Uciekaj.
Biegłam przez las ile sił w nogach. Biała sukienka była już poszarpana
i wybrudzona błotem, liśćmi. I krwią. Szkarłatne plamy już zakrzepły na
cienkiej bawełnie ubrania, przybierając ciemniejszy kolor.
Stopy były poranione tak, że każdy krok wywoływał taki ból, że z trudem
tłumiłam w sobie krzyk. Potykałam się raz po raz, powoli tracąc całą energię, a
poruszałam się chyba jedynie napędzana adrenaliną, tętniącą w moich żyłach.
Uciekaj.
To jedno słowo cały czas dźwięczało w mojej głowie i z pewnością szybko
nie zamierzało jej opuścić. W tym jednym wyrazie było zawartych tyle emocji, że
na jego „dźwięk” skóra cierpła, a oddech przyspieszał, jeśli w ogóle było to
jeszcze możliwe. Strach. Gniew. Żal. Frustracja.
Niemalże słyszałam za sobą ich krzyki, a oddechy czułam na swoim karku.
Szybciej. Musiałam uciec, nie mogłam dać się im złapać. Lawirując między
drzewami, zapuszczałam się coraz bardziej w nieznany las.
Włosy były już całkowicie poplątane, z powczepianymi połamanymi
gałązkami. Jednakże nie mogłam się zatrzymać. Nie teraz. Po mistycznym
wyglądzie nie pozostało już niemalże nic. Czysta, idealnie kobieca sukienka
stała się poszarpaną szmatą, a piękny makijaż zniknął po pierwszych
kilkudziesięciu minutach pościgu.
Nie płakałam. Wiedziałam, że nie mogę rozczulać się nad sobą. Jednakże ścierając
pot spływający z czoła, za każdym razem zbierałam także warstwy makijażu.
Włosy z majestatycznego koka zmieniły się w wielką szopę pełną dobroci
lasu. Połowa kosmyków powychodziła, niechlujnie powiewając dookoła głowy. Większość
wsuwek zgubiłam po drodze, co pewnie naprowadzało ich na kierunek mojej
ucieczki. Dlatego też co chwilę musiałam go zmieniać.
Byłam naiwna myśląc, że to się nigdy nie stanie. Że nie wrócą po mnie.
Że nie wrócą po nas. Mówił o tym, mówił, że to się stanie, a ja nie wierzyłam.
To było tak bardzo głupie. Tak bardzo im na rękę.
Błagam, wybacz mi.
Słyszałam jak byli za mną. Nie wiele im do mnie brakowało, a ja czułam
jak coraz bardziej mięśnie odmawiały mi posłuszeństwa. Złamałam w biegu kilka
kamyków i rzucałam w biegu je na prawą stronę. Miałam nadzieję, że to ich
zmyli.
Mózg pracował na wyższych obrotach, podpowiadając mi nowe rozwiązania.
Treningi. Treningi. Nie miałam siły, aby stawić im czoła. Tym bardziej, że nie
miałam pewności ilu ich było. Trzech? Czterech? Do tego pewnie byli wściekli,
że jakaś gówniara im uciekła. A gdyby tego było mało, od dłuższego czasu ciąga
ich po ciemnym lesie.
Urwałam dół sukienki i przywiązałam go do jakiegoś patyka, rzucając w
tę samą stronę co wcześniej kamyki. Miałam nadzieję, ze to zobaczą i tam
pobiegną, w czasie, gdy ja skręciłam w przeciwną stronę.
Las był ogromny i przecież nie mogło być aż tak trudne ich zgubić.
Uciekaj.
Nie czułam własnych nóg, nie czułam gałęzi ocierających się o moje
ramiona, tak samo jak bólu przy upadku. Miałam wrażenie, jakbym nie była już w
swoim ciele, lecz jakbym szybowała w powietrzu. Lekko.
I byłam świadoma, że to zwiastuje mój koniec. Przestałam mieć władzę
nad swoim ciałem i zaczęłam popełniać błędy. Nie zważałam na gałęzie, które
łamały się pod ciężarem mojego ciała, ani na sukienkę, która coraz bardziej się
rwała.
Nie dostrzegłam też kłody, która niemalże znikąd wyrosła przed moimi
stopami. Nie zacisnęłam zębów, kiedy leciała mu ziemi. Jęknęłam, widocznie zbyt
głośno. Kroki zbliżały się zadziwiająco szybko, a ja już nie miałam siły, aby
uciekać.
Jedyne co mogłam zrobić, to odwrócić się na plecy i patrzeć w oczy
swoim oprawcom. Umrzeć jak zwycięzca. Zacisnęłam wargi, nagle odczuwając wszystko.
Ból ran oraz zmęczenie mięśni. Byłam wdzięczna swojemu ciału i przyjacielowi za
to, że byłam tak wyćwiczona. Dzięki temu zdołałam tak długo się bronić.
Widziałam zbliżające się kształty, lecz nie miałam siły uciekać. Na
wpół leżałam, podpierając się na łokciach i czekałam na śmierć. Spojrzałam w
zielone oczy nadbiegającego mężczyzny z hardością i zaciętością.
Wybacz mi Boże, nie podołałam…
I w tym samym momencie poczułam szarpnięcie w kostkach, ściągające mnie
w dół.
Otworzyłam szeroko oczy,
budząc się z sapnięciem. Zobaczyłam w nogach łóżka ciemną burzę włosów,
zaciskającą palce tuż nad moimi stopami. Szarpnęłam mocno nogą i kopnęłam
chłopaka w szczękę z warknięciem.
- Spieprzaj, Wheller – syknęłam
ostro.
Nie miałam zasranej ochoty na
żaden trening, tym bardziej nie teraz. Był środek nocy, a ja czułam się
wykończona snem tak, jakbym sama biegła przez cały ten czas, błąkając się po
lesie.
Jednakże szatyn nie dawał za
wygraną. Spojrzał na mnie swoimi czekoladowymi oczami, a ja zareagowałam zbyt
wolno. Nim zdążyłam złapać lampkę nocną, ten już wskoczył na łóżko i złapał
moje nadgarstki, unieruchamiając ręce. Następnie zrzucił mnie z łóżka wyprowadzając
szybko na podwórko.
Nim zdążyłam pomyśleć, rzucił
mnie na trawnik. Upadłam, zdzierając skórę z kolan, przez co spomiędzy moich
warg wydobyło się ciche syknięcie. W żyłach cały czas buzowała mi adrenalina po
śnie. Spojrzałam na chłopaka spod długich rzęs i dźwignęłam się na nogi.
Rzuciłam się biegiem w jego
stronę, obserwując jego ruchy. Widziałam jak zaczynał się bujać, jakby próbował
przenieść ciężar ciała na prawą stronę. Dlatego też skoczyłam w lewo, przez co
z wymierzoną siłą kopnęłam go w bark.
Nate zawył, upadając w tył,
przy czym przejechał plecami po betonie, lądując tuż nad basenem. Doskoczyłam
do niego w ciągu kilku sekund i wepchnęłam jego głowę pod wodę. Wiedziałam, że
nie zdążył nawet nabrać powietrza. Zaczął machać rękami, aż jego palce odnalazły
moje włosy.
Krzyknęłam głośno, kiedy za
nie energicznie pociągnął i odskoczyłam. Lub przynajmniej próbowałam. Gdy tylko
zabrałam dłonie z jego ciała, szarpnął za moje włosy, wrzucając mnie do wody.
Jedyne co mi się udało zrobić, to wciągnąć go za sobą.
W plątaninie mokrych ciał i
włosów, trudno było wymierzać ciosy, tym bardziej, że były one spowolnione
przez napór cieczy. Wyciągnęłam rękę ponad powierzchnię i wymierzyłam
chłopakowi silny policzek. Gdy ten odskoczył bardziej zaskoczony, odwróciłam
się i złapałam barierki, chcąc wyjść z basenu.
Poczułam jak jego palce
zaciskają się dookoła mojej kostki, więc szybko odwróciłam się na bok i drugą
stopą kopnęłam go w splot słoneczny. Nie był to zabójczy cios, zrobiłam to na
tyle lekko, aby go nie uszkodzić i na tyle mocno, aby się odwalił.
Wyskoczyłam z wody, posyłając
mu zdegustowane spojrzenie. Mimowolnie rozmasowałam nadgarstki. Ledwie dzień
wcześniej na kontroli u lekarza dowiedzieliśmy się, ze moją ręką jest już
dobrze, a on co? Znowu zaczyna to, przez co musieliśmy jeździć po szpitalach.
Pokręciłam głową i weszłam do
kuchni, po czym nalałam sobie szklankę wody. Usiadłam na blacie, ścierając pot
z czoła. Nienawidziłam w nim tego. Nienawidziłam tego, że nie potrafił być tym
małym chłopcem, który był gotowy bronić mnie przed wszystkimi i wszystkim.
Teraz był kimś, przed kim sama musiałam nauczyć się bronić i wcale mnie się to nie
uśmiechało.
- Dobrze Ci poszło –
powiedział wchodząc do domu.
Cały ociekał wodą, z resztą
tak samo jak i ja. Spojrzałam przez okno, byleby nie zwracać uwagi na krople
wody wpływające po jego nagim torsie, a później znikające w jego wytartych
jeansach, opuszczonych do bioder.
Zacisnęłam wargi, po prostu
wściekła. Od trzech lat nie miałam życia. Nie pamiętam ani jednej przespanej
spokojnie nocy, w tym samym domu co on. Albo treningi, albo budziłam się, bo po
prostu coś mi było. Spokój miałam chyba jedynie wtedy, gdy uciekałam na noc,
bądź dwie do Marine i Alexa.
- Mogłam cię zabić.
Zapamiętaj to – burknęłam czując przechodzące po ciele dreszcze.
Poczułam jego palce na swoich
dłoniach i mimowolnie przeniosłam na niego spojrzenie swoich błękitnych oczu. Zabrał
mi szklankę i upił łyk wody. Prychnęłam wywracając oczami i ponownie spojrzałam
przez okno.
- Mało masz wody w domu? –
odparowałam, zsuwając się z blatu.
Poczułam jego ciało tuż przy
swoim. Ciepłe i wilgotne jednocześnie. Automatycznie przez całe moje ciało
przeszedł przyjemny dreszcz, lecz szybko stłumiłam to uczucie już w zarodku. To
po prostu resztka tego dziecięcego uczucia, którym kiedyś go żywiłam.
Gdy wymijałam chłopaka, ten
złapał mnie za nadgarstek, przyciągając do siebie. Spojrzałam mu w oczy
zaskoczona. Czując jego biodra tuż przy swoich. Czując G.O. w całej okazałości.
Przez dłuższą chwilę niczego nie mówił, po prostu wpatrywał się w moje oczy,
wsuwając palce pod mokrą koszulkę i wodząc nimi po moich nagich plecach.
Pochylił się w moją stronę, a
ja znowu pomyślałam, że mógłby mnie pocałować. Zastanawiałam się czy jego usta
nadal były tak samo miękkie, jak trzynaście lat wcześniej. Czy tak samo
czułabym się w jego ramionach po tym wszystkim. Czy mogłoby być tak jak kiedyś.
- Wiesz, że cię kocham –
szepnął opierając swoje czoło o moje.
- Znam lepsze sposoby na
okazywanie tego – odparowałam i wysunęłam się z jego objęć, nim zdążył
powiedzieć coś, czego później by żałował.
To było jedynie uczucie,
którym darzyliśmy się jako dzieci. Nie miało ono nic do czynienia z nami, po
tych wszystkich latach. Było, minęło i oboje musieliśmy przestać się oszukiwać,
że mogłoby być inaczej.
Tak byłoby lepiej, prawda?
* * *
- Musisz od niego odpocząć –
westchnął brunet, przechylając głowę do boku.
Oboje przeglądaliśmy
sukienki, w czasie gdy Marine mierzyła nowe w przebieralni. Patrzyliśmy na
różne kolory i fasony, z większości jednak się naśmiewając. Naprawdę, jak można
nosić takie paskudztwa?
Spojrzałam na Alexa i
delikatnie skinęłam głową. Wiedziałam, że chłopak miał rację, jednakże było
coś, co mnie przed tym powstrzymywało. Nigdy nie potrafiłam sobie odpocząć od niego na dłużej. Nie
potrafiłam zostawić Nathana, choćbym nie wiem jak się przed tym broniła.
- Wiem – powiedziałam zmęczonym
głosem i zaniosłam przyjaciółce nowe kreacje.
Gdy wróciłam do sklepu,
zauważyłam, że chłopak energicznie gestykulował, rozmawiając z kimś przez
telefon. Był widocznie zdenerwowany, dlatego też nie chciałam przerywać mu w
rozmowie.
Osunęłam się na kanapę i
wyciągnęłam z kieszeni telefon, przeglądając smsy. John chciał iść na piwo.
Benjamin na rower, a Nasty popływać w jeziorze. I wszystkich ich odprawiłam z
kwitkiem. Po co? Ach, tak. Nathan ubzdurał sobie, że muszę chodzić na
strzelnicę z Marine.
Po chwili zasłona się
przesunęła, a zza niej wyszła brunetka odziana w białą, zwiewną sukienkę
wyglądała niemalże jak Królewna Śnieżka. Uśmiechnęłam się do przyjaciółki i już
rozchylałam wargi, aby coś powiedzieć, gdy ktoś mnie powstrzymał.
- Wyglądasz nieziemsko,
skarbie – usłyszałam obok głos Alexa.
Był spokojny i opanowany.
Zupełnie inny niż przed chwilą, podczas rozmowy z kimś. Spojrzałam na
przyjaciela podejrzliwie, lecz ostatecznie wzruszyłam ramionami i powróciłam do
przyjaciółki, kiwając entuzjastycznie
głową.
- Alex ma rację. Ona jest
bajeczna – dorzuciłam z uroczym uśmiechem.
- Więc kupujemy – odparła i
zaklaskała radośnie niczym dziecko, wracając za kotarę przebieralni.
W czasie, gdy Marine się
oporządzała, nie rozmawialiśmy z Alexem. Ani o jego zachowaniu, ani o niczym
innym. Chłopak był widocznie zamyślony, a ja nie chciałam mu przeszkadzać.
Jeśli by chciał, porozmawiałby, prawda?
Po opuszczeniu sklepu, a
później jeszcze kilku innych sklepów, brunet zamienił się w muła Marine,
noszącego jej zakupy. Przyjaciółka chciała mnie namówić, abym dorzuciła mu
jeszcze swoją torbę, lecz zrezygnowałam z tego. Moje zakupy nie były aż tak
ciężkie. Dla mnie mało, dla niego o wiele lżej.
Wychodząc z centrum
handlowego, ruszyliśmy prosto do samochodu, a następnie chłopak odwiózł nas na
strzelnicę. Wyklinałam po drodze szatyna, za jego nadgorliwość i chęć zaznajomienia
mnie z każdym rodzajem broni.
No bo serio, co dalej? Mieliśmy
do siebie strzelać ślepakami w ogródku? Boże,
błagam aby to mu nie przyszło do głowy.
Po założeniu gogli i
nauszników spojrzałam na broń jak na zło konieczne. Byłam tam już któryś raz,
więc nie potrzebowałam instruktora, jednakże sama też nie paliłam się do
strzelania.
Od razu w głowie pojawił mi
się cytat Jareda Leto: Bombardowanie dla
pokoju jest jak pieprzenie dla cnoty. I humor od razu mi się poprawił.
Spojrzałam w bok na Marine, która posłała mi ciepły, zachęcający uśmiech i
przeładowała broń.
Wymruczałam pod nosem coś
zdecydowanie nie pochlebnego na temat swojego współlokatora i wzięłam do ręki
glocka. Przez chwilę ważyłam go w dłoni, po czym przeładowałam i wymierzyłam w
tekturowego manekina.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Przełożyłam pistolet do lewej
ręki i kilka razy zgięłam i rozprostowałam prawą. Jeszcze nie miała się
najlepiej po treningu z Nate’em sprzed kilku dni. Nie powinnam była jej forsować
na strzelnicy, no chyba, że pan wspaniałomyślny zamierzał znowu wozić mnie po
szpitalach. Jego broszka.
Po jakimś czasie obie
skończyłyśmy i obie przywołałyśmy efekty swojej pracy. I byłam naprawdę
wdzięczna temu, że Nate nie jeździ ze mną na strzelnicę. Dwa razy w tułów, raz
w głowę, trzy blisko ciała, kilka gdzieś rozrzuconych po bokach tablicy, a
resztą nawet nie trafiłam.
To zdecydowanie nie byłby
zadowalający go wynik.
Po strzelnicy ostatecznie
wróciłam do domu. Stwierdziłam, że jeszcze kilka dni wytrzymam z szatynem, a
poza tym spędzając cały dzień z dala od niego, trochę się stęskniłam. I
wiedziałam to nawet jeśli chciałam przyznać się sama przed sobą.
Gdy Alex zaparkował przed
domem, uśmiechnęłam się do nich i po ucałowaniu policzków przyjaciół, wysiadłam
z czarno-czerwonego cadilaca. Fakt, że potknęłam się o próg samochodu, niemalże
lądując twarzą na ziemi, nie miał wcale większego wpływu.
Chciałam już wejść do domu i
wtulić się w przyjaciela. Pokazać mu to, co kupiłam. Fakt, był nieznośny, ale
lubiłam pokazywać mu to, co kupowałam. Ten jego wzrok, gdy patrzył na ubrania
leżące na mnie. Co najśmieszniejsze, nie wstydziłam się paradować przed nim
nawet w bieliźnie.
Ale to może przez te treningi
i to ile razy wylądowałam w wodzie, wychodząc przemoczona, a ubrania
prześwitywały często nagie ciało. Och, za to akurat nie raz, nie dwa miałam
ochotę go zamordować. I od tamtej pory nauczyłam się spać w bieliźnie.
Potrząsnęłam głową próbując
odgonić te myśli i pobiegłam z uśmiechem do domu. Otworzyłam drzwi, następnie
je za sobą zamykając. Od razu uderzył we mnie zapach sosu bolognese i tartego
sera.
Mmm, uwielbiałam, gdy
gotował. Położyłam delikatnie torbę na kanapie i zsunęłam buty ze stóp
najciszej jak tylko potrafiłam, po czym ruszyłam na palcach w kierunku
chłopaka. Nie podeszłam zbyt blisko – nie byłam głupia, zakradanie się do
faceta znającego różne sztuki walki? Jasne.
Dotknęłam palcem ramienia
przyjaciela i od razu kucnęłam. Chłopak od razu odwinął się ręką, jakby chciał
mnie znokautować, przez co sos, który był na łyżce trzymanej w jego dłoni
ozdobił przeciwległą ścianę. W czasie, gdy chłopak stał z tak rozdartymi
ramionami, podniosłam się do góry i wtuliłam w niego, posyłając mu uroczy
uśmiech.
- Pięknie pachnie – odparłam spoglądając
na sos, który dochodził na patelni.
Chłopak objął mnie z
uśmiechem, a jego wargi delikatnie musnęły policzek, wywołując tym samym
przyjemne dreszcze. Po chwili podsunął mi trochę sosu pod usta, który posłusznie
spróbowałam.
I był naprawdę rewelacyjny.
Ostrzejszy za pomocą curry i lekko słodkawy dzięki kukurydzy. No po prostu
arcydzieło. Cóż, ale czego się spodziewać po mistrzu kuchni? Niby samouk, a
jednak jak on coś ugotuje, to nogi się w kolanach uginają z rozkoszy.
Chwilę później wyciągałam
talerze z szafki i razem z przyjacielem nakładaliśmy obiad. Nałożył mi tyle
makaronu, że myślałam iż się przekręcę. Tym można by nakarmić co najmniej dwie
osoby, a mnie niż o żadnej ciąży nie było wiadome.
Siedząc po przeciwnej stronie
stołu przyglądałam się jego twarzy. Brązowe włosy zmierzwione w artystycznym nieładzie
i ciemniejszy odcień skóry sprawiały, że był naprawdę niezłym ciachem. A do
tego te czekoladowe oczy, które mogłyby roztopić nawet najgrubszy lód.
Oraz to spojrzenie, które
miałam wrażenie, że jest zarezerwowane tylko dla nas. Potrafiłam czytać z niego
jak z otwartej księgi, mimo iż nie raz się na siebie darliśmy, lecz to
spojrzenie było dla mnie zagadką. Nie było ono do końca czułe, ani też nie
drapieżne… było po prostu jego.
Dłonie, które były tak
wprawne w chyba wszystkim. Niesamowicie gotował, potrafił być czuły i nieźle
dokopać człowiekowi. Przypuszczałam, że kobiety też nie marudziły znajdując się
pod ich wpływem.
Przynajmniej ja nie marudziłam,
a nie znałam ich pełnych możliwości. Przygryzłam mocniej wargę, zastanawiając się
nad tym, jakby to było poczuć jego palce na sobie, we wszystkich możliwych
zakamarkach i na samą myśl zamruczałam, oblizując usta.
- O czym myślisz? – spytał chłopak.
Podniosłam na niego
zaskoczone spojrzenie. Jednocześnie poczułam jak policzki przybierały
szkarłatnej barwy. Miałam nadzieję, że nie domyślał się o czym myślałam i
wróciłam do jedzenia.
- O niczym – odparłam wypychając
sobie widelec do ust.
*______________________________________*
OdpowiedzUsuńwow. :3
OdpowiedzUsuń