła to złamałabym sobie rękę. W sumie warto by było się o tym przekonać.
- Daj spokój Nate'owi. Pozwól mu odejść, a zobaczysz, że wróci do mnie - powiedziała spokojnie, a jej wargi wykrzywił fałszywie czuły uśmiech. Poczułam jak żołądek podchodzi mi dogardła. - Oddaj mi go, tylko o to proszę.
Na jej ostatnie słowa, po prostu wybuchłam śmiechem. Jak można od kogokolwiek oczekiwać, że się odda chłopaka? I nie chodzi o to, żeby zerwać, bo inna tego chce, choć to już samo w sobie jest irracjonalne, a takie żądanie po prostu żałosne. Bardziej rozbawiło mnie jej podejście. Zachowyała się jak rozwydrzone dziecko, któremu zabrano zabawkę. Cóż, czułam że szybko znajdzie sobie nową, dla niej to nie był raczej problem.
- Posłuchaj. Nikogo ci nie oddam, bo nikogo nie mam. Nathan nie jest rzeczą, że można ją sobie przekazywać z rąk do rąk. Nie chce być z tobą? Pogódź się z tym mała. - westchnęłam i odwrócilam się do niej tyłem, ściskając w ręce klucz do samochodu, gdy usłyszałam za sobą jeszcze raz jej głos.
- On jest mój.
Oblizałam wargi, czując kotłującą się we mnie furię. Od pierwszej chwili, w której spotkaliśmy sie w trójkę, w klubowej łazience, wiedziałam że nie odpuści. Wiedziałam, że za nic ma to, co wtedy się w nas budziło i naiwnością byłoby sądzić, że teraz będzie szanowała to, iż jesteśmy razem. A mój limit naiwności został wyczerpany już jakiś czas temu.
- Masz rację, powinnam ci coś dać - odparłam uśmiechając się do niej promiennie, starając się włożyć w to tyle nienawiści ile tylko byłam w stanie. Podeszłam do niej szybkim krokiem i bez większego zastanowienia zacisnęłam prawdę dłoń w pięść, która po chwili uderzyła w policzek dziewczyny. Po tym jak jej głowa odskoczyła w bok, wywnioskowałam że chyba to było zbyt mocno, lecz miałam to gdzieś. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w kierunku samochodu, który na szczęście znalazłam chwilę później.
Gdy chciałam włożyć kluczyk do zamka, zauważyłam że jest trochę splamiony krwią. Ups? Jakoś niekoniecznie było mi przykro. Natomiast czułam, że będę musiała obłożyć prawą rękę lodem.

* * *


Kiedy wróciłam do domu, Nate już był w środku. Nie wiedziałam od jak dawna, ale zdążył już zjeść obiad, a zupa garnek z zupą jeszcze był ciepły, gdy go dotknęłam. Piewsze co, po wejści do domu, to było wyciągnięcie z zamrażalnika kostek lodu i rzucenie ich do schłodzonego worka na lód. Przyłożyłam go do ręki, nawet nie ściągając mitenki i to z dwóch powodów. Jednym z nich było to, że nie chciałam aby bandaż zwilgotniał, ponieważ ostatnim czego w tamtej chwili chciałam, to zmienianie go. No, może przedostatnim, ponieważ drugim, ważniejszym powodem, było to, że nie chciałam aby Nate zobaczył bandaże.
Odchyliłam głowę na oparcie kanapy i błogo westchnęłam, czując kojący chłod na obolałych kostkach. Zaczęłam się zastanawiać, skąd wzięła się krzew na kluczyku samochodowym, po czym doszłam do wniosku, że musiał się wysunąć między palcami i drasnął skórę dziewczyny przy uderzeniu. Whoops, jaka szkoda. Zaśmiałam się w myślach nad tym, jak musiała teraz wyglądać i byłam nawet ciekawa, jak ma się jej przerośnięte ego po tym starciu.
Przechyliłam głowę w bok, słysząc uderzające o schody stopy, schodzącego chłopaka. Uśmiechnęłam się delikatnie, z ulgą zauważając, że zrobiłam to całkowicie naturalnie. Tak, jakby spotkanie z tamtą zołzą chociaż na chwilę oczyściło moją intuizję ze wszystkich podejrzeń, wyrzutów i przede wszystkim - zazdrości. Ułożyłam usta w zabawny dzióbek, kiedy usiadł obok mnie, oczekując pocałunku, a gdy ten nadszedł, przyjęłam go niemalże z wdzięcznością. Odpowiadając na niego, przesunęłam języczkiem po wargach chłopaka, uzyskując przy tym jego zaskoczony jęk. Uśmiechnęłam się, obejmując go za szyję, coraz bardziej oddając się namietności chwili.
Nie zwróciłam nawet uwagi, w którym momencie znalazłam się pod nim, a jego dłonie przesuwały się pod moją bluzką. Odchyliłam głowę do tyłu, skomląc rozkosznie, podczas gdy jego wargi odnalazły mój czuły punt i niemalże instynktownie poruszyłam pod nim biodrami. Chciałam zapytać, czy Marine jest w domu, ale postanowiłam pieprzyć przyzwoitość. Poza tym chyba już zdążyła przywyknąć do nagłych wypadków.
Przesunęłam opuszkami palców po głowie ukochanego, delikatnie ciągnąc za końce jego włosów, próbując przy tym sprawiać sobie jak najmniej bólu. Lecz w momencie, kiedy podniosł głowę by spojrzeć na mnie, nieznacznie uderzył w moje najbardziej obolałe miejsce, wywołując przy tym krzyk. Widziałam jak jego pełne pożądania oczy w jednej chwili zmieniają swój wyraz w pełne przerażenia i zaskoczenia. Powoli zsunął z siebie moje dłonie, patrząc na nie z troską. Chciałam je zabrać, gdy jego wzrok zatrzymał się na mitenkach, lecz było już za późno. Z największą delikatnością i czułością zaczął zsuwać rękawiczki z moich dłoni, a troska na jego twarzy zaczęła się powiększać, gdy zobaczył bandaż.
- Co się stało? - wyrwało mu się, gdy odłożył mitenki na bok.
Rozchylilam wargi, aby coś powiedzieć, lecz nie wiedziałam jak miałam to ująć. Chwila słabości? Nie umiejętność poradzenia sobie z samą sobą i swoimi emocjami? Nie, to zdecydowanie nie brzmiało zbyt dobrze. Nie potrafiłam nawet spojrzeć w oczy chłopakowi, więc patrzyłam jak jego palce niepewnie błądzą po wierzchu moich dłoni. Kiedy zabrał się za odwijanie bandażu, potrząsnęłam lekko głową, wiedząc że nie powinien tego oglądać.
- Nie chcesz tego widziać - powiedziałam i delikatnie wysunęłam dłonie z jego uścisku. Podniosłam się do siadu i spojrzała mu w oczy w widocznym poczuciem winy i wzięłam kolejny, głęboki oddech, aby się uspokoić. Wiedziałam, że w domu nie musiałam grać silnej, tym bardziej jeśli w danym momencie taka nie byłam. Jednakże nie chciałam też mu pokazywać jaka przy nim jestem słaba.
Kiedyś w pewnej książce przeczytałam, że miłość jest największą słabością, ponieważ ograbia człowieka z bezwględności oraz egoizmu. Faktycznie, miłość jest całkiwitym przeciwnieństwem egocentyzmu oraz sprawia, że człowiek staje sie słaby. Lecz przy dzięki niej człowiek staje się tak samo słaby, jak i silny zarazem. To skomplikowana relacja, ale zawsze uważałam, że taki emocjonalny rollercoster jest lepszy niż obojętna bierność. Jak kreska na monitorze oznajmiająca zgon danego pacjenta.
Widziałam, że zbierał się, aby coś mi powiedzieć. I nie do końca byłam pewna, czy chciałam to usłyszeć, lecz w tamtym momencie zadzwonił telefon. Momentalnie zacisnął usta, lecz cały czas patrzył na mnie. Dopiero po chwili sięgnął po aparat i spojrzał na wyświetlacz. Warknął niezadowolony i odebrał burcząc nieprzyjemne "czego". Po chwili jednak się podniósł i wyszedł na taras, zamykając za sobą szklane drzwi.
Z jednej strony byłam zadowolona, że zostawił mnie samą, mogłam przynajmniej przemyśleć, co powinnam mu powiedzieć w tej sytuacji. Z drugiej zaś zastanawiało mnie, czyja rozmowa jest aż tak prywatna, że musiał wyjść, abym tego nie słyszała. I znowu poczułam ten nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej, a serce zaczęło nieprzyjemnie bić. Żadne usprawiedliwienia, którymi próbowałam siebie uspokoić nie skutkowały, przez co w końcu zaczęłam wpadać w panikę. Spojrzałam na chłopaka, który uderzał raz po raz w barierkę, widocznie zdenerwowany rozmową. Może więc jednak nie było to takie, jak sądziłam, że jest. Jednakże, gdy wrócił do salonu, po sposobie w jaki na mnie patrzył wiedziałam, że jestem w o wiele większym gównie niż sądziłam.
- Powiesz mi łaskawie, co ty odpieprzasz, Cole? - warknął patrząc na mnie, rzucając telefon z taką siłą, że gdyby trafił nim we mnie, pewnie miałabym niezłego siniaka przez wiele dni.
- O co ci chodzi? - spytałam niepewnie, biorąc przy tym głęboki oddech. Nie wiedziałam o czym dokładnie się dowiedział, lecz podświadomość podpowiadała mi, że z niczego z moich wyczynów tamtego dnia nie byłby zadowolony. - Kto dzwonił?
- A jak myślisz, do cholery?! - krzyknął patrząc na mnie w taki sposób, że gdybym go nie znała, nigdy nie posądziłabym o to, że ma też swoją czułą stronę. - Najpierw zdzierasz dłonie do takiego stanu, że nawet chłopcy patrzą na nie z niesmakiem, a potem jeszcze bijesz Mel? Co ci strzeliło do głowy?! - wykrzyczał patrząc na mnie z furią.
Zaciskałam zęby, nie chcąc powiedzieć czegoś, czego później bym żałowała. Jednakże po tych słowach, poczułam jak nieprzyjemne uczucie, które wcześniej się zrodziło, w tamtym momencie przepełniło już całą mnie i szukało ujścia. Czasem nienawidziłam siebie za to, że nie potrafiłam zbudować solidniejszej klatki dla demona, którego skrywałam w sobie.
- Co mi strzeliło do głowy? MI?! - wykrzyczałam zrywając się z kanapy. - To ty się włóczysz z laską, którą pieprzyłeś na poprawę humoru. Z laską, która robi wszystko, aby tylko znowu dobrać ci się do spodni i to TY udajesz, że niczego do cholery nie widzisz!
- Przestań mieszać przeszłość do teraźniejszości! Czy kiedykolwiek dałem ci powód, abyś mi nie ufała?! - usłyszałam jego warknięcie, a chwilę później dźwięk pękającego wazonu.
- Wiedziałeś jaka jestem! Przez ostatni pieprzony miesiąc cały czas przekonywałeś mnie, że wiesz co przeszłam z Alanem i rozumiesz, że nie potrafię ci całkiem zaufać. A teraz co? Kolejne puste słowa?! - wykrzyczałam czując napływające do oczy łzy. Nienawidziłam się z nim kłócić. Nie znałam drugiej osoby, która potrafiłaby mnie tak bardzo zranić jak on, czasem nawet jednym, zwykłym gestem. - Oskarżasz mnie, nawet nie pytając o pobudki. Bronisz tej suki, chociaż mnie sprowokowała i nic to dla ciebie nie znaczy. Bronisz jej, mając w dupie mnie!
- Nigdy nie mialem w dupie ciebie! Gdybyś nie robiła wszystkiego, aby mnie od siebie odepchnąć, nie pieprzyłbym się z innymi dziewczynami, aby szanować twoje chore zasady! - warknął, a ja rozchyliłam wargi, czując jak coś się we mnie zamyka.
- Jesteś pieprzonym dupkiem, Wheller - powiedziałam i uderzyłam go w tors, czując spływające po policzkach łzy.
Niemalże od razu poczułam jak moje plecy uderzyły o ścianę, a ciało zostało znacząco do niej dociśnięte przez jego ciężar. Jęknęłam wprost w jego wargi, odpowiadając na pocałunek z taką samą intensywnością. Nie było w tym niczego czułego, ani delikatnego. W nas obojgu szalała burza emocjonalna, szukając ujścia, wyładowania.
Oplotłam go nogami w pasie, nie oponując gdy wsunął dłoń pod moją sukienkę, zwywając majtki jednym, sprawnym ruchem. Wpiłam się mocniej w jego wargi, starając się stłumić jęk wywołany jego bliskością. Chwilę później poczułam go mocno w sobie, co wyrwało krzyk z mojej piersi oraz jego zadowolony jęk. Odchyliłam głowę do tyłu, pozwalając jego wargom błądzić po swojej szyi oraz upajać się chwilą. Wsunęłam lewą dłoń w jego włosy, delikatnie za nie szarpiąc.
Nie pamiętam, w jaki sposób, ale dosyć szybko pozbył się sukienki, a ja poczułam jego zachłanne wargi na swojej piersi. Niewiele czasu zajęło nam obojgu dojście. Później zsunęliśmy się na podłogę, gdzie spędziliśmy jeszcze kilka, namiętnych godzin.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz