Rozdział 9



POV Vik

Zapach stęchlizny był o wiele mniej wyczuwalny niż w innych pomieszczeniach. Poczułam pod butami coś o wiele miększego niż betonowe podłoże w każdym innym pomieszczeniu tego budynku. Poczułam na plecach chłodny podmuch, zupełnie jakby był gdzieś przeciąg. Odbezpieczyłam broń, przeładowując ją, czemu towarzyszył charakterystyczny szczęk.Przymrużyłam powieki, powoli przyzwyczajając je do panującej ciemności.
Wtedy usłyszałam strzał, który nakazał mi spaść do kucek. Z nich przecież o wiele łatwiej się podnieść niż z pozycji leżącej. Czułam swoje przyspieszone tempo, pobudzone strachem i adrenaliną. Po chwili przyszła mi pewna myśl, rada, którą usłyszałam kilka miesięcy wcześniej. Wtedy słowa chłopaka były dla mnie śmieszne, lecz w tej chwili jak bardzo pomocne...
- Ureguluj oddech - syknął szatyn, podczas jednej z naszych prywatnych lekcji na strzelnicy. - Ureguluj go, chcesz aby twoje dyszenie cię zdradziło? Masz być jak najciszej.
- Po co? Bo manekin się na mnie rzuci? - zaśmiałam się ironicznie, oddając kolejny strzał.

Skupiłam wzrok na ciemnej sylwetce po drugiej stronie pomieszczenia, robiąc coraz głębsze wdechy, powoli się uspakajając. Wymierzyłam broń w przeciwnika, lecz w tej samej chwili wydarzyły się dwie rzeczy. Ciemna postać poruszyła się, a moje oczy zostały oślepione przez nagle zapalone, ostre światło lamp. Syknęłam, momentalnie przymrużając powieki, jednakże próbując nie stracić napastnika z oczu.
Poraziła mnie zieleń trawy, po której stąpaliśmy, wymieszana z plamami błota, żwiru i piasku, chyba naniesionego pod wpływem wiatru. Zobaczyłam łuki, pozabijane deskami. Tak jakby ktoś z dziedzińca próbował zrobić pomieszczenie. Lampy były zawieszone pod kątem na ścianach, a za dach robiła rozłożona folia. To wszystko było totalnie pochrzanione.
Przeniosłam spojrzenie na przeciwnika i cofnęłam się, jakby rażona prądem. Wiedziałam, że oczy niemalże wyszły mi z orbit, a usta rozchyliły się w niemym krzyku. Nogi niemalże zerwały się do biegu, jednakże jakaś część zdrowego rozsądku trzymała je na miejscu.
Spojrzałam w czekoladowe czy chłopaka, czując jak kolana zaczęły się uginać i już wiedziałam, że nie dam rady do niego strzelać. Oczy zaszły mi delikatną, wilgotną mgiełką. Mimo to dojrzałam na twarzy szatyna zaskoczenie dorównujące mojemu. Poczułam mdłości, widząc go naprzeciwko siebie z bronią wymierzoną w moją stronę.
- Nathan.. - szepnęłam łamiącym się głosem, a chwilę później padł strzał.

POV Nate

- Chcesz zabrać ją do domu? - usłyszałem znienawidzony przez siebie głos Morgensterna.
Skinąłem głową, zaciskając zęby w wyrazie wściekłości. Nie potrafiłem odwrócić wzroku od Browna. Wiedziałem, że gdybym się odezwał, nerwy by puściły i chyba zabiłbym go gołymi rękami. Przyjaźnił się z nami od dawna. Boże, moja mała Marinne... Zacisnąłem dłonie w pięści, próbując się uspokoić. Musiałem zadbać o bezpieczeństwo Victorii, gnoja mogłem dopaść później.
- Alexandrze, przygotuj naszą panią. Na wyjście, lub pogrzeb - odparł pogodnie blondyn, przez co szarpnąłem się w miejscu. Gdyby nie to, że byłem skrępowany, chyba ukręciłbym mu łeb. - Jak widzę, energia cię rozpiera. Nie martw się, będziesz miał okazję ją wyładować - powiedział spokojnie, posyłając ten swój bezczelny uśmieszek. - Zawalczysz o jej życie. Jeśli zabijesz przeciwnika, pozwolimy ci ją zabrać. Jeśli on zabije ciebie, będzie musiała cię pochować - dokończył ze spokojem.
Spojrzałem kątem oka na szklaną ścianę i w duchu ciężko westchnąłem widząc, jak Brown wyprowadza Vik z pomieszczenia. Miałem nadzieję, że po drodze jej nie skrzywdzi, a dobrze wiedziałem na co stać ludzi Morgensterna i nie miałem zamiaru pozwolić na to, aby i ona się o tym dowiedziała. Musiałem jak najszybciej zabrać ją do domu, w jakieś bezpieczne miejsce.
Gdy James poderwał mnie do góry, warknąłem na niego wściekle. Był starszy ode mnie o kilka lat, pamiętałem treningi z nim, gdy Ian uczył nas tego, co potrafię do tej pory. Blizna na jego prawym ramieniu przyprawiła mnie o uśmiech przepełniony jadem i satysfakcją. Do dziś pamiętam, jak upadł na komodę, gdy pchnąłem go w szale i furii. To było tuż przed tym, gdy odszedłem. Nikt nie wierzył, że to zrobię, a tym bardziej, że Ian mi na to pozwoli. Byłem najlepszy.
I dlatego Ian nigdy nie odpuścił.
Prowadził mnie w ciemności drogą, którą doskonale znałem na pamięć, choć minęło już tak wiele lat, odkąd szedłem tamtędy ostatni raz. Szarpnąłem się, zirytowany chcąc iść samemu, co widocznie sprawiło przyjemność Bloodowi, ponieważ usłyszałem pomruk zadowolenia zza swoich pleców. Ohydztwo. Poczułem szarpnięcie, a następnie głuche uderzenie moich pleców o twardą ścianę, co wywołało ostry syk.
- A teraz posłuchaj mnie, szczeniaku - warknął James tuż przy moim uchu. - Zostawiłeś nas, trzy lata temu dla dwóch marnych dziewczyn. Myślisz, że naprawdę pozwolą im przeżyć? - wysyczał, a jego głos przesiąknięty był jadem. - Jeśli masz trochę oleju w głowie, uciekaj. Mała i tak ma nad sobą wyrok śmierci.
Szarpnąłem się mocno, uderzając barkiem w szczękę mężczyzny, czując jak krew zaczęła szybciej krążyć w moich żyłach. Nie mogłem dopuścić do siebie myśli, że Vik mogłaby umrzeć, a tym bardziej, że sam mógłbym na nią tę śmierć sprowadzić. Gdybym uciekł, nie daliby jej żyć, o tym byłem w stu procentach przekonany.
- Uparty, jak zawsze. Kiedyś to cię zgubi, Wheller - westchnął, popychając moje plecy w dalszą drogę.
- Możliwe, ale nie ty o tym zadecydujesz, Blood - odszczeknąłem, idąc przed siebie, czując narastające napięcie.
Kilkanaście kroków dalej, zatrzymaliśmy się przed masywnymi drzwiami. Wiedziałem, że tam są, choć tak naprawdę w całkowitym mroku nie mogłem ich dostrzec. Kajdanki osunęły mi się z nadgarstków, a w prawej dłoni wylądowała kolba pistoletu. Zacisnąłem wokół niej palce, jednakże umiejętnie omijając spust.
- Nie daj się zabić - westchnął Blood, otwierając drzwi i wepchnął mnie na arenę, a do mnie dotarło, że to były pierwsze miłe słowa, jakie od niego usłyszałem od tych wszystkich lat. Przypuszczałem jednak, że prawdopodobnie też ostatnie.
Przymrużyłem oczy, próbując dostrzec coś w gęstym mroku. Znałem to pomieszczenie, lecz sądziłem, że przeciwnik również był z tym obeznany. Miałem ogromną nadzieję, że będę mógł zastrzelić Styles'a, od zawsze marzyliśmy o tym pojedynku. Był niemalże taki jak ja, lecz oczywiście - gorszy. Byłem przekonany, że gdyby zobaczył Vik, skazałby się tym na śmierć. Nie odpuściłbym, gdyby położyłby na niej swoje brudne łapy. Przez lata przywykłem do tego w miarę czystego powietrza - przynajmniej czystszego niż w reszcie budynku. Względnie wolnego od wilgoci, pleśni i stęchlizny.
Usłyszałem zatrzaskujące się drzwi i wiedziałem, że przeciwnik już zawitał na arenę. Pod wpływem ruchu drzwi, wiatr smagnął moje plecy, wywołując delikatne dreszcze. Jednakże przypomniałem sobie lekcje, które dawał mi Ian, a które sam później przekazałem dziewczynie. Uspokój się. Musiałem zrobić to, jeśli nie dla samego siebie, to właśnie dla niej. Musiałem ją stąd wydostać, nawet jeśli miało to nie być tak łatwe, jak się wydawało.
Oddałem strzał w kierunku drzwi, którymi wyszedł przeciwnik. Skrzywiłem się lekko, ponieważ nie usłyszałem krzyku. Jednakże czego można się było spodziewać, po strzale w ciemno? Przesunąłem się w bok, nie chcąc robić z siebie żywej tarczy i wtedy rozbłysło to ostre światło, rażąc moje oczy niemiłosiernie. Zacząłem szybko mrugać, nie chcąc stracić z oczu przeciwnika, a broń niemalże wypadła mi z dłoni.
Czekoladowe włosy, upięte w ciasny kok i grzywka sięgająca brwi nie zmieniły obrazu dziewczyny, która była mi tak bardzo bliska. Błękitne oczy, które zmieniały swój wyraz z pełnych determinacji, przerażonych, na zranione, zdradzone... delikatne wargi, które zaczęły drżeć. Chciałem rzucić się ku niej, objąć ją, lecz wiedziałem, że wtedy by nas zabili.
Mogło nam się wydawać, że zostawili nas samych sobie, lecz oczywiście tak nie było. Pamiętałem treningi, chwile nieposłuszeństwa skutkowały postrzałami. Wiedziałem, gdzie były budki strażnicze i jedynie to mogło działać na naszą korzyść. Gdybym tylko mógł przekazać jej wiadomość tak, aby zrozumiała to tylko ona, nikt kto nas obserwował.
I wtedy padł pierwszy strzał.

POV VIK
Uniosłam broń, szybko sprawdzając czy coś mi się stało. Nie widziałam krwi, nie czułam bólu, więc doszłam do wniosku, że nic mi nie jest. Spojrzałam na Nate'a zaskoczona tym, że mógł we mnie strzelić, lecz on tylko uniósł głowę, patrząc w miejsce pod "sufitem". Po chwili dostrzegłam błysk lufy i dopiero wtedy do mnie dotarło, co się przed chwilą wydarzyło.
Snajperzy.
- Drugiego ostrzeżenia nie będzie - rozbrzmiał głos w góry a po mnie aż dreszcze przeszły.
Rozejrzałam się dookoła i dostrzegłam drugą budkę. Domyśliłam się, że tam też jest snajper. Przeniosłam wzrok na przyjaciela, a ten skinął głową. Miałam ogromną nadzieję, że ma na myśli to, co ja, ponieważ inaczej mógł wyjść niezły kwas. Spojrzałam na ciało przyjaciela i zauważyłam jego dłoń zaciśniętą tak, że pokazywała 3 palce. Skinęłam delikatnie głową i przygotowałam broń. Po chwili zostały tylko dwa palce, a następnie jeden i ...
Wymierzyłam broń w stróżówkę naprzeciw mnie i oddała dwa strzały, słysząc falę huków. Wiedziałam, że Nate oddał też swoje kule w kierunku przeciwległej budki. Zaczęłam biec w kierunku drzwi, z których on wyszedł wcześniej. Jednakże poczułam silne szarpnięcie w ramieniu, które niemalże wyrwało krzyk z mojej piersi. Pod wpływem siły obróciłam się o 90 stopni i razem z przyjacielem zaczęłam biec w stronę przejścia zabitego deskami. Zaczęłam się modlić w duchu o rozsądne wyjście z całej tej sytuacji. Im bliżej desek byliśmy, tym bardziej zaczynałam się bać. Przecież nie było możliwe, abyśmy nawet siłą rozpędu, wyważyli silne deski. Załkałam cicho, a ramię chłopaka jeszcze mocniej mnie objęło, gdy w końcu uderzyliśmy w zaporę.
I wylecieliśmy na drugą stronę. Nathan otulił mnie ramieniem, aby drzazgi i kawałki spróchniałych desek nie spadły na mnie. Jednakże już po chwili dźwignął mnie do góry i zaczęliśmy biec. Byłam zdziwiona tym, jak płynnie się poruszał w tych mrokach, gdzie ja niewiele widziałam mimo tego, że byliśmy już na dworze. Żadnych latarń, chmury przesłoniły gwiazdy, a mimo to chłopak brnął przed siebie, zupełnie tak, jakby znał tę drogę na pamięć.
Rozległy się strzały, a ja pisnęłam przestraszona. Nathan zaczął szybciej biec, ciągnąc mnie za sobą, aż dobiegliśmy do samochodu. Wskoczyłam z ulgą do środka, a jeszcze zanim zdążyłam zamknąć drzwi, samochód ożył i wyjechał na ulicę. W ciszy mijaliśmy drzewa i krzewy, pod wpływem prędkości, rozpływające się w jedną plamę ciemności. Po kilkunastu minutach zawrotnej jazdy wpadliśmy do pierwszego miasta, przez które przemknęliśmy błyskawicznie. Po pół godzinie wjechaliśmy do Denver i poczułam ukucie niepokoju.
Marine. Brown mógł do niej jechać, albo nawet już tam być. A skoro on wie, że my wiemy, ona mogła znaleźć się w niebezpieczeństwie. Ostatnie czego chciałam to to, aby przyjaciółka musiała przyjść przez to samo co ja. Zacisnęłam wargi i odwróciłam się, ku kierowcy, kładąc dłoń na jego ramieniu. Poczułam jak jego ciałem wstrząsnął dreszcz, widocznie zaskoczony tym nagłym gestem.
- Brown... Marine jest sama w domu - szepnęłam, a słabość mojego głosu przeraziła mnie samą.
Nic więc dziwnego, że Nate spojrzał na mnie z troską w oczach i pewnie gdyby nie to, jak bardzo gonił nas czas, zjechałby na pobocze.
Jednakże nie mogliśmy stracić nawet minuty na rozmowę. Z głośnym piskiem Nate wjechał w ostry zakręt, zmierzając ku mieszkaniu siostry, a ja czułam coraz bardziej narastający niepokój. Poczucie winy i wyrzuty sumienia coraz głośniej dawały o sobie znać. Jak mogliśmy nie zauważyć, że jest coś nie tak z Alexem? Dlaczego wcześniej nie zwróciliśmy uwagi na jego tajemnicze telefony, nagłe wyjścia, czy badające wszystko spojrzenie? Gdy się tak zastanawiałam, zauważałam coraz więcej podejrzanych rzeczy. Lecz dlaczego do żadnego z nas nie dotarło to wcześniej?
Czas mijał w zawrotnym tempie i nawet się nie spostrzegłam, gdy dojechaliśmy na miejsce. Oboje wypadliśmy z samochodu jak strzały, biegnąc do drzwi wejściowych. Chłopak od razu znalazł w kieszeni pęk kluczy, otwierając mieszkanie Marine i weszliśmy, nawet nie zważając na kulturę. Zastaliśmy dziewczynę siedzącą samą na kanapie z oczami wielkimi jak spodki. Możliwe, że myślała iż to włamywacz. Bez zbędnych słów wpadliśmy do jej sypialni, a Nate wyciągnął torbę i zaczęliśmy ją pakować. Chwilę później sama do nas dołączyła, patrząc w szoku na to, co robimy, lecz nam nie przerywała, widocznie zbyt zaskoczona, albo przerażona naszymi minami. Możliwe, że byliśmy też podrapani po spotkaniu ze ścianą z desek, lecz nie zwracaliśmy na to uwagi.
Nie było na to czasu.
Spakowaną torbę Nate zarzucił sobie na ramię i poszedł do łazienki, wrzucając w pośpiechu kosmetyki siostry, czyli wszystko co znalazł pod ręką. Podeszłam do Marine i przytuliłam ją do siebie, następnie prowadząc do drzwi.
- Vik, co się dzieje? - spytała przerażona, a ja poczułam jak przez ciało przeszedł mnie dreszcz.
- Musisz przez jakiś czas być u nas, później ci wyjaśnimy - powiedziałam, biorąc głęboki oddech.
Ledwo wyszłyśmy z mieszkania, a Nathan wypadł zaraz za nami, zatrzaskując drzwi i zamykając je na klucz. Po przekręceniu zamka dwa razy na siłę próbował trzeci i miałam wrażenie, że zaraz go wyłamie, nie czując w nerwach oporu. Musiałam kilka razy powtórzyć jego imię, zanim doszedł do siebie i wyciągnął klucz, zbiegając po schodach, a kilkanaście minut szalonej jazdy później, byliśmy już w domu.
Chłopak, jakby w transie poszedł do pokoju gościnnego i rzucił tam torbę siostry, a ja mogłam myśleć tylko o tym, w jakim gównie się znaleźliśmy. Wiedziałam jednak, że pytanie o to Nate'a w tej chwili to nie najlepszy pomysł. On miał głowę pełną czarnych myśli, widać było, że martwi się o Marine i o mnie, a to jeszcze bardziej łamało mi serce.
Przytuliłam się do Marine, włączając telewizję dla rozładowania atmosfery, lecz sama nie potrafiłam się odprężyć. Moje myśli cały czas błądziły między tym ciemnym, mokrym pomieszczeniem, a samotnym chłopaku, siedzącym w pokoju gościnnym. Ostatecznie nie wytrzymałam i podniosłam się z kanapy, idąc do pokoju, gdzie powinien być przyjaciel.
Gdy stanęłam w progu, spojrzałam na sylwetkę Whellera. Siedział pochylony, a jego plecy były przygarbione. Przygryzłam wargę, patrząc na niego ze zmartwieniem. Wyglądał na pokonanego, zrezygnowanego... zupełnie inny niż Nathan, którego znałam, którego kochałam. Nigdy nie widziałam go w tak paskudnym stanie, przez co nie miałam zielonego pojęcia jak postąpić. Poruszyłam się niespokojnie, chcąc do niego podejść i wtedy na mnie spojrzał. Jego wzrok był pełen bólu i widziałam to, że był bliski łez, choć starał się to ukryć.
- Nienawidzisz mnie? - spytał cicho, ze szczerością dziecka, co sprawiło, że nogi zatrzęsły mi się w kolanach.
- Jak mogłabym cię nienawidzić? Za co? - szepnęłam podchodząc do niego powoli. Ujęłam jego dłonie w swoje, lecz ten odsunął się, siadając trochę dalej. 
- Nie dałem rady cię ochronić... oni cię skrzywdzili... nie dałem rady... - wymamrotał, przy czym zacisnął mocno powieki, a ja poczułam, że nie mogę dłużej tego trzymać w sobie.
Usiadłam obok niego i po prostu się rozpłakałam. Zaczęłam mówić o tym wszystkim co się wydarzyło, o tym jak na niego czekałam i chciałam z nim porozmawiać.O tym, że byłam pewna iż to on oraz o próbowaniu zachowania świadomości. O tym iż wspominali o nim, a ja czułam się zagubiona, nie mając zielonego pojęcia co się dzieje. Później wspominałam o obleśnych zabawach blondyna oraz o tym jak bardzo bolało to, co zapewniał za nieposłuszeństwo. Powiedziałam o tym, jak walczyłam z Alexem oraz o tym, jak bardzo zabolała jego zdrada. Mówiłam o tym, jak się obwiniałam za to, że niczego wcześniej nie zauważyłam,a raczej, że zauważyłam, ale niczego ze sobą nie powiązałam. Przez płacz powiedziałam mu o tym, że chciałam się wydostać stamtąd po to, aby wrócić właśnie do niego, ponieważ nie wyobrażałam sobie tego iż mogłoby go zabraknąć. Opowiedziałam mu o całym strachu i bólu, którego tam doświadczyłam i słyszałam, jak i on zaczął płakać. Jego silne ramiona otuliły mnie, przyciskając do siebie, a ja wylewałam z siebie słowa razem z potokiem łez, nie potrafiąc tego przerwać.
- A najważniejsze jest, że to wszystko to nie twoja wina, rozumiesz? Próbowałeś mnie ochronić, ale oni i tak znaleźliby sposób. Nate, nie możesz się o to obwiniać, ponieważ to cie wykończy, a to załamie mnie. Więc jeśli mnie kochasz i cenisz naszą przyjaźń, nie możesz się obwiniać. Nawet jeśli nie dla siebie samego, to dla mnie - powiedziałam ujmując jego zapłakaną twarz w dłonie.
Widziałam jak delikatnie się pochylił w moją stronę i wiedziałam do czego to zmierza. I chciałam tego. Chciałam poczuć jego wargi na swoich, a nie wiecznie to sobie wyobrażać. Poczuć smak jego ust, przekonać się, czy są tak delikatne, jak mi się wydawało. Zobaczyć za czym wszystkie dziewczyny szaleją. Czułam jego oddech na swoich wargach, co przyprawiło o motylki w brzuchu i znikąd pojawiło się to dziwne uczucie w podbrzuszu, jakby zaciskał się tam jakiś węzeł. Jednakże było to przyjemne uczucie.
- Ekhem - usłyszeliśmy znaczące chrząknięcie, przez co odskoczyliśmy od siebie na pewną odległość. - Nie chciałabym wam przerywać, ale na dole ktoś namolnie dobija się do drzwi, a po sytuacji w mieszkaniu nie sądzę, abyście chcieli bym otwierała drzwi komukolwiek...
Spojrzeliśmy sobie z Natem w oczy i dostrzegłam w jego spojrzeniu to, co sama czułam. Lęk i gotowość. Wzięliśmy głęboki oddech i gdy się wyciszyliśmy, usłyszałam umiarkowane pukanie do drzwi. Przygryzłam dolną wargę i ponownie spojrzałam na chłopaka, delikatnie kiwając głową w jego stronę. Powoli się podnieśliśmy, cały czas nasłuchując pukania, które nie cichło.
- Zostań tutaj, choćby nie wiem co - powiedział Nate, zamykając za nami drzwi od pokoju.
W tym samym momencie wyciągnęliśmy i przeładowaliśmy broń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz