Rozdział 16

POV Vik

Następny dzień minął w zawrotnym tempie. Obudziłyśmy się dopiero koło drugiej po południu, oczywiście z ogromnym bólem głowy. Dlatego też dopiero koło trzeciej zsunęłyśmy się z łóżka po wodę i aspirynę oraz na zmianę zajmując łazienkę, aby spędzić w niej kilka minut podczas bliskich spotkań z muszlą klozetową. Pewnie dlatego dopiero koło piątej byłyśmy w stanie przełknąć jakikolwiek posiłek, który miał pełnić rolę obiadu.
Już kilka minut po siódmej siedziałam w samochodzie zastanawiając się, co ja do cholery robiłam ze swoim życiem. Nie chciałam go przegrać. Nie chciałam przegrywać go w taki sposób, lecz jednocześnie wiedziałam, że jeśli tego bym nie zrobiła, oddałabym zwycięstwo bez jakiejkolwiek próby oporu. Zacisnęłam palce na kierownicy i przyjrzałam się sobie w lusterku wstecznym. Nie wiedziałam, gdzie mnie to wszystko zaprowadzi. Nie wiedziałam, gdzie znajdę się za tydzień, jak moje życie będzie wyglądało rok później, lecz pewna byłam tego, że musiałam spróbować zrobić coś, aby moje życie zmieniło bieg. Chciałam przestać bać się swojego cienia, żyć pewnie i wierzyć w to, że ten cały syf jest dla wyższego dobra. Dla naszego dobra.
Z taką myślą też wycofałam samochód z podjazdu przyjaciółki i wyjechałam na ulicę, nerwowo bębniąc palcami w kierownicę. Kilkanaście minut przed ósmą znalazłam się naprzeciw wejścia do siłowni. Wysiadłam z samochodu i przeszłam przez parking zostawiając za sobą echo uderzających o kostkę brukową obcasów. Przeczesałam palcami swoje brązowe włosy, chcąc się uspokoić. Miałam na sobie dopasowane krótkie spodenki oraz bluzkę bez pleców, która podkreślała moje atuty. Nie, żebym tego potrzebowała. Szczerze mówiąc to przy tej osobie byłabym ubrana jak zakonnica, tym bardziej po tym wszystkim, co zaznałam w związku z tą osobą. Jednakże jadąc do Beth nie myślałam zbytnio o tym, co chciałam zrobić. Pakowałam wszystko co miałam pod ręką, a nie było tam habitu. Niestety.
Nie zajęło mi wiele dostrzerzenie blond włosów, a wzdłuż kręgosłupa rozszedł się nieprzyjemny dreszcz. Mimo tego nie zatrzymałam się, w końcu doskonale wiedziałam na co się pisałam, gdy dzwoniłam do niego. Wzięłam jedynie głęboki oddech oraz wyprostowałam się, by już po chwili znaleźć się obok niego.
- Witam - powiedziałam spokojnie, zachowując dystans między nami. Spoglądałam na to, jak mężczyzna powoli dopalał papierosa, po czym zgasił go podeszwą buta.
- Zaskoczyłaś mnie tym telefonem - odparł lakonicznie, po czym przeniósł na mnie spojrzenie swoich niebieskich oczu.
Niemalże od razu stanęła mi przed oczami sytuacja sprzed wielu dni, gdy te oczy kojarzyły mi się jedynie z przerażeniem oraz moim być albo nie być. Nawet po czasie, w którym działo się tak wiele, nie potrafiłam wyzbyć się tamtych traumatycznych wspomnień. Podejrzewałam, że to była jedna z tych rzeczy, która będzie prześladowała mnie do końca życia.
- Nie wątpię, Ian - westchnęłam, obejmując się ramionami i spojrzałam na niego znudzona, następnie spuszczajac wzrok na jego kolana. Wolałam być przygotowana na to, gdyby chciał wykonać jakikolwiek ktok w moją stronę. Mężczyźni nie potrafili zrozumieć tego że my, kobiety, naprawdę dobrze biegałyśmy w szpilkach.
- Dobrze, a więc co to za sprawa niecierpiąca zwłoki? - spytał wyciągając się leniwie, przez co jego koszulka uniosła się do góry, odsłaniając trochę nagiej skóry brzucha.
Gdyby nie był takim dupkiem, mogłabym powiedzieć, że był atrakcyjny. Był przystojny, nie można było temu zaprzeczyć, na czym przyłapałam samą siebie po raz kolejny. Lecz również ta przystojna twarz śniła mi się noc w noc po wydostaniu się z więzienia jakie mi zafundował. Gdyby nie był takim dupkiem, byłby całkiem dobrą partią, lecz no właśnie - gdyby nie był. Ale był i tego trzeba się było trzymać jak ostatniej deski ratunku.
- Nie tutaj - odparłam spokojnie, rozglądając się dookoła znacząco, po czym ruszyłam w stronę pobliskiej kawiarni, która zazwyczaj świeciła pustkami.
I tym razem nie zawiodłam się na tamtym miejscu. Po wejściu zamówiłam sobie mochę z bitą śmietaną, a Ian postawił na espresso. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć ludzi lubiących samo espresso. Chwilę później zajęliśmy miejsce w rogu lokalu, gdzie mieliśmy chociaż pozory prywatności. Nie zamierzałam zapraszać go do domu ani swojego, ani Beth i tym bardziej nie wyobrażałam sobie abym miała pozwolić zabrać sie do jego mieszkania. Dlatego musiało wystarczyć nam to, co mieliśmy w tamtej kawiarni.
- Przejdź do rzeczy, Cole - westchnął wyciągając się wygodnie na krześle i spojrzał na mnie widocznie znudzony.
- Chcę być przynętą - odparłam najspokojniej w świecie jak potrafiłam.
Jego wzrok zmienił wyraz ze znudzonego w zaciekawiony, po czym nawet w rozbawiony. Miałam wrażenie, że zaraz wybuchnie śmiechem, lecz oszczędził tego i sobie i na szczęście mi. Odchrząknął i spojrzał na mnie widocznie próbując ukryć swój nagle dobry humor, lecz mnie jedynie zrobiło się niedobrze. Nienawidziłam tego, że byłam od niego zależna i że zmuszona byłam wciągnać się w ten cały syf, a jeszcze bardziej denerwowało mnie to, że traktował mnie jak dziewczynę, która nigdy niedorówna facetowi.
- Nie. Chyba sobie żartujesz, Vik - powiedział potrząsając energicznie głową i podziękował kelnerce, która przyniosła nasze zamówienie. - Jesteś graczem. Strzelasz i potrafisz walczyć. Myślałem, czy nie wysłać Cię snajperom na szkolenie. Nie ma mowy, abyś stała się gównem, które zastępuje nam mięso armatnie.
Spojrzałam na niego i nie mogłam powstrzymać zaskoczonego westchnienia. Przynajmniej wiedziałam, że byłam cenniejsza niż ta mała, czarna flądra. Jej życie nie było warte więcej niż paczka dragów na zachęte dla dzieciaków, którzy za to dali by się pochlastać. W sumie wolałam, aby żyła. To oszczędziłoby żyć innym osobom. Chciał abym przyłączyła się do snajperów? W sumie to była bezpieczniejsza alternatywa, choć wolałam pracować z Nathanem. Czułam się bezpieczniej wiedząc, że on mnie ubezpiecza, a nie jakiś obcy facet, który z przyjemnością sam strzeliłby mi w łeb.
- Będę przynętą, Ian - powiedziałam stanowczo i uniosłam brew pokazując, że byłam pewna swojej decyzji.
- Będziesz robiła to, czego ja będę oczekiwał, rozumiesz? - warknął ostro, a jego wzrok pewnie w normalnych okolicznościach zmusiłby mnie do odpuszczenia. Lecz w tamtej chwili byłam zbyt zdeterminowana. - Już rozumiem - powiedział rozbawiony i pochylił się w moją stronę. - Boisz się konkurencji, Cole.
- Jestem bezkonkurencyjna, dobrze o tym wiesz - warknęła i podniosłam się z miejsca. - Dobrze, będę dalej graczem, ale na moich zasadach. Nie chcę przynęt, rozumiesz? Jestem zbyt dobra, aby odwracać ode mnie uwagę.
- Jesteś zbyt głupia, widocznie - powiedział znudzony i po jego rozszerzających się nozdrzach mogłam zauważyć jego zirytowanie.
- Jeśli ją zobaczę w swoim otoczeniu, albo otoczeniu Nathana, zastrzelę ją, rozumiesz? - syknęłam uderzajac dłonią w stolik, a nasze spojrzenia się spotkały. Oboje nie mieliśmy zamiaru odpuszczać. Oboje byliśmy przepełnieni rządzą władzy.
- Muszę pilnować swoich interesów. Nie mogę pozwalać aby moi ludzie umierali bezsensownie. Tym bardziej ci lepsi.
- Więc pozwól mi działać na moich warunkach, albo wsadzę ja na taką minę, że będziecie oboje żałowali, że pojawiłam się w waszych życiach, rozumiesz? - warknęłam, a kiedy nie odpowiadał, założyłam na ramię torebkę. - Ona ma zniknąć, albo będziesz mógł odwiedzać swoją małą dziwkę na cmentarzu, Morgenstern.
Po tych słowach wyszłam z kawiarni.

* * *


Jadąc do domu nie mogłam pozbyć się zdenerwowania, które cały czas krążyło w moich żyłach. Wcześniej nie wierzyłam, że mogłabym postawić się mężczyźnie, który złamał mnie i od którego zależało moje życie. Który porwał mnie i traktował jak szmatę tylko dlatego, aby dorwać chłopaka, który był na tyle głupi, aby się we mnie zakochać. Całe nasze życie było zbyt pochrzanione i nie wiedziałam jak mogliśmy się z tego wyplątać. Pewnie nie mogliśmy, ale marzenia o tym, jak starzejemy się razem, w spokoju, otoczeni wnukami były zbyt piękne, aby móc z nich tak po prostu zrezygnować.
Miałam nadzieję, że Nathana nie będzie w domu. Nie byłam jeszcze gotowa na spotkanie z nim, tym bardziej po kłótni, którą obyliśmy dzień wcześniej. Nie wiedziałam, co miałabym mu powiedzieć. Wiedziałam natomiast, że chciałam walczyć o ten związek i nie zamierzałam się poddawać.
Skrzywiłam się, czując nagły ból w brzuchu oraz jednoczesne mdłości, które uderzyły we mnie znikąd. Dobrze, że byłam już pod domem, ponieważ musiałam od razu wysiąść z samochodu, a mdłości i ból sprowadziły mnie na kolana, na bliższe poznawanie się z kwiatkami. Nie wiedziałam, co się ze mną działo, ale musiałam wziąć się w garść. Nie widziałam samochodu chłopaka, więc odetchnęłam z ulgą, lecz gdy podeszłam do drzwi, poczułam gdy po moich plecach przeszły zimne dreszcze. Drzwi były otwarte.
Wyciągnęłam z torebki broń, resztę kładąc na kanapie i zacisnęłam wargi, słysząc jakiś hałas na górze domu. Zsunęłam obcasy, aby robić jak najmniej hałasu. Zaczęłam wchodzić po stopniach, aż zatrzymałam się przy łazience. Poczułam jak mdłości zaczęły wracać, gdy z środka dochodził głos Nate'a oraz kobiecy śmiech. Po prostu zamarłam tam, nie wiedząc co powinnam była zrobić. poczułam się tak samo, jak kilka lat wcześniej, gdy Alan powiedział, że jest zakochany w kims innym. Bałam się tam wejść, bałam się tego, co mogłam tam zastać.
Nieświadomie cofnęłam się o krok do tyłu. Za szybko. Uderzyłam całym ciałem o barierkę, która zatrzeszczała przez to, a chwilę później otworzyły się drzwi łazienki. Mina Nathana była zdumiewająca. Widać było na niej szok, zaskoczenie oraz zmieszanie. Nie miał na sobie koszulki, a ponad jego ramieniem zobaczyłam brązowowłosą dziewczynę w moich ubraniach. Zacisnęłam wargi, czując napływające do oczu lzy.
- Pieprzę to - szepnęłam łamiącym się głosem i potrząsnęłam głową, zaczynając zbiegać po schodach.
Nagle w jednym momencie świat mi się zawalił. Wszystko, co co walczyłam, wszystko co miało dla mnie sens, legło w gruzach pokazując jak bardzo naiwną idiotką byłam. Niemalże od razu obraz zaczął mi się zamazywać pod wpływem napływających do oczu łez i nie miałam pojęcia, czym zasłużyłam sobie na to wszystko. Chciałam jedynie szczęścia, a w zamian za to życie kopało mnie po tyłku raz za razem, nie dając czasu na zaczerpnięcie głębokiego oddechu.

POV Nate

- Nie mam dla ciebie dobrych informacji, Nathan - powiedziała przeczesując swoje kasztanowe włosy z westchnieniem.
Skinąłem głową, próbując się skupić na tym spotkaniu, lecz prawda była taka, że nosiło mnie jak cholera. Vic od kłótni poprzedniego poranka, ani nie wróciła do domu, ani nie dawała znaku życia. Nie było jej ani u Marine, ani u Eli, a Beth nie odpierała pieprzonego telefonu. Wiedziałem, że sobie poradzi, ale nienawidziłem, gdy znikała. Tym bardziej, gdy wcześniej się kłóciliśmy i to jeszcze o taką głupotę. Melanie była częścią interesu. Interesu, którego oboje nienawidziliśmy i na który oboje byliśmy skazani. Pechem tego całego syfu było to, że to głównie kobiety mogły poruszać się po terenach, dowiadując nowych rzeczy, a my moglśmy jedynie wykonywać brudną robotę. Nienawidziłem się z nią kłócić, to niszczyło nas bardziej niż te dziesięć lat, gdy mnie nie było.
- Więc co masz, Kait? - spytałem zmęczonym głosem i przeczesałem palcami swoje włosy. Czas najwyższy na wizytę u fryzjera.
- Ten dupek naprawdę dobrze zaciera za sobą ślady. Jeśli miał coś wspólnego z tą sprawą, ciężko będzie mu to udowodnić. Żadnych śladów. Ludzie nabrali wody w usta. Jedyne czego udało mi się dowiedzieć to to, że w tym czasie pracował dla Cardoso - powiedziała patrząc przez przednią szybę.
- To juz jakieś powiązanie - westchnąłem uderzając palcami o kierownicę i spojrzałem na zegarek. - Odwiozę cie do domu.
Przekręciłem kluczyk w statyjce, a silnik zawarczał, zakrztusił się i zdechł. Zmarszczyłem brwi w niezrozumieniu i spróbowałem raz jeszcze, lecz i tym razem samochód nie odpalił. Zakląłem pod nosem i w tym samym momencie zaczął padać deszcz. Świetnie, tego było nam potrzeba.
- Mój dom jest bliżej - westchnąłem i w niemym porozumieniu oboje wyskoczyliśmy z samochodu. Zamknąłem auto i rzuciłem się do biegu za przyjaciółką.
Nieprawdopodobne było to, jak szybko deszczówka zamieniła ziemię w błoto, na którym ślizgaliśmy się raz za razem. Kilkakrotnie się wywróciliśmy, próbując ratować się wzajemnie przed upadkiem, jak widać bezskutecznie. Cała ta sytuacja sprawiła, że poczułem się jak dziecko, które tańczy w deszczu. Dodatkowo jeszcze zarobiliśmy po kilka plam błota w różnych częściach naszej garderoby.
Po kilkunastu minutach biegu, wpadliśmy do domu, zostawiając błotniste ślady na płytkach w przedpokoju, który połączony był z salonem. Ściągnęliśmy buty i dziewczyna za mną weszła do łazienki. Rozejrzałem sie, zastanawiając co zrobić, więc wyciagnąłem śwież ręcznik, biorąc swój ze sobą.
- Weź prysznic, na suszarce są ubrania Vik, wierzę że się nie obrazi - westchnąłem z subtelnym uśmiechem i wyszedłem wchodząc do sypialni.
Zrzuciłem z siebie zabłocone i przemoczone ubrania, po czym wytarłem się do sucha i ubrałem świeże rzeczy. Oczywiście, wolałbym wziąć prysznic, ale cóż - damy mają pierwszeństwo. Brudne ubrania położyłem na ręczniku przy wejściu do łazienki, by następnie zejść na dół i posprzątać po nas. Nalałem wodę do wiadra i zrobiłem to, co robiłem tylko wtedy gdy Vik groziła kilkudniowym celibatem - umyłem podłogę. Brudną wodę wylałem do ogrodu i zobaczyłem, że jak na złość przestało padać oraz wyszło słońce. Potrząsnąłem głową, po czym wyszyściłem buty, aby nie robiły śladów na mojej pięknie umytej podłodze i skończyłem akurat w momencie, gdy Kaitlyn zawołała mnie z łazienki.
Gdy wszedłem na górę, zobaczyłem dziewczynę stojącą w progu z zakłopotaną miną i miałem nadzieję, że nie zużyła całego żelu Vik, ponieważ ta skróciłaby mnie o głowę i nie byłem pewien, jak miałbym to jej wytłumaczyć. Skoro była wściekła o telefony od Melanie, bałem się pomyśleć jak zareagowałaby na to, że inna dziewczyna brała prysznic w naszej łazience i w dodatku wykorzystała cały jej ulubiony żel pod prysznic. Wolałem oszczędzić jej żądzy mordu.
- Dasz mi jakąś siatkę na brudne ubrania? - spytała, na co odetchnąłem z ulgą.
Normalnie zaproponowałbym, żeby wrzuciła ciuchy do pralki, lecz to nie byłoby zbyt mądre. Atmosfera w domu była wystarczająco napięta i nie zamierzałem jej podkręcać. Skinąłem głową, zamykajac za sobą drzwi. Przez to, że otwierały się do środka, musiałem je zamknąć aby wyciągnąć z szafki upragnioną siatkę. Wsadziłem do środka brudne ubrania przyjaciółki i podałem jej pakunek.
- Prawie jak moro - odparłem z uśmiechem, co wywołało śmiech dziewczyny, czemu przytaknąłem również rozbawiony.
Po kilkunastu sekundach usłyszałem poruszoną balustradę. Cały czas zapominałem ją przykręcić mocniej, przez co nie raz któreś z nas zleciało. Otworzyłem drzwi i nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem. Widok roztrzęsionej i widocznie zranionej Victorii był tym, czego nigdy nie chciałem oglądać, a zmuszony byłem aż za często. Jednakże to... to wiedziałem, że było czymś więcej niż zwykłą reakcją na niezrozumienie. To wszystko musiało wyglądać fatalnie.
- Pieprzę to - powiedziała łamiącym się głosem i nie sposób było niedostrzec łez lśniących w jej oczach.
Gdy rzuciła się w dół schodów, poczułem się tak, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. Nie mogłem pozwoić na to, aby wierzyła w to, co zobaczyła, aby wierzyła w to, co pomyślała na temat tego, co zobaczyła. Nawet nie chodziło o mnie, czy o nasz związek. Wiedziałem, że to by ją złamało jeszcze mocniej po tym, co przeżyła w całym swoim życiu. Nie mogłem jej tego zrobić.
- Vik, daj mi wyjaśnić - zawołałem za nią, przeskakując po dwa schody. Złapałem ją w połowie przedpokoju i odwróciłem ją w swoją stronę, w tym samym czasie dostając w twarz, co pieło niemiłosiernie.
- Co chcesz mi wyjaśniać, huh? No co?! Nie ma mnie jeden dzień, a ty już się zabawiasz z innymi? Boże, jaka byłam naiwna! - wykrzyczała, nawet nie kryjąc łez spływających po policzkach. Wyciągnąłem dłoń, aby zetrzeć je, lecz ponownie mnie uderzyła. - Nie dotykaj mnie - syknęła wściekle, lecz mimo to, nie puściłem jej ramienia.
- To nie tak. Kait jest informatorem..
- Och, więc sypiasz z każdym swoim informatorem?!
- Nie spaliśmy ze sobą - powiedziała niepewnie szatynka, stojąc na szczycie schodów. - Padało, a Nathanowi zepsuło się auto...
- Zamknij się - syknęła Victoria, a furia wprawiła jej ciało w drżenie. - I ściągaj moje ubrania. Albo nie, jeszcze zarażę się jakiś syfem - warknęła.
- Przestań - tym razem to mnie podniosło się ciśnienie. - Padał deszcz, wpadliśmy w błoto, pozwolilem jej wziąć prysznic. Zamknąłem drzwi, gdy wszedłem do łazienki po worek na jej brudne ubrania. Kocham cię, rozumiesz do cholery? Mimo że jesteś nieznośna, jesteś dla mnie wszystkim! - powiedziałem i wziąłem głęboki oddech,widząc iskrzące się łzy w oczach ukochanej.
- Okey - szepnęła cicho i wtuliła się we mnie, powoli się uspakajając.
Miałem nadzieję, że wszystko zaczęło się układać.

POV Vik

W środku nocy obudził mnie dźwięk telefonu. Zmarszczyłam brwi i poczułam na sobie mocniej przytulające ręce Nate'a. Uśmiechnęłam się delikatnie i musnęłam wargi ukochanego. Spojrzałam an wyświetlacz, gdy telefon przestał dzwonić i wyciszyłam telefon. Spojrzałam czule na profil ukochanego, który oświetlony był jedynie gwiazdami oraz blaskiem księżyca. Zaśmiałam się cicho i zasłoniłam usta dłonią, nie chcąc go obudzić. Tęskniłam za nim, za jego bliskością oraz za samą jego obecnością. Ułożyłam głowę na jego torsie, muskając go wargami, gdy telefon znowu zaczął wibrować.
Westchnęłam i wciągnęłam się, biorąc go do ręki, przy czym otarłam się swoim ciałem o ciało chłopaka, a ten zamruczał zadowolony. Dupek, przemknęło mi przez myśl, ale w czułym kontekście i niechętnie wyplątałam się z uścisku jego rąk. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu i odebrałam jeszcze bardziej niechętnie.
- Tak?
- Jeśli nadal chcesz się wykazać, to masz okazję, mała. Nie zawiedź mnie.
A więc tyle było na temat naszego nowoodzyskanego spokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz