Rozdział 14

            POV Vik

            Obudziłam się rano i zmarszczyłam brwi. Choć umysł był jeszcze zaspany, zdecydowanie wiedziałam, że coś było nie tak. Podniosłam się tak energicznie, że świat zawirował wokół mnie, a mroczki pojawiły się pod powiekami. Dopiero po chwili zorientowałam się, o co chodziło. Byłam sama w łóżku. Potarłam zaspane oczy, próbując się skupić na otaczającym mnie świecie i zobaczyłam go. Nate akurat zapinał ostatnie guziki koszuli, choć patrzył na mnie ostrożnie. Chyba przestraszył go ten nagły zryw, który podciągnął mnie do góry.
            - Nie śpisz - powiedział z tym swoim czułym uśmieszkiem.
            - Gdzie idziesz? - westchnęłam zmęczona. Poczułam nieprzyjemne dreszcze, spoglądając na niego smutno.
            - Vik... - szepnął, ale tylko potrząsnęłam głową, wysuwając się z łóżka.
            Naprawdę nie zamierzałam tego słuchać po raz kolejny. Zaczynałam już mieć tego wszystkiego po dziurki w nosie. A nie, już jakiś czas temu zaczęłam, teraz byłam już na granicy wytrzymałości. Na początku wszystko było idealnie. Tak długo, jak trzymała się od nas z daleka ta mała, podstępna żmija, tak długo było naprawdę wspaniale między nami. A potem wszystko zaczęło sie sypać jak domek z kart. I nie chodziło wcale o to, że po prostu była. Odkąd znowu się pojawiła, czułam coraz mniej wsparcia od strony ukochanego. I coraz więcej kłótni między nami, przez co jeszcze bardziej czułam jej obecność w naszym życiu.
            Nie mówiąc już o tym, że raz po raz znajdowała nowe sposoby, aby wyciągać go z domu. Z każdym dniem czułam coraz bardziej, jak mi go zabiera i najbardziej bolesne było to, że nie miałam pojęcia co robić. A to doprowadzało mnie do furii o wiele bardziej niż mieszanie w moich planach. To, co powiedziałam jej poprzednim razem było całkowitą prawdą. Nathan nie był zabawką i nie można go było wygrać, przegrać, czy też sobie oddawać. Był z tym, z kim chciał być.
            Prawdą też było to iż nie wiedziałam jak mogłoby wyglądać moje życie bez niego.
            Podeszłam do szafy i otworzyłam ją może i zbyt przesadnie zamaszystym ruchem, od razu zaczynając w niej szukać czegoś, w co mogłabym się ubrać. Wybór padł na pierwsze z brzegu, hawajskie spodenki, które (jak chyba wszystkie spodenki w mojej szafie) opinały się na pośladkach oraz liliową bluzkę na średnich ramiączkach, również dopasowaną do ciała. Wsunęłam na siebie czarną bieliznę, a później wybrane ubrania, raz po raz uderzając w dłonie chłopaka, które niemalże desperacko próbowały nie przytulić.
            - Proszę... - usłyszałam jego niemalże błagający szept, który podział na mnie niemalże tak intensywnie, jak czerwona płachta na byka.
            - O co prosisz? Ja też cię ciągle proszę i co z tego dostaję? Z każdym mniej czuję się coraz bezpieczniej w tym związku, rozumiesz? To nie jest to, co było kiedyś! - powiedziałam pewnym głosem, czując napływające do oczu łzy, ale miałam je gdzieś. Nie mogłam teraz odpuścić. Uległam wczoraj, poddając się potrzebie poczucia, że wszystko jest i będzie okey. Ale ile można się ukrywać z tym, co się dzieje?
            - Nie dramatyzuj, kicia - wymruczał zakładając zbłąkany kosmyk moich włosów za ucho.
            - Nie dramatuzuj? Serio? Tyle masz mi do powiedzenia? Tylko tyle masz mi, do cholery, do powiedzenia, gdy mówię, że nie czuję się bezpiecznie? Mogłabym zabić tę sukę i byłoby po kłopocie - warknęłam, odsuwając się od niego, ciężko oddychając, przez co klatka piersiowa unosiła się tak szybko, jakbym przebiegła co najmniej jakiś maraton i miała zaraz wypluć wnętrzności z wysiłku.
            - Ale nie jesteś taka i właśnie za to cię kocham - powiedział oblizując nerwowo wargi i po tym właśnie wiedziałam, że był zirytowany moim zachowaniem. Lecz to była jedna z tych chwil, kiedy nie potrafiłam odpuścić, choć wiedziałam jakie będą tego konsekwencje, naiwnie wierząc, że będzie inaczej. Ja i ten mój pieprzony, przeklęty, ostry język.
            - Och, dziękuję, że kochasz mnie za to iż nie jestem w stanie zabić dziewczyny, która myśli tylko o tym jak dobrać się do twoich spodni! - syknęłam wściekle, zaciskając przy tym dłonie w pięści, aby niczego nie stłuc.
            - Przestań, dobrze wiesz, co miałem na myśli - odpowiedział w taki sam sposób co ja.
            - Och, już przestaję - warknęłam, wyciągając torbę z dna szafy, po czym zaczęłam wrzucać do niej rzeczy jak leci.
            Bluzki, sukienki, spodenki, bielizna, buty, skarpetki, podwiązki. Dopóki było miejsce, zrzucałam wszystko z półek, wprost do otwartej torby. Nate patrzył na wszystko oniemiały, jakby nie rozumiał tego co się działo, lecz niekoniecznie się tym przejmowałam. Podeszłam do swojej toaletki wrzucając swoje kosmetyki w pośpiechu i weszłam do łazienki, również stamtąd zabierając to, co było na wierzchu.
            - Nie robisz tego na serio! - usłyszałam krzyk chłopaka, gdy widocznie największe zaskoczenie minęło.
            - Owszem, robię. Robię to cholernie na serio! - odkrzyknęłam zirytowana, upewniając się, że spluwa jest na swoim miejscu i zaczęłam schodzić po schodach, lecz już po chwili poczułam szarpnięcie w okolicy ramienia.
            - Nie zostawiaj mnie - usłyszałam głos tak przepełniony bólem, że sama ledwo powstrzymywałam się od tego aby nie wybuchnąć płaczem. Mimo to wyszarpnęłam rękę, zbiegając w dół schodów, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo raniłam w tamtym momencie siebie, jego, nas. Starałam się uciszyć swoje sumienie standardowym "to dla naszego dobra", lecz dobrze wiedziałam jak to przeżyję i że wcale bliżej tego "lepiej" nie będę.
            - Wrócę, jak zastanowisz się, co jest dla ciebie najważniejsze - odparłam, coraz szybciej zbliżając się do drzwi.
            - Victoria!
            Zatrzasnęłam za sobą drzwi.

* * *

            Dopiero prowadząc samochód, zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo dziecinne było to, co zrobiłam. Fakt, mogłam zatrzymać się u któryś z przyjaciół, ale co dalej? Miałabym go unikać? A może nie szukałby mnie, po prostu odpuszczając? Przecież nie mogłam kazać przyjaciołom kłamać, tym bardziej, jeśli moi przyjaciele byli też jego przyjaciółmi. Poza tym jak mogłam wściekać się o to, że załatwiał interesy, skoro to właśnie one trzymały nas przy życiu?
            Wydałam z siebie sfrustrowany dźwięk i uderzyłam dłonią w kierownicę, czując odchodzące ode mnie siły. Była ósma rano, a ja kompletnie nie wiedziałam co robiłam ze swoim życiem w tamtej chwili. To był impuls. Spakować się i wyjść. Przestraszyć go i zmusić do jakiegokolwiek działania. Zmusić do tego, aby zajął się mną i nami. Chciałam po prostu poczuć się ważna i kochana, tak, jak czułam się na początku. Może i nie miałam powodu aby być zazdrosną, nie po tym co mówił na jej temat, ale Boże! Musiał mieć jakiś powód, aby z nią wcześniej sypiać, prawda? Dlaczego nie miałaby go wykorzystać również teraz? Tym bardziej skoro była tak cholernie zdesperowana i szalenie w nim zakochana? (dosłownie szalenie).
            Poza tym, na miłość Boską, ile razy można z kimś załatwiać interesy? I to z kobietą! Co ona miała do gadania w mafii, no bądźmy ze sobą szczerzy. Miała pewnie iść do baru, załatwić im wymówkę, przydusić kilku pijanych kolesi, tradycyjnie dać się zerżnąć i wyjść z uśmiechem, jakby nigdy nic. Odwalić robotę, którą potrafiła najlepiej, czyli puszczać się na prawo i lewo. Co w tym takiego trudnego, że musieli to tak długo omawiać? Najbardziej denerwowało mnie to, jak bardzo wykorzystywała to, że może być blisko niego, a on naiwnie dawał wciągać się w jej gierki.
            Odchyliłam się na tyłu w fotelu, wsłuchując się w piosenkę, która akurat leciała w radiu. Potarłam skronie drżącymi palcami, czując zbierające się pod powiekami łzy. Kiedyś, po rozstaniu z Alanem, bardzo często słuchałam tej piosenki. Odkąd zostawiłam tamten rozdział za sobą, nigdy więcej nie sięgnęłam po tę piosenkę. A teraz jakby nigdy nic, leciała sobie w radio. Życie chyba uwielbiało sobie ze mną pogrywać i dobijać mnie w najgorszej sytuacji. Kochałam Nathana, Bóg jeden wie, jak bardzo go kochałam i jak bardzo bałam się go stracić. A wtem w radio leci piosenka o utraconej miłości. Jasne, a podobno są zasady, że leżącego się nie kopie.
            Your fingertips across my skin. The palm trees swaying in the wind. Images. You sang me Spanish lullabies. The sweetest sadness in your eyes. Clever trick. Well, I'd never want to see you unhappy. I thought you'd want the same for me. Goodbye, my almost lover. Goodbye, my hopeless dream. I'm trying not to think about you. Can't you just let me be. So long, my luckless romance. My back is turned on you. Shoulda known you'd bring me heartache. Almost lovers always do.
            Zacisnęłam zęby tak mocno, że było to niemalże bolesne. Odpaliłam na nowo samochód i wrzuciłam wsteczny, nie wiedząc nawet gdzie chciałam jechać. Wiedziałam po prostu, że muszę zrobić coś, aby całkiem się nie załamać. Czułam ciągle napływające łzy, których chciałam się pozbyć, mrugając tak szybko, jak wycieraczki podczas deszczowych dni. Działało niemalże tak samo skutecznie - na chwilę.
            We walked along a crowded street. You took my hand and danced with me. Images. And when you left you kissed my lips. You told me you would never, never forget. These images. Well, I'd never want to see you unhappy. I thought you'd want the same for me. Goodbye, my almost lover. Goodbye, my hopeless dream. I'm trying not to think about you. Can't you just let me be. So long, my luckless romance. My back is turned on you. Shoulda known you'd bring me heartache. Almost lovers always do.
            Przycisnęłam mocniej pedał gazu, chcąc jak najszybciej opuścić... sama nie wiedziałam tak naprawdę co. Chciałam uciec. Nie wiedziałam jednak skąd, dokąd ani przed kim. A może po prostu chciałam uciec przed myślami? Przed skutkami własnych decyzji? Albo przed wyobrażeniem sobie życia, w którym nie ma jego najważniejszej części - Nate'a? Tak naprawdę od śmierci naszych rodziców to właśnie on był moim oparciem, dlatego tak bardzo zabolało jego zniknięcie. Dlatego tak bardzo zabolał jego powrót. Poczułam wtedy ulgę, bolesną ulgę oraz niewyobrażony żal. Lecz z tego samego powodu panicznie bałam się, że znowu zniknie z mojego życia. Nigdy mu tego nie powiedziałam, ale często śniły mi się koszmary. Że znowu znika, a po 10 latach znajduje mnie w piwnicy. Martwą. Wiedziałam, że jesteśmy od siebie zależni, nawet jeśli przez tak długi czas starałam się to ukryć.
            I cannot go to the ocean. I cannot drive the streets at night. I cannot wake up in the morning. Without you on my mind. So you're gone and I'm haunted. And I'll bet you are just fine. Did I make it that easy to walk. Right in and out of my life. Goodbye, my almost lover. Goodbye, my hopeless dream. I'm trying not to think about you. Can't you just let me be. So long, my luckless romance. My back is turned on you. Shoulda known you'd bring me heartache. Almost lovers always do.
            Nie wiedziałam nawet w którym momencie się zatrzymałam. Spojrzałam na dom, przed którym zatrzymałam samochód i westchnęłam. Oczywiście, że tak. Oblizałam wargi, warcząc wściekła sama na siebie i zabrałam torbę z siedzenia pasażera, wysiadając z samochodu. Zatrzasnęłam za sobą drzwi, włączając alarm, po czym wyciągnęłam wielki pęk kluczy. Oczywiście miałam klucze do mieszkań kilku z moich przyjaciół na "wszelki wypadek" gdyby pogubili, gdyby zatrzasnęli, albo gdyby spontanicznie wyjechali i ktoś musiałby im podlać kwiatki. Oczywiście z ostatnim nie zwracali się do mnie. Przy mnie roślinki by pozdychały - zawsze o nich zapominałam. Kiedyś przesuszyłam nawet kaktusa i każdy o tym wiedział.
            Po chwili, wchodząc za pomocą swojego kompletu kluczy, weszłam do domu. Był mniejszy niż ten, w którym mieszkaliśmy z Natem i Marine, ale też dlatego że jego lokatorzy, a raczej lokatorka nie miała większych potrzeb. Ten dom, w przeciwieństwie do naszego był parterowy, lecz mimo to bardzo przytulny. Czułam zapach czekoladowych babeczek i automatycznie zaburczało mi w brzuchu. Nie zdążyłam zjeść śniadania.
            Weszłam do sypialni przyjaciółki i spojrzałam na jej spokojną, śpiącą twarz. Położyłam cicho torbę obok jej łóżka i wyszłam, delikatnie się uśmiechając. Kochałam ją jak młodszą siostrę, a może nawet i bardziej. Zdecydowanie miałam wobec niej inne uczucia niż wobec Marine. Marine była dla mnie typową młodszą siostrą, choć była młodsza tylko o miesiąc. Lecz mimo to zawsze miałam wobec niej ten matczyny instynkt i chociaż uwielbiałam z nią imprezować, jednocześnie chciałam walczyć z całym złem w jej życiu i bronić ją przed nim.
            Jeśli chodziło o tę blondzię śpiącą pokój obok, było trochę inaczej. Też miałam wobec niej takie matczyne instynkty, lecz nasza przyjaźń była już trochę inna. Często się przytulałyśmy i w żartach dotykałyśmy. Oglądając filmy, często przesuwałyśmy palcami po swoich udach i chociaż próbowałyśmy tego nie pokazywać, naprawdę nam się to podobało. Oczywiście nie mogłam tego porównywać z tym, jak robił to Nathan, ponieważ on był w tym bez konkurencyjny. Nie żeby coś, nie byłam lesbijką, nie byłam nawet biseksualna, ale to było po prostu przyjemne. I była ona chyba jedyną osobą, która potrafiła mnie uspokoić po tym, gdy sam Nate doprowadzał mnie do szewskiej pasji.
            Wyciągnęłam spod przykrywki jedną babeczkę i wracając, jeszcze raz zajrzałam do pokoju przyjaciółki. Z czułym uśmiechem przymknęłam drzwi, nie chcąc jej obudzić i wyszłam przez drzwi balkonowe na taras. Usiadłam na bujanej huśtawce, zsuwając ze stóp adidasy, po czym odrzuciłam włosy do tyłu. Przymknęłam na chwilę powieki, obmyślając plan tego, co tak naprawdę chciałam zrobić. Musiałam jakoś to przetrwać, jeśli o to chodziło, to było pewne. Lecz musiała zrobić też coś z tym, aby uporać się z przyszłością, albo raczej aby zapobiec takiemu czemuś w przyszłości.
            Z ciężkim westchnieniem wyciągnęłam telefon z kieszeni. To był jedyny pomysł, który przyszedł mi do głowy i który zapewne Nate zaraz próbowałby mi wybić z głowy. Sama wiedziałam, że to był naprawdę idiotyczny pomysł, niemalże samobójczy, lecz nie wiedziałam co mogłam innego zrobić. Dlatego też przejrzałam swoją listę kontaktów, zatrzymując się nad jednym i wpatrując w niego tak intensywnie, że aż rozbolała mnie głowa. Mogłam niemalże usłyszeć głos chłopaka, który mówił: Skoro telefon milczy, powinnaś się cieszyć. Lecz nie mogłam się cieszyć. Od kilku dni nie mogłam się niczym cieszyć i właśnie przez tego samego faceta od równie świetnych rad. Wydałam z siebie żałosny jęk i wzięłam kilka głębokich oddechów, aby się uspokoić.
            Gdy udało mi się doprowadzić siebie do porządku, wcisnęłam przycisk wybierania, od razu przykładając telefon do ucha. Przez jakiś czas słyszałam tylko swój oddech, odbijający się w słuchawce, a następnie sygnał. Gdy go usłyszałam, poczułam nagły niepokój, a nawet strach. Nie wiedziałam na co liczyłam, może że był poza zasięgiem, a jak oddzwoniłby, mogłabym skłamać, że już nieważne. W sumie to pewnie nie byłoby kłamstwo, bo odwaga by mnie opuściła. Po chwili pojawił się drugi sygnał i byłam coraz bliżej rozłączenia się, gdy usłyszałam jego zaspany głos w słuchawce.
            - Halo...?
            - Musimy się spotkać. Jutro wieczorem przed wejściem do siłowni. 20 i nawet nie próbuj się spóźnić - powiedziałam na jednym wydechu, próbując być przy tym tak oschła jak tylko potrafiłam i nie pokazać przy tym jak bardzo się bałam, po czym się rozłączyłam.
            Już nie było odwrotu.

1 komentarz:

  1. Twój blog jest świetny, więc zapraszam do mnie abyś powiedziała mi co ci się podoba a co powinnam jeszcze poprawić i nad czym popracować http://givemelovemw.blogspot.com/
    Kocham wszystkie twoje blogi <333

    OdpowiedzUsuń