Rozdział 5

- Wszystko będzie dobrze.
Nie będzie. Nic już nigdy nie będzie dobrze i oboje o tym doskonale wiedzieliśmy. Wszystko co było dobre, zniknęło zostawiając po sobie pustkę. Ból był wręcz nie do zniesienia, a jedno pytanie odbijało się echem w mojej głowie.
Dlaczego?
Spojrzałam na bruneta, który siedział obok i przygryzłam mocno wargę, aby nie wybuchnąć kolejną falą spazmatycznego płaczu. Już i tak policzki miałam mokre od ciągle spływających stróżek, jednakże to jeszcze nie była histeria.
I dobrze by było, gdyby nigdy ta nie nadeszła.
Poczułam na sobie silne ramie przyjaciela i oparłam się o niego cała roztrzęsiona. Lucas był dla mnie jak brat. Fakt, często byliśmy dla siebie niemili, docinaliśmy sobie i wiele przykrych słów między nami padało, lecz gdy przychodziło co do czego to mogliśmy na siebie liczyć. Jak prawdziwe rodzeństwo.
Fakt, on na ogół stawał po stronie Alana, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Nigdy nie rozumiałam dlaczego, ale bardzo rzadko bronił mnie. Na ogół jeszcze mnie dobijał po kłótniach, lecz zawsze tłumaczyłam to męską lojalnością czy też innymi pierdołami. Dlatego też to, że wtedy siedział obok i mnie wspierał doceniałam jeszcze bardziej.
- Mała, nie płacz – szepnął przyciągając mnie bliżej siebie.
Lecz o wiele łatwiej powiedzieć niż to zrobić. Nieświadomie potarłam ślad na palcu po pierścionku, czując jak do oczu napływała mi kolejna fala łez. Wszystko było dobrze, zaczynaliśmy wychodzić na prostą po wielu potknięciach i nagle… wszystko się wywróciło o 360 stopni.
Wbiłam paznokcie w ramiona, mając nadzieję, że ból nie pozwoli mi się znowu rozkleić. Znałam Lucasa, więc wiedziałam, że mimo naszej przyjaźni i tak zda z tego relację Alanowi. A ja nie chciałam, aby wiedział w jak fatalnym stanie byłam. Mimo tego, jak fatalnie się czułam, musiałam być silna, lub chociażby taką udawać.
- Wszystko jeszcze można naprawić, jeszcze się nie rozstaliście całkowicie. Po prostu trochę… mu odpuść – szepnął przyjaciel, a ja poczułam jak żołądek podchodził mi do gardła.
Tydzień. O to poprosił Alan przy naszym ostatnim spotkaniu. Tydzień na przemyślenie wszystkiego i podjęcie ostatecznej decyzji. Lecz znałam go lepiej niż samą siebie i wiedziałam co oznaczało jego spojrzenie. Nie było już czego ratować. Mimo całej delikatności i czułości, którą starał się zachować, czułam jaka była jego decyzja. A ten czas był jedynie siedmioma dniami na utwierdzenie się w tym. Oraz moją torturą. Miałam naiwną nadzieję, że może jednak zmieni zdanie. Naiwną nadzieję, że może Lucas miał rację i wszystko jeszcze można naprawić. Byliśmy razem tak długo…
Jednakże wiedziałam, że to było tylko okłamywaniem samej siebie. Wiedziałam, że nic by się między nami nie zmieniło i najgorsze były podejrzenia dlaczego. Poczułam mdłości mieszające się ze spazmami płaczu, lecz nic nie mogłam na to poradzić. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, a najgorsze było to, że nie wiedziałam co dalej.
Spojrzałam w ciemne oczy brata, szukając w nich jakiejś wskazówki, lecz nawet na mnie nie patrzył. Był zamyślony i skupiony. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że on wcale nie chciał tutaj być. Był, bo ktoś musiał. Może nawet się martwił, czy sobie poradzę, jakby czuł się winny temu wszystkiemu lecz mimo wszystko nie chciał tutaj być.
Od jakiegoś czasu czułam że się od siebie oddalaliśmy i to bardziej niż zawsze. A ja byłam zbyt głupia by myśleć, że mimo tego mogłam na niego liczyć. Oczywiście, kochał mnie cały czas, jednakże było coś, czego mi nie mówił i czułam to.
- Jak tam Elizabeth? – spytałam niepewnie.
Kilka dni wcześniej Lucas rozstał się ze swoją dziewczyną. Była mi dość bliska, lecz nasza znajomość była delikatnie mówiąc skomplikowana. Raz się kłóciłyśmy, by po chwili znowu się dogadywać i tak w kółko.
Chłopak potrząsnął głową i spojrzał na mnie tak, jakbym dopiero co go obudziła. Przechylił głowę na bok, chyba próbując sobie przypomnieć moje pytanie, po czym delikatnie wzruszył ramionami.
- A jak ma być? Jest dobrze. Lepiej niż między wami – westchnął.
Poczułam jak przez całe moje ciało przeszła fala zimnych dreszczy. Kochałam go, lecz wiadome też było, że potrafi powiedzieć coś w najmniej delikatny sposób jaki można.. i to właśnie zrobił.
Odsunęłam się od niego, przygryzając mocno wargę. Wiedziałam, że nie chciał tego zrobić, nigdy nie chciał, jednakże i tak mnie to zabolało. Wzięłam głęboki oddech i podkuliłam nogi pod brodę, znowu cała drżąc.
Chciałam cofnąć ostatnie pół roku. Wrócić do czasów, gdy wszystko było dobrze i jeszcze nie aż tak skomplikowane. Gdy nie trzeba było niczego naprawiać, gdy nie było całej tej zazdrości i wiecznych podejrzeń. Obustronnych.
Jednakże tak się nie dało.
Oparłam czoło o kolana, chcąc znowu się rozpłakać. Móc zatracić się w żałości i bólu, pozwalając kwileniu i krzykom zagłuszyć własne myśli. Jednakże nie miałam już czym płakać i to było najstraszniejsze w tym wszystkim.
Po chwili rozległ się dzwonek telefonu chłopaka, który niemalże rzucił się, aby go złapać. Szybko odczytał wiadomość, a z każdą chwilą musiał się coraz bardziej powstrzymywać, aby nie uśmiechnąć się szeroko.
Zastanawiałam się co takiego przede mną ukrywał, lecz zanim zdążyłam zapytać, podniósł się z ławki, wpatrzony w wyświetlacz.
- Muszę iść, zobaczymy się później – rzucił i ruszył przed siebie.
Patrzyłam za nim smutno, czując dziwne ukłucie w żołądku i łzy znowu napłynęły mi do oczu. Nienawidziłam siebie za te irracjonalne podejrzenia i domysły, które wykańczały mnie nerwowo. Lecz nic nie mogłam na to poradzić.
Zsunęłam się na kolana, czując zawroty głowy i zaczęłam zwracać śniadanie na trawnik. Łzy spłynęły po policzkach z wysiłku, które w mig poczerwieniały. Gdy skończyłam, osunęłam się na bruk, opierając plecami o ławkę i spojrzałam w kierunku oddalającego się brata.
Nawet się nie obejrzał.
 

* * *

 
Obudziłam się zalana łzami i potem. Dawno nie śniły mi się wydarzenia z tamtych dni i byłam temu wdzięczna. Rozdrapywanie przeszłości nie było czymś, co należało do moich ulubionych czynności. Tym bardziej przeszłości, która złamała mnie na wszelkie możliwe sposoby.
Wiedziałam, że już nie zasnę, a nawet nie chciałam tego robić. Zdecydowanie lepiej było nie ryzykować kolejnego takiego snu.
Wysunęłam się spod kołdry i ruszyłam w stronę kuchni. Było jeszcze wcześnie i cały dom był skąpany w mroku, przez co kilka razy weszłam w jakieś meble, zanim przypomniałam sobie rozkład domu. Cóż, dawno tutaj nie spałam.
Gdy doszłam do kuchni, wyciągnęłam z lodówki butelkę schłodzonej wody i spojrzałam przez okno. Słońce dopiero budziło się do życia, rozsiewając dookoła swoją delikatną, pomarańczową łunę. Ten obraz od razu przywołał wspomnienie, które starałam się zepchnąć w głąb siebie.
Szum jeziora odbijający się echem w głowie oraz delikatna poświata budzącego się słońca. Jeszcze chłodne powietrze, które w ciągu kilku godzin miało stać się tak gorące, że aż nie do zniesienia.
Oraz on. Zielone oczy wpatrzone wpatrzone we mnie z czułością i czymś co przyprawiało o skurcz w żołądku. W takich właśnie chwilach wiedziałam, że chciałam spędzić z nim całe życie. Zestarzeć się u jego boku i bawić dzieci..
Zacisnęłam palce na butelce wody, czując jak cała drżałam. Pieprzony sen, który rozbił mnie w tak banalny sposób. Nienawidziłam swojego życia, swojej pieprzonej naiwności i tego, że zaufałam za bardzo. Za bardzo. Wszystko było za bardzo.
Za bardzo kochałam.
Za bardzo ufałam.
Za bardzo wierzyłam.
Starałam się za wszelką cenę odpędzić łzy, które uparcie napływały do oczu i starały się wydostać na policzki, by stoczyć się w dół. To była przeszłość i dobrze o tym wiedziałam. To co było, nigdy nie miało wrócić i sama chciałam, aby nie wracało.
- Alan? – usłyszałam za sobą głos przyjaciółki.
Po moim ciele przeszły dreszcze na dźwięk imienia byłej miłości. Niepewnie skinęłam głową i pochyliłam głowę do przodu pozwalając blond włosom zasłonić załzawione policzki. Nienawidziłam tej słabości w sobie. A jeszcze bardziej nienawidziłam się za to, że poprzedniego dnia znalazłam się w domu, który uwolnił na wierzch te wszystkie uczucia.
River mógł mi zabrać wszystko, zniszczyć mnie na milion różnych sposobów, lecz nie mógł zabrać wspomnień. I to bolało najbardziej. Wspomnienia ułudy szczęścia i radości, naiwnego poczucia bezpieczeństwa i miłości.
Brunetka spojrzała na mnie swoimi przenikliwymi, zielonymi oczami w wyrazie troski i zaniepokojenia. Po rozstaniu przesiadywałam tutaj niemalże non stop. Mimo wszystko wolałam aby Nate nie widział mojego bólu – byłby w stanie zabić za to Alana.
Nathan.. cały czas czułam na szyi lekkość tamtego pocałunku. Było w nim coś czułego i spragnionego jednocześnie. Coś, czego nie potrafiłam określić i jednocześnie coś, co wzywało mnie po więcej.
- Dlaczego uciekasz przed Whellerem? – spytała Eli swoim dźwięcznym głosem, który był przepełniony troską.
Odwróciłam się i spojrzałam na nią zaskoczona. Nie uciekałam przed Natem. Tak naprawdę uciekałam przed samą sobą i przed własnymi pragnieniami. Przed tym, aby wszystkiego nie spieprzyć i zachować w ryzach najdłużej jak się da.
Nie mogłam jej powiedzieć o sytuacji z imprezy. O pocałunku, którego udawałam,  że nie pamiętam. Nie to, że myślałam iż wygada. Wiedziałam, że będzie lojalnie udawać, że o niczym nie wie, po prostu nie chciałam zmuszać jej do kłamstwa, co musiałaby robić, gdyby wiedziała. To było brzemię, które musiałam nosić sama.
- Nie uciekam przed nim – powiedziałam zmęczona.
Nie było mnie w domu raptem kilka dni, a już za nim tęskniłam i to bardzo. Za jego kuchnią, wygłupami, czy nawet treningami. Za jego czułymi dłońmi, które mnie obejmowały, czy nawet za droczeniem się o popcorn przy oglądaniu filmów.
Zawsze byliśmy przy sobie i dla siebie. Jak za dziecięcych lat. Czułam się przy nim bezpieczna tak jak wtedy, schowani w schodnie pod skrzynią. Wiedziałam, że mnie obroni. Zawsze tak było.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech i potrząsnęła głową widocznie niezadowolona. Czuła,  że coś było nie tak, że czegoś jej nie mówiłam. Cóż, tak się dzieje, gdy zna się kogoś aż za dobrze, jednakże nie mogłam jej powiedzieć prawdy. Chociażby i dla jej własnego dobra.
- Kochanie, wykończysz się – powiedziała po chwili i wykonała niewielki krok w moją stronę.
Przygryzłam nerwowo wargę wiedząc, że miała rację. Bujałam się między przeszłością, a rzeczywistością. Jedna, banalna błahostka potrafiła mnie rozstroić do takiego stopnia, że nie potrafiłam skupić się na niczym innym.
Przeczesałam włosy palcami i wzięłam głęboki oddech, potrząsając głową. Musiałam się uspokoić. Miałam plany na ten dzień, których nie mogły pokrzyżować wspomnienia z dawnych czasów.
- Musisz się od niego uwolnić – westchnęła i wyszła słysząc, że Fabian się już obudził.
Spojrzałam na nią z rozchylonymi wargami, które po chwili zamknęłam. Wiedziałam, że nie mówiła o Nathanie. Mówiła o duchach z przeszłości, które prześladowały mnie co noc.
I miała rację.
Całkowicie.
 
 

* * *

 
Przez całe zajęcia myślałam o słowach przyjaciółki. Musiałam coś w sobie zmienić, uwolnić się od przeszłości. Odgrodzić tamte wydarzenia grubą kreską i skupić się na przyszłości. W końcu to teraz było najważniejsze.
- Jesteś tam? – usłyszałam głęboki głos w słuchawce.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Boże, nie ma słów które mogłyby wyrazić to, jak bardzo za nim tęskniłam. Za brzmieniem jego głosu, tym uśmieszkiem, którego nie potrafiłam zdefiniować. Po prostu za całą jego osobą.
Oraz za słodkim ciężarem jego warg na mojej skórze. Zapewne w smaku byłyby jeszcze lepsze. Boże, gdyby nie tamta suka, wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie wylądowałabym u Rivera, nie miałabym takich koszmarów..
.. i pewnie gnębiłoby mnie poczucie winy.
- Jestem, jestem – wymruczałam w zamyśleniu i wzięłam głęboki oddech.
Przez tak długi czas wmawiałam sobie, że to tylko pieprzone, dziecięce uczucie, które nie zostało całkowicie stłamszone w zarodku. Lecz teraz, po tym co się wydarzyło.. dziecko nie pragnęłoby więcej. Nie chciałoby czegoś, co było tak dalekie od delikatności i świętości. Niewinności.
Wzięłam głęboki oddech, próbując krążyć dookoła słowa, którego bałam się najbardziej pod słońcem. Bałam się je powiedzieć, a tym bardziej pomyśleć, że mogłaby to być prawda.  Nie po tym co stało się ze mną i Alanem. Nie mogłam po prostu popełnić drugi raz tego samego błędu.
Wychodząc z salonu fryzjerskiego, usiadłam na murku, próbując się skupić. Dochodziła pora obiadowa, a już miałam za sobą kurs samoobrony oraz nieplanowaną wcześniej wizytę u fryzjera.
I czułam się z tym dobrze.
- Kiedy wracasz do domu? – usłyszałam po chwili.
Przygryzłam dolną wargę i przymknęłam powieki z poczuciem winy. Wiedziałam, że ta sytuacja jemu też nie jest na rękę i chciałam to zmienić. Jednakże nie mogłam już sobie ufać. Nie, dopóki nie wiedziałam właściwie co sama czuje. Albo raczej nie chciałam wiedzieć co czuję.
- Nie długo – rzuciłam skubiąc palcami materiał sukienki.
Nie było to kłamstwo. Zamierzałam wrócić w ciągu kilku kolejnych dni. W końcu nie mogłam uciekać wieczność. Ponadto tęskniłam za nim. Tęskniłam i wiedziałam, że to uczucie nie pozwoli mi zaznać spokoju gdzieś z dala od niego.
- Pójdziemy na kawę?
Otworzyłam szeroko powieki, wpatrując się w fontannę naprzeciw mnie. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz szliśmy na kawę tak .. po prostu. Zawsze jak gdzieś szliśmy to dlatego, że było po drodze gdy skądś wracaliśmy, a tak to zamawialiśmy do domu.
Cholera, faktycznie musiał tęsknić.
- Jasne. Jestem obok parku z tą wielką fontanną… niedaleko budynku, gdzie mam kurs samoobrony – powiedziałam z uśmiechem i nie czekając na jego reakcję, rozłączyłam się.
Przesunęłam palcami po włosach i zaśmiałam się pod nosem. Nathan z pewnością nie będzie zadowolony. Potrząsnęłam głową rozsypując nowo ściętą grzywkę na boki oraz włosy przez ramię. Spojrzałam na przycięte końcówki, które wyglądały o wiele zdrowiej i zaśmiałam się słodko. Nie było śladu po blondzie. Teraz miałam na głowie czekoladowy brąz i dobrze się z tym czułam.
Wielkie zmiany się szykowały. Nie było już dawnej, naiwnej Vik. Zamierzałam rozpocząć nowy etap w swoim życiu i to od teraz. Przestać się bać i pozwolić sobie na impulsywne działanie. Nawet jeśli miałoby to wywieść mnie na manowce. Nie było to ważne, najważniejsze, że z Natem.
Zaśmiałam się słodko i potrząsnęłam ponownie głową. Najlepiej przegonić stare duchy, nowymi. Tak, aby nie było miejsca na przeszłość. Brak czasu na rozmyślenia i wracanie wstecz. Brak możliwości do plucia sobie w twarz i pytań co by było gdyby.
Nawet jeśli Nate uważał tamtą imprezę za pomyłkę, będę wiedziała na czym stoję i nie będę myślała o tym, co by było gdyby tamta suka nam nie przeszkodziła.
Poczułam jak czyjeś dłonie zasłoniły mi oczy i już chciałam zawołać imię chłopaka, gdy ktoś zasłonił mi usta i pociągnął do góry. Wiedziałam, że to nie był Nathan. Wygięłam się i kopnęłam napastnika w kolano, tak jak przyjaciel mnie uczył, a gdy tamten jęknął i odsunął się, uwolniłam się z uścisku. Lecz na krótko, bo po chwili kolejny mnie pochwycił w tali, unosząc do góry. Zaczęłam krzyczeć i się wierzgać, lecz już dwóch kolejnych łapało moje ręce i nogi. Po chwili ktoś mi zasłonił usta i nos chusteczką i wiedziałam, że była nasączona chloformem.
Starałam się nie oddychać najdłużej jak potrafiłam, a gdy już musiałam, to robić najpłycej jak się dało. Wiedziałam, że przy tym będę miała raptem kilka, maksymalnie kilkanaście minut, zanim stracę przytomność.
Przestałam się szarpać, aby nie musieć oddychać zbyt głęboko i pozwoliłam wnieść się do minivana. Po chwili mnie skrępowali i wrzucili w kąt wozu. Posłałam im najbardziej jadowite spojrzenie, jakie byłam w stanie i usadowiłam się tak, aby nie mogli zobaczyć połowy mojego ciała.
Patrząc na poszczególne osoby starałam się wsunąć dłoń do kieszeni, nie wzbudzając przy tym podejrzeń. Jednakże ludzie, który mnie tu wsadzili nie wydawali się zbytnio mną zainteresowani, dlatego już po kilku minutach wyciągnęłam telefon i wybrałam pierwszy numer z listy – Nathan. Przynajmniej taką miałam nadzieję, pamięć do układu menu mogła mnie zawieść.
Usłyszałam ciche mruczenie za plecami i wiedziałam, że chłopak odebrał telefon. Uderzyłam stopą w podłoże samochodu, zwracając na siebie uwagę mężczyzn.
- Uspokój się, bądź mądrzejsza niż twój chłopstaś – powiedział cynicznie dobrze zbudowany, łysy facet. Skrzywiłam się na jego widok i poczułam wzbierające we mnie mdłości. – A swoją drogą, Nathan dobrze cię wyszkolił. Francis nie może stanąć na lewej nodze – dodał i zlustrował mnie wzrokiem.
Poczułam jak zimne poty zalały moje ciało i byłam pewna, że bardzo zbladłam, nieświadomie wciągając głęboko powietrze. W mojej głowie irytująco błąkało się już tylko jedno pytanie:
Skąd oni znali Nate’a?
I nie dowiedziałam się niczego więcej, ponieważ w następnej chwili otuliła mnie ciemność, czyszcząc umysł z każdej myśli.

2 komentarze:

  1. Nie no, jezu, jezu, jezuuu.. czuje się taki zaszczycony XD Naprawdę nie spodziewałem się tego, że o mnie wspomnisz. Wzruszyłem się. Ale słonko nie musiałaś zmieniać mojego imienia, lubię je ;3 choć w sumie... jakbyś nie zmieniła to pewnie czytelnikom by się myliło. Ehs nieważne.. orgazmuje.XD Ale serio. Po co się kryć, nie lepiej prosto z mostu podać imiona? Przecież nikt nie będzie mieć ci tego za złe :D

    OdpowiedzUsuń