Rozdział 18

POV Vik

Nathan wspomniał coś jeszcze o człowieku, który nazywał się Alberto Richardo Romero de Torres, jednym z członków N'dranghet, lecz nie potrafiłam się na tym skupić. Moje myśli wciąż krążyły wokół nazwiska napisanego na ostatniej z teczek, którą miałam w rękach. Nie potrafiłam nawet się zmusić do tego, aby doczytać z jakiego powodu był zamieszany w to wszystko. Nie żeby Alan kiedykolwiek był typem grzecznego chłopaka - do tego było mu daleko. Fakt, nie był kryminalistą, ale nie był pozbawiony charakteru, lecz to... to zdecydowanie była przesada.
Gdy chłopak spojrzał na mnie, od razu zauważył, że coś było nie tak. Wziął do ręki teczkę, przeglądając akta, lecz po chwili znowu przeczytał nazwisko i spojrzał na mnie z widoczną na jego twarzy troską.
- Vik...
Nie zdążyłam niczego odpowiedzieć, ponieważ jedyne do czego mój organizm był zdolny, to do zerwania się z kanapy i biegu do łazienki. Kolejne czułe spotkanie, tym razem z sedesem. Minęło raptem kilka sekund jak poczułam dłonie Nate'a na swoich plecach, kojąco głaszcząc je oraz jak zebrał moje włosy, chcąc dać mi choć odrobinę komfortu w takiej chwili. Nie znosiłam tego, gdy widział mnie w takim stanie, lecz chyba taki był jego talent. Ratowanie mnie z opresji, a co za tym szło - oglądanie mnie w jednych z najgorszych stanów, w jakich znajdowałam się w ciągu swojego całego życia.
Gdy torsje ustały, niemalże osunęłam się na kafelki łazienkowe, lecz chłopak przyciągnął mnie na kolana, podając szklankę wody. Podniosłam się na kolana płucząc usta, po czym niemalże bezwładnie osunęłam się na jego ciało. Przed oczami miałam twarz zielonookiego blondyna, klęczącego na zdzirowato czerwonej podłodze, błagającego o litość. Poczułam narastającą falę mdłości, lecz starałam się ją zdusić w sobie. Nie miałam już co zwracać, a szarpanie pustego żołądka byłoby o wiele mniej miłościwe.
- Musimy go ocalić - szepnęłam ledwo słyszalnie.
Nie myślałam w tamtym momencie o wszystkim tym, co się wydarzyło między nami. Nie liczyło się to, że odszedł ode mnie, że wbił mi nóż w plecy zostawiając mnie, dla naszego przyjaciela, nie liczyło się to wszystko co było złe. Mogłam jedynie myśleć o jego zielonych oczach przepełnionych strachem, które w moich wspomnieniach były pełne życia i roześmiane. On chciał żyć. A ja miałam w głowie tylko to, że muszę mu na to życie pozwolić.
Poczułam jak chłopak wziął głęboki oddech, jakoby chcąc coś powiedzieć, lecz wypuścił go po chwili, albo nie znajdując odpowiednich słów, albo rezygnując z wyrażenia swoich myśli. Mój mózg zaczął nagle pracować na najwyższych obrotach, analizując możliwości, sposoby ich wykonania oraz prawdopodobieństwo powodzenia całego przedsięwzięcia. Oblizałam wargi, będąc bliską płaczu. Nie wiedziałam dlaczego, ale czułam się kompletnie bezradna i winna temu wszystkiemu.
- On musi zniknąć - usłyszałam przy uchu jego spokojny głos i wiedziałam, że był tak samo zamyślony jak ja.
Skinęłam niemalże od razu głową i jeszcze przez chwilę posiedzieliśmy na podłodze, aby po chwili jak na zawołanie w tym samym momencie się zerwać i zabrać za realizowanie planu.


* * *

Niemalże całą noc zajęło nam załatwienie azylu dla Alana oraz dopracowanie szczegółów planu. W między czasie próbowałam się nie rozpłakać, lecz wiedziałam, że nie było możliwości abym oszukała Nate'a. Dlatego był przy mnie i niby przypadkiem starał się zapewnić mi jakikolwiek kontakt fizyczny, gdy oboje siedzieliśmy na telefonach, próbując wszystko dograć, albo wychodził na jakiś czas, pozwalając mi płakać w ciszy, dziwnym trafem wracając wtedy, gdy łzy już wysychały.
Nie chodziło o to, że wciąż byłam zakochana w Ravierze. O co to, to nie. Po prostu nikomu nie życzyłabym takiego losu, jeśli sam go na siebie nie ściągnął, tak jak pozostali gangsterzy, których mieliśmy na liście. No i może Melanie. Jej też bym nie oszczędziła. Ani Soph. Ani Jake'a. Ani Sylvii... dobra, nie jestem matką miłosierdzia, okey? Ale ważne, że wiadomo o co chodzi.
Nad ranem byłam zmęczona emocjami, płaczem i użeraniem się z ludźmi, którzy byli zbyt wielkimi idiotami, aby móc cokolwiek załatwić. Wyszliśmy z założenia, że im mniej osób wie, gdzie będzie Alan, tym lepiej. Niestety, nie zawsze możliwe jest ograniczenie sojuszników, gdy ma się nóż na gardle.
Nie byłam świadoma tego, że zasypiałam, ani tego, że później Nate zaniósł mnie do sypialni, przykrywając kołdrą, by następnie wyjść i dokończyć pracę. Gdy się obudziłam, słońce było już wysoko na niebie i wiedziałam, że nie zostało nam zbyt wiele czasu. Zerwałam się z łóżka jak oparzona i rozejrzałam dookoła, lecz nigdzie nie widziałam nawet śladu ukochanego. Weszłam do gabinetu i uśmiechnęłam się sennie, widząc go pochłoniętego analizowaniem papierów, które w nieładzie walały się po biurku, a niektóre spadły nawet na podłogę. Nie zajęło mu długo zorientowanie się, że nie jest sam i podniósł wzrok, zatrzymując go na mnie.
Widząc sposób, w jaki na mnie patrzył, poczułam przyjemne ciepło w sercu. Zupełnie tak, jak na początku naszego związku, z czystą miłością, czułością i wszystkim co najpiękniejsze. Czułam się tak, jakbym była najpiękniejszą kobietą na świecie i miałam wrażenie, że dla niego taka właśnie w tamtej chwili byłam. Przygryzłam wargę w uśmiechu, czując ogromny przypływ czułości dla tego mężczyzny, który tak naprawdę towarzyszył mi przez całe życie i powoli podeszłam do niego, pewnie stawiając każdy krok.
- Uwielbiam cię w swoich koszulach - wymruczał opierając dłonie na moich biodrach, gdy okrakiem usiadłam na udach chłopaka.
Uśmiechnęłam się do niego promiennie, układając palce na barkach szatyna. Sama również uwielbiałam jego koszule, dlatego często na bieliznę zakładałam jedynie jedną z nich. No i nie byłam głupia - oczywiście, że wiedziałam jak to wszystko działało na brązowowłosego chłopaka o oczach tak pięknych, że wystarczyło jedno spojrzenie, aby się w nim zakochać. Oczy są zwierciadłem duszy? Na jego przykładzie byłam gotowa w to uwierzyć.
- Mamy kilka godzin aby się przygotować - szepnęłam wodząc opuszkami palców po jego torsie i uśmiechnęłam się znacząco, a gdy ten już chciał mnie pocałować, odsunęłam się z figlarnym uśmiechem. - Przyjrzyjmy się jeszcze raz planom budynku.
Z jego gardła wydobył się ni to śmiech, ni to westchnienie, co całkowicie mnie rozbawiło. Wstałam z jego kolan i wyciągnęłam spod stosu kartek planu Klubu Nocnego, do którego sie wybieraliśmy, po czym rozłożyłam je na podłodze, siadając obok. Jeśli mam być szczera, wcale nie czułam się tak, jakby to wszystko naprawdę się działo. Wydawało mi się to grą, niewinną zabawą szpiegowską. Jeśli coś poszłoby nie tak, można byłoby wcisnąć reset i zacząć od nowa. Wiedziałam, że to niebezpieczne, lecz nigdy wcześniej nie byłam zmuszona do czegoś takiego i nie miałam zielonego pojęcia jak wszystko może sie potoczyć.
Przeglądając wszystkie wejścia, przejścia i zasięg oraz rozstawienie kamer w budynku. Po raz kolejny przesuwałam palcem po drodze, którą mieliśmy pokonać, jakby ucząc się wszystkiego na pamięć, choć wiedziałam, że to co mieliśmy, to jedynie szablon. Wszystko mogło się potoczyć inaczej, a wtedy będziemy musieli zrobic wszystko, aby nie zdradzić swojej obecności, co wiązało się z większą ilością trupów. Droga do zwycięstwa usłana trupami? Prędzej droga do życia.
Gdy po raz setny przestudiowałam drogę z wyrazem twarzy podekscytowanego dziecka, nagle przyszła mi do głowy pewna, bardzo niebezpieczna myśl, w związku z czym, powoli podniosłam głowę i spojrzałam na chłopaka z uśmiechem, który sprawił iż krew odpłynęła mu z twarzy.

* * *

Nathan zaparkował w cieniu drzew. Przez chwilę siedzieliśmy w bezruchu, po prostu patrząc na budynek przed nami. Oboje ubraliśy się na czarno. On miał ciemne jeansy oraz skórzaną ramoneskę, ja hebanowe rurki oraz idealnie opinającą krągłości skórzaną kurtkę. Pod spodem kamizelki kuloodporne, bez dwóch zdań. Po półgodzinie przekonywania iż dam radę biegać na obcasach i nie będę miała z tym najmniejszego problemu, w końcu mogłam ubrać szpilki w podobnym kolorze.
Sprawdziliśmy broń oraz uzupełniliśmy zapasy magazynków w paskach. Tłumiki były na swoich miejscach, przez co broń wydawała się dziwnie długa, lecz nie miałam z tym problemu. Nate szkolił mnie na różnych rodzajach i kalibrach. Jakby na znak wysiedliśmy z samochodu i ruszyliśmy do tylnego wyjścia. Pierwszy strzał unieszkodliwił kamerę umieszczoną nad drzwiami, jeszcze zanim zdążyła nas zarejestrować. Mimo naszego zaskoczenia, drzwi były otwarte, na co oboje potrząsnęliśmy głowami. Albo mieliśmy ogromnego pecha, albo wchodziliśmy na minę.
Weszliśmy do środka.
Likwidowaliśmy jedną kamerę po drugiej, które mogłyby nam zagrażać. Raz po raz chowaliśmy się z zaułkach, nasłuchując kroków. Kilku ochroniarzy popędziło w kierunku niedziałających kamer, dzięki czemu mogliśmy wspinać się w górę klatką schodową dla personelu. Przeszło mi przez myśl, kto tamtędy chodzi. Dziwki? Nie wydawało mi się. To chyba miało spełniać wyjście ewakuacyjne, choć komu zależało na życiu tych kobiet? Ich alfonsom? Nie wierzyłam w to.
Zanim wynurzyłam się zza zakrętu, wysuwałam broń. Przedłużenie twojej ręki, ciągle słyszałam w głowie głos mojego dawnego instruktora na strzelnicy. Wyszliśmy na odpowiednie piętro i jakie było zaskoczenie, gdy okazało się, że drzwi są zamknięte. Wyciągnęłam wsuwkę z koka i chwilę później drzwi były otwarte. To akurat był kobiecy talent. Weszliśmy do środka, osłaniając się na zmianę. Nie było trudno domyślić się, w jakim pokoju miało odbywać się spotkanie. Największym, najbardziej ekskluzywnym i z jak najmniejszą liczbą okien, a jak największą liczbą wyjść.
Spojrzałam w czekoladowe oczy chłopaka i licząc do trzech, pchnęłam drzwi, wchodząc do środka.
Nie patrzyłam do kogo strzelałam. Oszczędzałam jedynie blondynów. Idąc przed siebie oddałam dwa strzały, a dwa martwe ciała zsunęły się z barowych taboretów. Usłyszałam obok siebie dwa kolejne ciche odgłosy, świadczące o oddaniu strzałów przez towarzysza i dwa kolejne ciała runęły na podłogę. Kilka kolejnych strzałów i jedyną osobą, którą widziałam przed sobą, był oszołomiony blondyn, którego zielone oczy były przepełnione zaskoczeniem, jakby sam nie wierzył w to, co sie właśnie stało.
- Idziemy - syknęłam i pociągnęłam go za rękę, a on był albo tak przestraszony, albo ufał nam na tyle, że pozwolił się poprowadzić.
Kątem oka zobaczyłam otwierające się drzwi i spojrzałam na burzę czarnych włosów. Spojrzałam na znienawidzoną dziewczynę i oddałam strzał, zanim jej piskliwy głos mógłby uformować się w krzyk.
Trzy pieczenie na jednym ogniu.
Wychodząc jednym z wyjść ewakuacyjnych, przepychaliśmy się wąskimi korytarzami, czekając aż wzrok przyzwyczai się do ciemności.
- Dlaczego? - usłyszałam głos blondyna tuż przy swoim uchu.
- Ponieważ inaczej byś już nie żył - syknął za nim Nathan i miałam ochotę oddać ostrzegawczy strzał.
- Dlaczego mnie ocaliliście, a innych nie?
- Na wojnie nie ma przyjaźni - odparłam przewracając oczami i przyłożyłam ucho do jednych z drzwi i pchnęłam je, przez co wyszliśmy na inny korytarz.
- Więc dlaczego ja żyję?
- Nie jesteśmy przyjaciółmi - szepnęłam, a nawet ten cichy dźwięk wydawał się niemiłosiernie głośny.
- Vik, dlaczego ich zabiłaś? Dlaczego nie zabiłaś mnie? - jego głos stawał się coraz bardziej natarczywy, co nie pomagało mojemu poddenerwowaniu.
- Ponieważ nie chciałam, abyś nawiedzał nas w sypialni, żądny odpowiedzi, dlaczego zabiłam - syknęłam i weszliśmy do piwnicy, idąc korytarzami, które ciągnęły się pod parkingiem.
- Gdzie mnie zabieracie?
Przez pewien czas zapadła głucha cisza. Ja nie miałam siły na rozmowę, Nate widocznie tak samo nie miał na to ochoty, więc szliśmy gęsiego, starając się trzymać jak najszybsze i najcichsze tempo. Następnie wspięliśmy się po schodach i wyszliśmy w budynku z drugiej strony ulicy, tuż obok miejsca, gdzie stało nasze czarne lamborgini.
- Wyjeżdżasz - westchnęłam wpychając go do samochodu na tylne siedzenie i gdy wszyscy byliśmy w środku Nathan włączył blokadę rodzicielską. Zanim Alan zdążył cokolwiek powiedzieć, odwróciłam się w jego stronę, patrząc poważnie. - Posłuchaj, teraz twojej śmierci chce bardzo wiele osób. Nie tylko my, ale także ci, dla których pracujesz, rozumiesz? Musisz wyjechać, aby przeżyć. Musisz mi obiecać, że nie będziesz się z nami kontaktował i spróbujesz się dostosować, tylko tak możesz przeżyć i pokazać, że nasze wysiłki nie poszły na marne. My też ryzykujemy teraz, rozumiesz? - syknęłam, patrząc mu prosto w oczy.
- A Lucas? - spytał cicho.
Zacisnęłam wargi, nie wiedząc dlaczego, to pytanie zabolało. Spojrzałam w stronę okna, przełykając ślinę i wzięłam głęboki oddech. Oczywiście, musiałam liczyć się z tym pytaniem. Czułam na sobie wzrok ich obu i wiedziałam, że to była moja własna walka z samą sobą, w której żaden z nich nie mógł mi pomóc.
- Załatwimy mu następny transport - westchnęłam nagle zmęczona i osunęłam się na siedzenie, gdy Nathan odpalił samochód.


* * *

Jeśli ktokolwiek myśli, że zastrzelenie człowieka jest prostą sprawą, nie może się bardziej mylić. Odebranie komuś życia jest czymś, czego nie można porównać do czegoś innego. Z każdym razem, gdy pociąga się za spust, jest tak jakby celowało się do samego siebie. Z każdym odebranym komuś życiem, zabijamy w samych sobie część człowieczeństwa, bez którego nie jesteśmy lepsi od zwierząt. Jesteśmy gorsi, ponieważ zabijamy nie czując się zagrożeni. Zabijamy, ponieważ ktoś nie spłacił długu na czas. Zabijamy, ponieważ ktoś zabił kogoś ileś lat wcześniej. Zabijamy, ponieważ ktoś zna kogoś, kto może nam zagrozić. Zwierzęta zabijają, aby chronić życie, ludzie zabijają, ponieważ czują taką potrzebę, albo jeszcze gorzej - mają taką ochotę.
Tylko dwie sprawy utrzymywały moją świadomość włączoną. Pierwszą było to, że Alan był bezpieczny. Chwilę wcześniej dzwonił Vladimir, że chłopak dojechał do Moskwy i został przetransportowany do bezpiecznego miejsca. Aby zachować najwyższe środki ostrożności, nawet my nie wiedzieliśmy gdzie to było, zawsze można było zdobyć nagrania rozmów. Jedyne co wiedzieliśmy to to, że dostał nowe dokumenty, na nowe nazwisko oraz wszystko zostało dograne. Rosjanin obiecał, że Ravier będzie bezpieczny.
Drugą sprawą było to, że przeżyliśmy. Że Nathanowi nic sie nie stało.
Że ja przeżyłam. Nie było to zbyt wielkim pocieszeniem, ponieważ nie czułam się w tamtym momencie jak zwycięzca. Tamtego dnia zastrzeliłam sześć osób, a później siedziałam na parapecie, nie czując całkowicie nic, zupełnie tak, jakby z ran mojego człowieczeństwa wypływała czarna trucizna, obezwładniając ciało, uodparniając układ nerwowy oraz zaduszając emocje, z nadzieją, że zginą one ostatecznie i nieodwracalnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz