Rozdział 12

  POV Vik

Od dnia podpisania kontraktu minął prawie miesiąc. Zdążyłam się przyzwyczaić obecności broni niemalże w każdej chwili swojego życia. Oraz oswoiłam się z myślą, że już nie wrócę do szkoły. Oczywiście, z początku stawiałam opory wymyślając coraz to nowe możliwości. Szkoła wieczorowa, zaoczna, nawet e-nauczanie. Jednakże na każdy mój argument dostawałam z pięć kontrargumentów. Tak więc w końcu musiałam się z tym pogodzić.
Po zrobieniu tatuażu na szczęście nie wdała się żadna infekcja i wszystko szło dobrze, tak więc już po kilku dniach mogłam ściągnąć opatrunek. Ian nas nie niepokoił, wbrew moim przewidywaniom, a jedyną rzeczą, która przypominała mi o tym jak bardzo zmieniło się nasze życie był pistolet, który cały czas nosiłam przy sobie. Miałam wrażenie, że każdy patrzy mi na dłonie, a widząc kobrę na palcu wskazującym szufladkuje mnie jako ruchomy cel. Zaczynałam przez to wpadać w paranoję.
Zrobiliśmy w domu małą rewolucję. Zburzyliśmy ścianę dzielącą mój pokój z pokojem Nathana, tworząc jedną wielką sypialnię. Przez to nasze łóżka wyglądały zdecydowanie zbyt małe, więc kupiliśmy wielkie łoże małżeńskie, w którym czuliśmy się bardzo dobrze. Odmalowaliśmy ściany, zrobiliśmy przemeblowanie i sprawialiśmy pozory wielkiej szczęśliwej rodziny. Z siostrą za ścianą. Tak, to że Marine była za ścianą często kończyło się głośną muzyką w jej pokoju, próbującą nas zagłuszyć, waleniem w ścianę, wpadaniem do pokoju, czy też naśladowaniem nas. Czasem wychodziło to dość zabawnie.
Obudziłam się gdy w pokoju jeszcze panowała ciemność. Spojrzałam na chłopaka, sprawdzając czy to może on mnie obudził, ale nie. Nate spokojnie spał, obejmując mnie ramieniem, a jego dłoń spoczywała delikatnie na moim biodrze. Wywróciłam oczami rozbawiona i oparłam policzek na jego torsie, pewna że się przesłyszałam, lecz wtedy znowu to się stało. Głuchy huk dochodzący gdzieś z dołu. Zacisnęłam wargi i wysunęłam się objęć chłopaka, starając się go mimo wszystko nie obudzić i i chwyciłam jego koszulkę, którą zrzucił wieczorem. Wyciągnęłam z szafki broń i wyszłam boso z pokoju, podchodząc do schodów. Ostrożnie spojrzałam w dół, lecz niczego nie widząc, zaczęłam schodzić na palcach.
Gdy stanęłam u podnóża schodów, zobaczyłam to. Ciemna postać zamykająca za sobą okno z taką ostrożnością, jakby bała się narobić hałasu. I pewnie tak było. Wymierzyłam broń w jej stronę i zaczęłam się skradać. Dotarłam do niej, zanim zdążyła się odwrócić i zacisnęłam palce na jej ustach, podstawą dłoni naciskajac na podbródek, odchylając jej mocno głowę do tyłu. Wbiłam pistolet między jej żebra, unieruchamiając, po czym się pochyliłam w jej stronę.
- Nawet nie próbuj krzyczeć - syknęłam do ucha intruza, mocniej wbijając przedmiot w jej plecy.
Gdy przysunęłam się do ciała osobnika, poczułam znajomy zapach wanili i cynamonu, jednakże po latach treningów nie dałam się rozkojarzyć. Odsunęłam palce od twarzy włamywacza, cały czas mocno odchylając mu głowę do tyłu, uniemożliwiając bardziej agresywne manewry.
- Vik, cholera, to ja - usłyszałam zdyszany, znajomy głos i puściłam dziewczynę, cofając się do tyłu.
Dopiero po chwili odwróciła się do mnie przodem, a na jej twarzy widoczne było przerażenie. Prychnęłam zirytowana i odwróciłam się na pięcie podchodząc do wyspy kuchenniej na której położyłam broń, następnie opierając na niej dłonie. Po jakimś czasie odwróciłam się przodem do dziewczyny, opierając tyłem o marmur. Blond włosy miała upięte w ciasny kucyk, a zielone oczy patrzyły na mnie z rezerwą, do której nie byłam przyzwyczajona.
- Cholera, Beth. Wpieprzasz nam się do domu w środku nocy i dziwisz się, że ktoś wziął cię za włamywacza?! - syknęłam ostro, nie chcąc krzyczeć, ponieważ to z pewnością zaalarmowałoby pozostałych lokatorów.
- Dlaczego masz broń?! - pisnęła, a ja doskoczyłam do niej, zasłaniając usta przyjaciółce, posyłając ostre spojrzenie.
- Mam pozwolenie, ok? To nie jest dość bezpieczna dzielnica.
W sumie nie do końca kłamałam. Okolica była słynna z nocnych hałasów, wystrzałów, krzyków i jęków. Inną sprawą jest to, że było to głównie naszą zasługą. Naszą i naszych nocnych treningów, które na szczęście stały się rzadsze odkąd podpisaliśmy kontrakt z Cobrą. Nawet Marine się upiekło, ale to pewnie przez to, że Nate poczuł się trochę bezpieczniej. A może po prostu czuwał? To nie było oczywiste.
Wyciągnęłam z lodówki butelkę wody i rzuciłam się na kanapę, oczywiście pamiętając o broni, którą zabrałam ze sobą i zsunęłam pod stolik. Upiłam łyk substancji i podsunęłam go pod usta przyjaciółki, przeczesując włosy palcami leniwym gestem.
- Więc co tutaj robisz? - spytałam szeptem, spoglądając na nią z ukosa.
- Martwiłam się, jasne? Od miesiąca nie idzie sie do was dodzwonić, nie wróciłaś do szkoły, nikt nie ma z wami kontaktu - powiedziała marszcząc brwi, po czym upiła łyk z butelki. Widziałam po jej minie, że coś jeszcze chciała powiedzieć, więc odchrząknęłam, patrząc na nią znacząco, przez co uniosła ręce w obronnym geście. - Okey, okey, nie bij. Po prostu... Alan się martwił. Po tamtej impreze zaczął się zastanawiać co się dzieje i ..
- Przestań pieprzyć o tym dupku - syknęłam zrywając się na nogi, zaciskając przy tym dłonie w pięści. Poczułam jak po całym ciele zaczęły rozchodzić się gorące fale nienawiści. Starałam sie zrobić wszystko, aby zostawić tamten rozdział za sobą, lecz zawsze musiał znaleźć się ktoś kto musiał przypomnieć o tamtym czasie. - Nie możecie zrozumieć, że o nim się nie rozmawia?!
- Vik, ja nie...
- Dobrze wiesz, że go nienawidzę za to wszystko. Dobrze wiesz. Niech się zajmie Lucasem, a nie martwi o mnie. Nie prosiłam go o to - syknęłam uderzając dłońmi w ścianę, po czym wzięłam głęboki oddech i wróciłam do Beth, siadając przed nią na stole.
Wiedziałam, że zrobiłam wystarczająco hałasu, aby obudzić Nate'a, jeśli nie na tyle aby obudzić nawet Marine. To nie było przemyślane zachowanie, zdecydowanie, ale cóż. Stało się, co się stało i trzeba było liczyć się z konsekwencjami własnych odruchów. Spojrzałam na pełną skrępowania twarz przyjaciółki, która wyginała palce w geście poczucia winy.
Rozchyliłam wargi, aby coś powiedzieć, lecz wtedy usłyszałam coś, co z pewnością uszło uwagi blondynki. Po schodach cicho schodził jeden ze współlokatorów, a po tym jak ostrożnie to robił, z pewnością był to Nathan. Marine choć szkolona przez niego, nie przywiązywała do tego tak wielkiej wagi. A nawet jeśli, nie budziła się aż tak szybko.
Spojrzałam ponad ramieniem siostry i musiałam się mocno kontrolować, aby nie wydobyć z siebie ręku, a po ciele poczułam rozkoszny dreszcz. U podstawy schodów stał nagi Nate z bronią, która służyła za przedłużenie jego ręki. Dopiero po chwili jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności, a kiedy nasze spojrzenia się spotkały poczułam jednocześnie zażenowanie oraz budzące się w podbrzuszu pożadanie. Jak mógł mi to zrobić i zbiec nago? Potarłam nerwowo stopą o stopę, nie mogąc przestać świdrować wzrokiem jego ciała i mimowolnie oblizałam wargi zatrzymując się na jego kroczu. Kiedy się otrząsnęłam, położyłam dłoń na policzku przyjaciółki, skupiając jej uwagę na sobie, pozwalając chłopakowi niezauważonemu wrócić na górę.
- Nic się nie stało, serio - powiedziałam i pochyliłam się muskając jej czoło. Spojrzałam jeszcze raz w stronę schodów, lecz po chłopaku nie było śladu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy mi się to nie przywidziało, lecz słysząc zamykane drzwi sypialni byłam pewna, że nie.

* * *


Reszta dnia nie wyróżniała się niczym spośród innych dni. Beth została z nami na śniadanie, a niedługo po nim się zwinęła na umówione wcześniej spotkanie z Thomasem. Od jakiegoś czasu powtarzałam im obojgu, że powinni być ze sobą, ale to jak rzucać grochem o ścianę. Oboje zbyt uparci i przerażeni możliwością utraty przyjaciela. W sumie z jednej strony ich rozumiałam - tego samego obawiałam się z Nathanem, lecz z drugiej... nie potrafiłabym chyba do końca życia zadawać sobie pytania "co by było gdyby?".
Wieczorem wybraliśmy się razem z Nathem na spacer, a rozentuzjazmowany Max biegał dookoła nas, wąchając wszystko, co napotkał na swojej drodze. Co jakiś czas bałam się, że go zgubiliśmy, lecz wtedy wyskakiwał z różnych dziwnych miejsc coraz bardziej brudny i skołtuniony, przez co nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy może już zacząć płakać nad jego stanem. Ostatecznie i ja i Nathan wybraliśmy opcję numer jeden, goniąc szczeniaka rozbawieni.
Ledwo gdy doszliśmy na plażę, zobaczyłam tam ciemnowłosą dziewczynę i poczułam przechodzący po plecach dreszcz. Zbyt dobrze znałam tę sylwetkę. Chciałam odciągnąć chłopaka w drugą stronę, lecz było już za późno. Jej twarz była zwrócona ku nam, a na widok ciemnowłosego chłopaka, uśmiechnęła się jak dla mnie zdecydownie zbyt szeoko. Zamlaskałam zniesmaczona i mocniej wtuliłam się w ramię chłopaka, oblizując nerwowo wargi. Spojrzałam w czekoladowe oczy chłopaka niezadowolona, lecz zanim zdążyłam się odezwać, poczyłam mocne szarpięcie.
Warknęłam ostro, podnosząc wzrok i zobaczyłam jak jej ramiona zacisnęły się dookoła szyi Nathana w zbyt bliskim uścisku. Całkowicie jej nie interesowało to, że obejmował mnie i nie wiedziałam jakim cudem moja twarz uniknęła zderzenia z jej łokciem. Odsunęłam się od nich, wysuwając spod ramienia chłopaka, co widcznie mu się nie spodobało (miałam nadzieję, że obie rzeczy!), przez co wyplątał się z jej rąk, przyciągając mnie z powrotem do siebie. Z nieskrywaną dumą patrzyłam jak walczyła z grymasem próbującym wypełznąć na jej usta, przez co musiałam przygryźć dolną partię ust, aby nie wybuchnąć śmiechem.
- Cześć - burknęła odgarniając włosy do tyłu, próbując przy tym jak najbardziej wypchnąć biust do przodu, przez co aż musiałam spojrzeć zdegustowana na twarz chłopaka. Z ulgą stwierdziłam, że nie zwrócił (albo chociaż się starał) na to uwagi.
- Mhm, coś się dzieje, Melanie? - usłyszałam obojętny głos i musiałam spuścić głowę, aby nie błysnąć zębami rozbawiona.
Jednakże cały czas czułam nieprzyjemny ucisk w żołądku, który za wszelką cenę nie chciał dać za wygraną. Byłam pewna, że urwali ze sobą kontakt, a jednak Nate nie był tak łaskawy, aby powiedzieć że tak nie jest. To, jak zrzuciła mu ręce na szyję sprawiło, że w mojej głowie zaczęły błąkać się różne dziwne myśli i niewypowiedziane pytania. Mimo to wiedziałam, że nie mogłam pozwolić im zmącić spokoju i szczęścia, jakie panowały między mną, a nim. Z pewnością jedna, mała Peterson nie jest tak ważna aby być powodem naszych problemów.
- Och nic, po prostu się stęskiłam - odparła oblizując sugestywnie wargi, przez co zacisnęłam mocno palce w pięści. Nate widocznie musiał to wyczuć, ponieważ przesunął czule dłonią po moim biodrze, próbując uspokoić, lecz nawet to nie działo. Czyli zaczynało być bardzo źle i oboje wyczuwaliśmy wzrastające wokół nas nieprzyjemne napięcie.
- Za zamieszaniem? - westchnął widocznie poddenerwowany, po czym chyba zauważył moje skrępowanie, ponieważ pochylił się, łącząc nasze wargi w przeciągłym pocałunku.
Usłyszałam jak czarnowłosa dziewczyna wciąga głęboko powietrze, przez co ujęłam w dłonie twarz chłopaka, oddając namiętnie pocałunek. Jęknęłam cicho, walcząc z nim o dominację, przez co nagle byliśmy jeszcze bliżej siebie, wtuleni tak mocno, że nawet szpilka by się między nami nie zmieściła. Kiedy się od siebie odsunęliśmy, miałam wrażenie jakby usta spuchły, a zmysły były tak przytępione, iż widziałam tylko jego. Choć z drugiej strony, wcale mi to nie przeszkadzało, to był naprawdę rozkoszny widok.
- Uhm. Na mnie już czas - powiedziała pospiesznie Peterson, po czym wyminęła nas z prychięciem, oddalając się szybkim krokiem.
Kiedy tylko zeszła nam z oczu, chłopak przytulił mnie do siebie, lecz odsunęłam się na tyle, aby móc patrzeć na jego twarz. Wiedziałam, że nie powinnam, jednak coś wewnątrz mnie cały czas kuło, aby zapytać. Nie wiedziałam jak miałam uformować błąkające się bez ładu myśli w mojej głowie, lecz wiedziałam iż jeśli tego nie zrobię, nie da mi to spokoju. Patrząc w jego ciepłe, czekoladowe oczy szukałam jakiejś pomocy, nutki czegoś, co mogłoby poddać wszystko to, co nas łączyło w wątpliwość, lecz nie potrafiłam. Widziałam te same oczy, które patrzyły na mnie każdego dnia z czułością, promieniując radością i miłością. Nie wiedziałam czy to dobrze, czy też nie. Pieprzona Melanie.
- Myślałam, że się z nią już nie spotykasz - wyrzuciłam w końcu z siebie, wypuszczając przy tym powietrze. Do tego momentu nie byłam świadoma tego iż wstrzymałam oddech, a tym bardziej nie wiedziałam na jak długo. Poczułam się jednak jak balon z którego spuszczono powietrze, znacznie lżej, lecz też podatna na wir rozmowy niezależny ode mnie, tak samo jak balonik na podmuch wiatru. Przynajmniej wiedziałam, że później nie wybuchnę w najmniej odpowiednim momencie.
- Ponieważ nie spotykam się - westchnął powoli przesuwając palcami po moich plecach. - Nie w tym sensie, jakim myślisz, że się spotykam. To po prostu interesy dla Cobry - odparł i spojrzał na mnie takimi oczami, iż wiedziałam że jeśli dłużej poddam się wpływowi tego spojrzenia, wymięknę. A nie chciałam poddawać się już na początku rozmowy.
- Nie podobają mi się te interesy - mruknęłam cofając się o krok, pozwalając przy tym jego dłoniom zsunąć się po moich pośladkach, ostatecznie opadając po obu stronach chłopaka.
- Tylko intere...
- Tak, wiem. Tylko interesy. Interesy z laską, którą nie tak dawno pieprzyłeś tak, aż błagała o więcej, prawda? - syknęłam zaciskając palce na ramionach, splatając przy tym ręce na piersiach.
Wiedziałam, że przesadziłam. Nie miałam prawa mieszać przeszłości z tym co było wtedy. Nie miałam prawa wypominać mu tego wszystkiego co robił, a o czym możliwe iż chciał zapomnieć. I sama nie chciałam mieszać jego byłych dziewczyn z tym, co zaczęliśmy tworzyć. To było nasze, nieskalane. Nie potrzebowaliśmy na tym rys przeszłości. Spojrzałam w bok, biorąc głęboki, kojący oddech i przygryzłam dolną wargę. Żałowałam tego co powiedziałam, jednakże duma nie pozwalała mi przeprosić. Masz rację, podjudzała mnie moja podświadomość. Cholera jasna, dlaczego musiałam mieć taki niewyparzony język? Uniosłam wzrok na chłopaka, rozchylając przy tym wargi, aby coś powiedzieć, lecz on wyrzucił ręce w powietrze.
- Wiesz co? Pieprz się, Cole - powiedział ostro i to sprawiło, że zdenerwowałam się jeszcze bardziej. Jedyne silniejsze uczucie, które kotłowało się we mnie, to było z każdą chwilą rosnące poczucie winy.
Zacisnęłam wargi, widząc przez zasłonę łez jak chłopak się odwraca i kopiąc wściekle piasek, odchodzi plażą. Zacisnęłam powieki, powtarzając sobie, że nie mogę płakać. To była moja wina. Moja i mojego niewyparzonego języka. Oraz tego, że nie potrafiłam przemilczeć tego, co prawdopodobnie przemilczeć powinnam. Poczułam dreszcz przechodzący wzdłuż ciała, przez co mocniej przytuliłam do siebie ręce, choć nie byłam pewna czy to po to, aby się rozgrzać, czy może aby spróbować się udusić. Zdecydowanie zasłużyłam sobie na to drugie.
Odwróciłam się, idąc w stronę molo. Oboje potrzebowaliśmy czasu, aby się uspokoić, co do tego nie było wątpliwości. Najgorsze było to, że byliśmy dwoma chodzącymi wulkanami, które wybuchały niespodziewanie, powodując przy tym wielkie zniszczenia. Usiadłam na brzegu, podkulając nogi do siadu tureckiego, a Max położył się obok, kładąc pyszczek na moich łydkach. Głaszcząc go po głowie, zastanawiałam się nad tym wszystkim.
Oboje, chcąc nie chcąc, byliśmy wmieszani w całą machinację Cobry. Nate był w tym niemalże od dziecka i nic dziwnego, że wykonywał drobniejsze zlecenia, albo zwykłe zlecenia tak, abym się nie zorientowała. Chociaż niemalże cały czas byliśmy razem, oboje czasem wychodziliśmy z domu sami. Poza tym, to że załatwiał interesy (nie chciałam myśleć o tym jakiego rodzaju) z dziewczyną, która z przyjemnością rozpieprzyłaby nasz związek tylko po to, aby pokazać, że jest w stanie, nie znaczyło, że on na ną patrzy w taki sam sposób.
Jednego byłam pewna: kochałam go. Bardzo mocno kochałam, nieważne co mówiłam, czy też robiłam. Nienawidziłam się z nim kłócić i nienawidziłam tego kiedy był smutny, a tym bardziej przeze mnie. I dlatego, że tak bardzo go kochałam, musiałam mu zaufać. Chciałam mu zaufać, naprawdę tego chciałam. Tak naprawdę, odkąd byliśmy razem, nie dał mi ani jednego powodu do zwątpienia w szczerość jego uczuć do mnie. Ani co do prawdziwości naszego związku. Często byłam impulsywna i wiedziałam o tym tak samo jak o tym, że muszę nauczyć się zduszać to w sobie, aby nie zniszczyć tego, co nas łączy. Jedyna gorsza wizja od jego odejścia ode mnie, to sama myśl o jego śmierci. Nie potrafiłabym żyć w świecie, w którym by go nie było.
I właśnie dlatego w tamtej chwili podniosłam się, czując się spokojniejsza i ruszyłam brzegiem plaży, pozwalając wodzie obcyć bose stopy, zabierając ze sobą cały stres. Miałam nadzieję, że nie odszedł daleko, albo że nie skręcił gdzieś, gdzie z pewnością bym go nie znalazła. Max truchtał obok mnie, dziwnie milczący, jakby i jemu udzieliła się ponura atmosfera, co sprawiło że poczułam się jeszcze gorzej. Oblizałam nerwowo wargi, strzelając kostkami i rozglądałam się na boki, chcąc dostrzec tak dobrze znajomą sylwetkę.
Zobaczyłam go kilka minut późnej, siedzącego na brzegu i wpatrującego się w horyzont, którego linia była ledwo dostrzegalna podczas nocy. Z początku niepewnie, lecz po chwili bardziej zdecydowanym krokiem podeszłam do niego. Gdy usiadłam obok, niemalże natychmiast poczułam ciepło jego ciała oraz zapach skóry i perfum. Przymknęłam powieki, próbując się skupić na tym, co chciałam - co powinnam była powiedzieć, lecz jego tak bardzo upragniona bliskość mocno mnie dekoncentrowała. Spojrzałam na niego, oblizując wargi i westchnęłam cicho.
- Przepraszam - szepnęłam cicho, czując targającą moim wnętrzem rozpacz. - Przepraszam za to, że jestem impulsywna, że nie potrafię zacisnąć zębów i przemilczeć tego, co przemilczeć powinnam. Przepraszam, że nie jestem taka, jaka być powinnam, przepraszam, że cię ranię, wkurzam i zasmucam. Tak bardzo przepraszam, kochanie.. - szepnęłam czując napływające do oczu łzy, lecz nie wiedziałam jak miałabym je zatrzymać wewnątrz siebie, więc po prostu pozwoliłam im spływać po policzkach. - Przepraszam...
Patrząc w jego czekoladowe oczy, czułam jakby coś we mnie pękało. Pragnęłam, aby powiedział, że mnie kocha. Tak bardzo tego potrzebowałam w tamtej chwili iż nie wiedziałam co bym zrobiła, gdybym tego nie usłyszała. Lecz mimo ciemności zobaczyłam w jego spojrzeniu coś, co sprawiło iż przestałam oddychać. Ciepło, które tak dobrze znałam, którego tak desperacko potrzebowałam. Poczułam jego dłoń na policzku i przymknęłam powieki, wtulając go w jego palce.
- Kocham ciebie. Gdybym kochał ją, byłbym z nią, nie sądzisz? A mimo to jestem z tobą. To ciebie kocham i to z tobą chcę być, nie musisz czuć się zagrożona. Nie kocham jej - powiedział spokojnie, widocznie starając się, aby każde słowo zapadło mi w pamięć, dając przy tym czas na przetrawienie sensu tego, co miał na myśli. Pochylił się, delikatnie muskając moje usta i uśmiechnął się przy tym czule. - Potrzebuję ciebie, nikogo innego.
Uśmiechnęłam się wtulając w niego. Wiedziałam, że nie mogę pozwolić mu odejść, choćby nie wiem co się działo. Tak samo, jak wiedziałam, że muszę zacząć wyuczać w sobie to, aby umieć milczeć wtedy, kiedy tego wymaga sytuacja i nie być tak bardzo zaborcza. Wiedziałam, że mnie kocha oraz to, że mogę mu ufać. I to były najważniejsze rzeczy pod słońcem. Nasze prawdy i zasady, przy czym nic, dosłownie nic nie było na tyle ważne, aby to spieprzyć. Jedynymi naszymi wrogami byliśmy my sami. My, nasze skłonności i niedoskonałości. Miałam jedynie nadzieję, że nie było za późno, aby to wszystko poskładać w jednolitą całość. I że nikt nie będzie starał się na siłę nas rozdzielić.

1 komentarz: